warto go przeczytać
Potem wpadałam w weekendy. Zaczęłam rozpytywać o jej zainteresowania i o życie. Kiedyś zaciekawiło mnie to, że tak mało opowiada o młodości. Chciałam się dowiedzieć, bo więź między nami stała się silniejsza.
- Co pani studiowała? - zapytałam.
- Ja? Polonistykę. Miałam wielu przyjaciół, między innymi Żydów, ale nie dbałam o to, czy władze mi coś zrobią jeśli będę się z nimi zadawać. To była tylko i wyłącznie moja sprawa. Chodziłam po Krakowie, głównie po Rynku. Słuchaliśmy hejnału, jedliśmy pyszne lody, dokarmialiśmy gołębie... Było wesoło. Chociaż nie, nie zawsze. Pamiętam, że kiedyś... Przyszła do mnie Sara, z pochodzenia Żydówka. Była cała roztrzęsiona, poprosiła mnie o spacer. Wybrałyśmy się na zaludniony Rynek, gdzie wszyscy byli zajęci sobą i nikt nie zwracał na nas uwagi. I wtedy ona mówi, że jej siostra zrobiła takie głupstwo. Sprowokowała komunistów, w szkole chełpiła się swoim pochodzeniem. Zawołali ją na przesłuchanie i delikatnie zwrócili uwagę, że jeśli to się powtórzy, to mała Salomea gorzko tego pożałuje. Sara wychowywała ją sama i do tego jeszcze pracowała. Na studia się nie dostała, choć była bardzo zdolna. Jej wujkiem był jakiś znany profesor. Nazwiska ci nie powtórzę, bo tak to bywa, że ze starością przychodzi zapomnienie. Rodziców Sary wywieźli z Polski Niemcy. Ona i siostra chowały się u różnych ludzi. Poznałyśmy się przez jakiś znajomych i byłyśmy przyjaciółkami. Pamiętam ten strach w jej oczach. Pocieszałam ją jak mogłam, ale na nic się to zdało. Sara niezbyt łatwo się uspokajała. Znałam też takiego Arika. Bardzo przystojny, a jednocześnie pyskaty chłopak. Zmieniła go dopiero Hiszpanka. Przyjechała taka do Polski. Cicha, spokojna, tutaj studiowała, bo matka umarła, a ojciec był Polak i miał się nią opiekować. Zaczęła z nim rozmawiać, tak ostro i niespokojnie. Zmieniła mu serce, ale kiedyś się w niej zakochał, odrzuciła go, bo kochała kogoś innego. Mimo to potrafiła być wspaniałą przyjaciółką. Nazywała się Huanita.
- A jak poznała pani swojego męża?
- Henia? Ach, w kawiarni. Niosłam filiżankę kawy do stolika, kiedy nagle on na mnie wpadł. Wylałam mu całą kawę na spodnie.
- Musiało boleć.
- E tam, nie wyglądał na takiego. Popatrzył na mnie spode łba i odszedł. Ja usiadłam przy stoliku, ale potem, kiedy miałam już wychodzić, przypomniałam sobie, że go nie przeprosiłam. Podeszłam do niego z impetem i wygłosiłam piękną mowę przeprosinową. Popatrzył na mnie i buchnął śmiechem. Wściekłam się i prędko wyszłam. A rano - dzwonek. Wyszłam w szlafroku, niemalowana, rozczochrana. Okropność. Przecieram oczy, patrzę, a na progu ten wczorajszy facet. Jestem pewna, że wyglądałam idiotycznie. Mówi coś takiego: ,,Znalazłem panią. Piękne imię. Wiesława.'' Wiesz, Juleczko, zatkało mnie. Zaprosiłam go na herbatę, szybko poleciałam się przebrać i po dziesięciu minutach byłam już w sukience, z makijażem i ułożonymi włosami. Tym razem nie wylałam mu herbaty na spodnie.
- No i chwała Bogu! - zaśmiałam się.
- Rozmawialiśmy i tak dobrze się to potoczyło, że wpadał do mnie bez powodu. Po roku stwierdził, że mnie kocha i oświadczył się. A ja pomyślałam, że jest idealnym kandydatem na męża. Nie liczyły się pasje, liczyła się miłość.
Po raz kolejny, dzięki pani Wiesi, mam mokre oczy. Wciąż się zastanawiam i nie znajduję odpowiedzi. Jak ona to robi?!
- A potem? - pytam z uśmiechem.
- Potem był ślub. Żadne huczne wesele, tylko skromna uroczystość z moją i jego rodziną. Boguś miał już żonę, Gienia robiła doktorat, Helena miała wielu adoratorów, więc nie studiowała, a Zosia wyjechała do Francji. Uznała, że tam będzie jej najlepiej. Znalazła świetną pracę jako opiekunka, nauczyła się języka i zaczęła studia. Na ślubie jej nie było.
- A ile miała pani lat wychodząc za mąż?
- Dwadzieścia sześć. Pracowałam, byłam młoda i taka nieobeznana z życiem. Wiadomo - zakochana kobieta. Rok potem urodziła się Iza, trzy lata później Arek.
- Nic pani o nich nie mówiła.
- Cóż... Izunia urodziła się w 1957. Jest kopią ojca, piękna matematyczka. Za to Arek to wrażliwiec - po mnie. Studiował historię, a potem zrobił jeszcze doktorat. Wyjechał do Australii. Iza natomiast mieszka w Gdańsku i jest nauczycielką matematyki. Wedle mnie parszywa robota, ale skoro to lubi, nie będę wybrzydzać. Liczy się jej szczęście.
- Jacy sÄ…?
- Oboje uparci. Bardzo uparci, po nas obojgu. Maż mi opowiadał, że kiedy pojechałam rodzić Arka to Iza nie chciała się ubierać. Na polu były mrozy, szalała iście syberyjska zima, a moja córeczka pomaszerowała do szkoły w spódniczce i cienkich rajtkach. Tak go spacyfikowała, tak stawiała na swoim, że się poddał. A tydzień potem, kiedy przybyłam do domu z maleństwem, Iza zachorowała. Wyobraź sobie, małe dziecko i drugie, dwuletnie, ale chore. To było ponad moje nerwy. Na szczęście mama Henia przybyła z pomocą.
- Była jak typowe teściowe?
- Nie, nie była taka zła. Jednego jej nie zapomnę. Tego, jak chciała Arka wykąpać w za gorącej wodzie. Była wrząca, wręcz parząca, a ona upierała się, że jest idealna i że w takiej Henia kąpała.
- Biedny Henio! - wykrzyknęłam.
- O tak, tak - śmieje się pani Wiesia i z impetem przewraca mały, drewniany kwiatek stojący na stole. - Z nią trudno było dyskutować. Zwykle jej zdanie było ważniejsze. Ale ja zaczęłam się przegadywać i tak gadałam i gadałam, że woda ostygła.
- Mogłam się tego po pani spodziewać! - stwierdziłam i kuląc się ze śmiechu spadłam ze stołka. Ja tak mam w chwilach okropnych ataków śmiechu.
- Potem nie miała siły się kłócić i Arek został wykąpany w letniej, idealnej wodzie. To było złe, ale reszta całkiem w porządku. Mogłam z nią o wielu rzeczach porozmawiać.
***
Innym razem wlekłam się do jej mieszkania i zniechęcona siadałam przy stole.
Pani Wiesia z troską spoglądała na mnie i pytała, czym się tak trapię.
- Życiem, pani Wiesiu. Wszystko jest przeciwko mnie. Dostałam jedynkę z matmy, dwóję z biologii, czwórkę z wypracowania o Hamlecie...
- A czy czwórka to zła ocena?
- Niby nie, ale ja tak się staram, tak walczę o te piątki... Raz na jakiś czas bywa, że dostaję nawet szóstkę! I te wszystkie konkursy...
- A tak, czytałam - wtrąca pani Wiesia. - Publikacja była całkiem trafiona. Drugie miejsce czy trzecie, to całkiem dobry wynik.
- Co z tego, jak ja nie wiem po co żyć. Mama mnie zabije za te oceny. Za polski nie, bo uważa, że to strata czasu, a dla mnie to najważniejsza rzecz. Matma jest do kitu.
- Też tak myślałam, ale zaciskałam zęby i uczyłam się. Musisz przeżyć ten poziom. Potem będziesz robić to, co kochasz albo przynajmniej próbować.
- Może tak.
- Nie załamuj się, Juleczko. Życie jest aksamitem i paranoją, a ty nie masz innego wyboru niż to zaakceptować.
- No chyba tak... - jęknęłam z rezygnacją.
- Chodź. Mam białego kruka. Sąsiadka załatwiła mi stare wydanie wspaniałego tomiku Szymborskiej. Poczytamy sobie, a smutki zaraz miną. Nie musisz się zamartwiać, słońce.
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 09.03.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7336 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42679 | Użytkownicy: 3318
Online(9): 8 gości i 1 zarejestrowanych:
Ismo