warto go przeczytać
Wykonawca: Metallica
Gatunek: Metal
Cena: 36.99 zł
Rok wydania: 2008
Wytwórnia: Warner Bros Records/Universal Music Polska
Odbić się od dna to wielka sztuka. Pokazać, że ma się jeszcze coś do powiedzenia mimo, że wszyscy postawili na tobie krzyżyk, to wyzwanie, niełatwe wyzwanie. Skąd znaleźć siły, gdy jest się zaspokojonym, gdy zrobiło się bardzo wiele, wystarczająco wiele, gdy udowodniło się klasę i talent, gdy zdobyło się miliony fanów, a nienasycony pozostaje tylko głód muzyki, wciąż łaknący.
Przed tymi problemami stanęła Metallica na początku nowego tysiąclecia. Z zespołu w trakcie nagrywania nowego albumu odszedł basista Jason Newsted, który grupie towarzyszył od roku 86, zastępując tragicznie zmarłego Cliffa Burtona. Wtedy to coraz częściej można było usłyszeć głosy, że zespół lada dzień się rozwiąże. Szybko jednak muzycy rozwiali te plotki i weszli do studia wraz z ekipą filmową i psychologiem. Wzajemne relacje były fatalne, fani byli załamani postawą idoli, jakby tego było mało, prace znów zostały przerwane, tym razem z powodu odwyku wokalisty Jamesa Hetfield’a. W końcu nadszedł 2003 rok. Świat ujrzał a właściwie usłyszał "St.Anger". Już na początku prac wiadomo było, że zespół postanowił zrezygnować z grania jakże charakterystycznych dla swojego brzmienia solówek.
Fani byli na pewno zszokowani tym co otrzymali. Zmiana logo i szukanie wzorców w nu-metalowych trendach przez fanów zostało uznane za śmierć zespołu. Wszyscy oczekiwali po dziwnych latach 90 powrotu do starego thrash metalowego grania. Płyta może niezła, na pewno niezachwycająca, była krokiem w całkiem innym kierunku, w kierunku, który fani mocno skrytykowali. Zaczęły się koncerty i fatalne recenzje albumu. W między czasie grupa upomniała się o nowego basistę, został nim Robert Trujillo. Kontrowersyjny film z okresu nagrywania płyty - "Some kind of monster" - spowodował szaleństwo wśród fanów i ostrą krytykę postaw członków zespołu.
Nowy basista już od początku swojej przygody wprowadził do zespołu sporo ożywienia. W końcu Metallica zmieniła swojego wieloletniego producenta Boba Rocka na zasłużonego i będącego na fali po świetnych albumach Slayer, Slipknot i Red Hot Chili pepers – Ricka Rubina. Zespół zapowiedział powrót do starego brzmienia w międzyczasie świętując 25-lecie "Master of Puppets". Na koncertach staruszkowie dawali niezłego "kopa", pokazując, że ciągle umieją być szalonymi czterema jeźdźcami dzikich gitarowych riffów, jednocześnie odcinając się od muzyki "St.Anger". Słusznie zauważali, że był to dla nich okres wykrzyczenia i oczyszczenia, zapewniali o dobrych relacjach w zespole i chęci powrotu do stylu lat 80. Fani podchodzili do tego sceptycznie, choć płomień nadziei zagościł w ich sercach.
W końcu 12 wrześniu 2008 roku "Death Magnetic" ujrzało światło dzienne. Przy samej premierze było sporo szumu związanego z wyciekami materiału. Plotkom nie było końca, a przed premierowe opinie poczytnej prasy muzycznej zapowiadały wreszcie wyczekiwany przełom. Dość rozwodzenia się nad historią, przejdźmy do konkretów.
Okłada płyty w postaci trumny, która jak magnes przyciąga opiłki żelaza, na białym tle wygląda nieźle, ale w moim odczuciu wciąż po genialnych okładkach płyt lat 80 jest słabo. Tytuł albumu nie był przypadkowy, magnetyczna śmierć jest motywem przewodnim wszystkich utworów, a jest ich aż dziesięć. Chłopcy z Bay Area wykorzystali maksymalnie pojemność CD, tworząc przeciętnie siedmiominutowe muzyczne kolosy. Najdłuższym utworem jest pierwszy od czasu Oriona "Instrumental Suicide & Redemption", trwa prawie dziesięć minut.
Album rozpocząłem od piosenka "The end of the line". Bez zbędnych smętnych wprowadzeń, utwór rozpoczyna się mocnym, dość rytmicznym riffem, który po kilku sekundach ze zdwojoną energią wprowadza nas w świat magnetycznej śmierci. Muzyka cichnie, po chwili Lars na talerzach wybija rytm i poprzednia zagrywka ewoluuje spontanicznym wejściem w prawdziwy gitarowy popis. Nie jest to może szczyt możliwości zespołu, ale od razu widać, że nie ma tu już brudnego St.Angerowego brzmienia, a stara dobra instrumentalna gonitwa. Po chwili włącza się James z świetnym dużo ostrzejszym wokalem, w porównaniu z momentami piskliwym głosem na poprzedniej płycie. Refren powoduje, że głowa sama kręci się w rytm, a ja żałuję, że nie mam długich włosów. Zachwycony kawałkiem, czekam w końcu na powrót mistrza w galopującej zwariowanej solówce. Serce zamiera, gdy słychać pierwsze uderzenia w struny, a po chwili zachwyt jest nieunikniony. Tempo znów zwalnia, melancholijna melodia przywodzi na myśl starego dobrego mastera, a po chwili Heatfield krzycząc "the slave become the master" wprowadza nas w epilog, zaakcentowany refrenem.
Kolejne utwory tworzą wspaniałą wielowątkową powieść. Solówki gitarowe brzmią genialnie i mimo tego, że Kirk nie grał ich od lat dziewięćdziesiątych, to w ogóle nie wyszedł z wprawy. Ekspresja połączona z dzikimi, szalonymi pościgami palców po gitarowych progach jeszcze nigdy nie wydawała się tak ważna w muzyce zespołu. Bas brzmi twórczo i jest kompozycyjnym dopełnieniem, jego rola jest zwłaszcza widoczna w "Suicide&Redemption" czy intro "Cyanide". Robert świetnie zaaklimatyzował się w zespole dając mu potężnego energetycznego "kopa", który dla mnie kojarzy się z postacią Cliffa Burtona. O wokalu chyba nie ma sensu się rozwodzić. Jest po prostu bardzo dobry.
Kolejne utwory jak "Judas Kiss" czy "That was just your life" są majstersztykiem przeplatania form i motywów, co nawiązuje na pewno do największych osiągnięć zespołu. Chwytliwe melodie i zapadające w pamięć refreny rządzą. Z każdej nuty wypływa energia i metalowy strzał, którego często brakuje współczesnym kapelom. Na tym tle trochę blado wypada Broken, "Beat&Scarred", który rozpoczyna się dość chwytliwym riffem, ale szybko całość staje się dość monotonna. Zwłaszcza refren brzmi dość płasko.
Singlowa pół-ballada "The day the never come" rozpoczyna się bardzo delikatną, subtelną melodią, której dopełnieniem są włączające się po chwili gitary. Brakuje wraz z wokalem przejścia do szybszego riffu, który by nadał trochę energii kawałkowi. Całość ślimaczy się dość długo w monotonnym tempie, któremu daleko do słynnego "Nothing else matters". Upragniony przypływ energii następuje wraz ze zmianą tempa koło czwartej minuty. Perkusja i gitary nabierają surowości, a po chwili znów galopują przygotowując miejsce dla nadciągającej solówki, która ratuje obraz całościowy utworu. Dodatkowym mankamentem jest słaba jakość dźwięku, która choć podobno była celowym zabiegiem, mnie nie przekonała.
Duże lepsze wrażenie robi kolejny balladowy kawałek "Unforgiven III". Tytuł nawiązuje już do kultowych utworów, których historia sięga "Black Albumu", mimo to muzycznie jest to całkiem inna bajka. Kawałek bardzo podniosły, ale jednocześnie dość chwytliwy. Riff prowadzący świetnie pasuje do melancholijnego wokalu, który w refrenie ewoluuje w nieco silniejszy, jakby przesycony gniewem. Charakterystyczna jest przeplatanka tempem. Ukoronowaniem tego hymnu jest wykrzyczane "forgive me" najpierw wokalnie przez Jamesa, a potem muzycznie przez Kirka.
Wreszcie perełką płyty staje się "All nightmare long". Utwór, który śmiało mogę uznać za jeden z najlepszych jakie słyszałem. Tego nie da się opisać. Pędzące gitary, mocne bębny i chwytliwa melodia. Jeden z najszybszych utworów zespołu pokazujące prawdziwy kunszt muzyków. Osiem minut napięcia, rytmu i świetnego śpiewu ukoronowanego genialnym refrenem, który chodzić będzie za każdym, przez najbliższy miesiąc od przesłuchania płyty. W skali szkolnej śmiało można dać siódemkę.
Płytę kończy świetne "My apocalipse", które przywodzi na myśl ostatnie dokonanie grupy Slayer. Ostra gra, może nie tak melodyczna, ale zapadająca w pamięć w połączeniu z świetnym ostrym, nieco groovlowym śpiewem Heatfielda staje się świetnym podsumowaniem płyty. Jest to kawałek chyba najbardziej odstający od całego materiału zebranego na "Death Magnetic", ale jednocześnie podkreślając jego niepowtarzalność i świeżość.
Podsumowując jest to naprawdę solidna muzyka, która usatysfakcjonuje każdego miłośnika dobrego ostrego grania. Płyta, która naprawdę nawiązuję do stylu lat 80, ale nie jest wierną kopią dokonań zespołu. Całość jest urozmaicona, ale jednocześnie spójna. Największą wadą staje się długość kawałków, które momentami mogą po wielokrotnym przesłuchaniu stać się dość monotonne. Polecam wszystkim gorąco to ponad godzinne wydanie, które można określić tylko jednym słowem – rewelacja.
Zalety:
- Stara dobra Metallica
- Świeżość połączona z klasyką
- Solówki
- Szybkie mocne brzmienie
Wady:
- Nie potrzebne wydłużanie do maksimum czasu trwania piosenek
- Jakość dźwięku daleka od ideału
Ocena: 5.429
Liczba komentarzy: 10
Data dodania: 01.02.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7333 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42670 | Użytkownicy: 3312
Online(27): 18 gości i 9 zarejestrowanych:
pasieczny14, Krzyku_1993, Evil_Angel, Totek, subtelny demon, agis44, Zoso, dusfluran, quovadis