Znam wartości, którymi można by złagodzić ten świat. Takie trzy, nawet Biblia coś o nich mniema. Trzy. To nawet żadna liczba doskonałości, a przynajmniej ja o tym nic nie wiem, a jednak dla mnie stała się jakaś jedyna. I istnieje w moim świecie tylko jedna wielokrotność - trójki. 3 marca. 2003 rok. 23 lata. Nic szczególnego. Ot, tak się przewijały. A obok nieskończoność. Niemożliwość. Zaraz potem - niemoc. Myśl, że nie ma żadnych głębszych idei. Nie ma perspektyw. Siły zwanej nadzieją. Samotności zwanej miłość. Jest tylko ufność, wiara, że ona, Lena, istniała i to jej oddechem pachną moje myśli. Wszystkie cholerne myśli i wszelkie pieprzone wspomnienia.
Lena
Zacznijmy od tego, że nie wierzę w zwyczajne dni. Z uporem schizofrenika, który stara się rozłożyć jedną postać na dziesięć różniących się od siebie jedynie obłędem w oczach, wywyższałem codzienność i pospolitość. Nigdy nie chciałem być taki jak inni, wyolbrzymiałem w sobie indywidualizm - jakiś chory i sztuczny, mimo, że czułem się tak jak cała reszta świata i płacząc po śmierci chomika Ksawerego trzy lata temu wydawałem takie samo 'yyyyyyyyyy...chlip...chlip". I nic zabawnego we mnie nie było. I nic ekstrawaganckiego.
Im więcej chcesz, tym mniej masz - osz, wykurwista wręcz zasada równowagi, albo jakieś niezrozumiałe pojęcie sprawiedliwości. A myślałem, że aparat władzy działa chociaż tam na górze.
Chodnik z wybrzuszonych płyt. Asfalt skażony śniegiem. Samochody, na których nigdy się nie znałem. Bardziej nie znałem się tylko na kierowcach. Najzwyklejsi przechodnie, upierdliwi jak ślepe kury, ograniczający jak pięć przykazań kościelnych. Niepotrzebni jak dziura ozonowa. W szarości złoto 24 karatowe. Szybkie ruchy, płynne wyminięcie. Roztargnione spojrzenia na kamienice. Zaciśnięte pełne usta. Blada cera nakrapiana piegami. Oczy koloru lazuru i lśniące jak on. Jak hiszpański lazur (tak, nie widziałem go na oczy, ale brzmi dobrze). Zapach zdenerwowania, pośpiechu. I moja przekora. I moja chęć.
Moja dłoń za jej dłonią. Moje całe życie. Moje całe nic.
-Czemu uciekasz?
Głos mężczyzny, który jeszcze nie wie, że cokolwiek zdążył powiedzieć.
Jej zagubienie. Jej mina "Kimkolwiek jesteś zajmij się swą dykcją".
-Spieszę się...
-Jeśli coś ma czekać to poczeka.
-Ale to nie może czekać...
Pięknie brzmiały zdania od spójników. Jak dziecinna wymówka "To nie ja".
-Czemu ściskasz moją dłoń? Nie znam cię...
Dłoń...? Ach, dłoń. To dłoń? Myślałem, że jedwab.
-Jesteśmy takimi samymi ludźmi. Samymi. Mamy taki sam dotyk. Inne myśli. Te same słowa do użycia.
Uwielbiam swój słowotok, przede wszystkim, gdy sam nie wiem o co mi chodzi i wyczuwam panikę u rozmówcy.
Hmm...jakbym miał jakichkolwiek.
-Zostaw mnie, proszę...
Tak, na litość łatwo mnie wziąć. Ja też boję się siebie, więc zostawiam skwapliwie.
-Zostawię, ale będę...
Odłożyłem trochę wolnego miejsca na jej imię. Łudziłem się, że ogląda seriale i się zorientuje w romantyzmie tej sytuacji. A nie.
-Lena!
Pustka w okolicach dłoni. Samotne linie, wzgórki Jowisza, Saturna... kciuka?. Jej ulga. Jego zaborczy wzrok. Jego ciemna aura trzeciego świata. Kimkolwiek jesteś, odejdź.
-Lena, on cię napastował?
-Chciałem ją molestować, pozbawić cnoty, nic wielkiego, nic, na co ty byś się nie odważył...
Ta moja nonszalancja chłopaka Dzikiego Zachodu. Bezbronny zawsze ma za dużo... Próżni w okolicach mózgu.
-Kimże ty jesteś u diabła?
-Błaznem jego królewskiej mości.
Patrzyła na mnie odważnie. Mrużyła oczy kpiąco. Pełnymi ustami wypełniała nanosekundy mojego czasu. Jak rodzą się marzenia? Tak jak budujesz dom - masz fundament i starasz się coś z tym zrobić. Zbierasz tak zwane fundusze, kupujesz, wymieniasz, gromadzisz ziomków do pomocy itd. itd. Moje marzenia tylko jednym różniły się od budowania - nie miałem na nie planu.
Na jakiś czas potrafiłem odejść.
I zaczął się (jak to Gombrowicz pisał) "różaniec monotonnych dni". Migrowałem od uczelni poprzez bibliotekę do domu. Niezbyt świadomy, podążałem za jej spojrzeniem, które wskrzeszałem co dnia, coby nie zapomnieć. Nie zastanawiałem się nad tym, że to psychiczne myśleć o osobie, której się nie zna. Raczej naturalne. Poza tym czekałem na nią tak jak się czeka nocą na dzień. Zwyczajnie.
Czasami aparat sprawiedliwości układu nerwowego świata zaczyna działać. Uruchamia swój organ. I dostajesz człowieku szansę. Nigdy nie miałem "życiowych szans" i może dzięki tej nieświadomości zdobyłem punkt.
Powiem wam... są momenty, gdy wygrana w totka to tylko liczby.
Dedykacja: Grześkowi, bo rozumie
Ocena: 4.6
Liczba komentarzy: 6
Data dodania: 16.02.2010r.
Użytkownik ocenił pracę na 5
Z początku myślałam, że wystawię ocenę "Doskonale!" jednak im dalej brnęłam w tą krótką treść Twojego opowiadania, coś zaczęło mi nie pasować. Według mnie Twoją mocną stroną są opisy. Lecz wydaje mi się, że nieco gorzej jest z samymi dialogami. To tylko moje spostrzeżenia, które chcę Tobie przekazać. Może byłoby lepiej gdybyś w tej części ograniczyła w jakiś sposób dialogi, a poprzez opisy lepiej wprowadziła czytelnika do "swojej głowy". Mimo wszystko ta pierwsza część mi się podobała.
Pozdrawiam.
Użytkownik ocenił pracę na 5
Miałam już dawno to zrobić, ale jak zwykle zapomniałam na śmierć przytłoczona nadmiarem zajęć związanych z rozpoczęciem szkoły. Ale do rzeczy.
"Zaraz potem - niemoc. Myśl, że nie ma żadnych głębszych idei. Nie ma perspektyw. Siły zwanej nadzieją. Samotności zwanej miłość." - fragment, który przeczytałam dziesięć razy i cały czas mam otwarte ze zdumienia usta. Trafne i brutalne. Właśnie takie wtrącenia i głębokie przemyślenia nadają tekstowi oryginalności. Nadal zachwyca mnie główny bohater i jego spojrzenie na świat, myśli, podejście do Leny. Z jednej strony chce się do niej zbliżyć, z drugiej gra zabawnego i nieco ironicznego chłopaka, a z trzeciej odsuwa się, jakby bojąc uczucia. Właśnie to skomplikowane mnie tak intryguje. Niewątpliwie chciałabym taką osobę poznać osobiście ;) Lena... Cóż mogę o niej powiedzieć - dziewczę, które boi się chłopaka obmacującego ją i jest nim zaciekawiona. Ich relacja jest dla niej na początku ścieżki, a dla niego już gdzieś w połowie.
Przez cały czas nie mogę się nadziwić kreacji głównego bohatera - mistrzowskie poprowadzenie i idealne skomponowane myśli z jego charakterem. Poza trochę mało rozwiązującą problem jego osoby fabułą i kilkoma błędami, które pewnie już wytknięto - jest świetnie. Urzekłaś mnie :) 5 z plusem
"Skończyłam czytać. Jestem jakaś oszołomiona. Dziwne to opowiadanie. Zupełnie tak, jakby błagało, żebym, nie skupiła na nim całej swej uwagi..." - może trzeba było przeczytać je jeszcze raz? I jeszcze raz aż w końcu byś się skupiła? Nie wiem, zastanawiają mnie te oceny. Świetny styl, ciekawie prowadzona akcja, a sama kreacja głównego bohatera narratora naprawdę świetna!
Użytkownik ocenił pracę na 5
Świetna praca. Na mój gust Biblia może mniemać - nie każdy musi to dobierać osobiście, czy coś. Ponieważ jestem wierszokletką będę mówiła o emocjach. Emocje piękne, wibrujące w całej mnie, gdy to czytam. Nawet taki cichy bunt rodzący się w środku - na przekór światu. Niepewność, miłość... i to: "Nigdy nie chciałem być taki jak inni, wyolbrzymiałem w sobie indywidualizm - jakiś chory i sztuczny, mimo, że czułem się tak jak cała reszta świata i płacząc po śmierci chomika Ksawerego trzy lata temu wydawałem takie samo 'yyyyyyyyyy...chlip...chlip". I nic zabawnego we mnie nie było. I nic ekstrawaganckiego." Dopełniło wszystko. [i tak mój komentarz stał się długi] Uwielbiam. ; 5 z plusem
Użytkownik ocenił pracę na 3
Moje pierwsze podstawowe pytanie: czy Biblia "może mniemać"? Po konsultacji z trzema innymi osobami stwierdzam, że to błąd. Szczerze mówiąc, to pierwszy akapit jest trochę zagmatwany, ciężko mi się przez niego przebić. Nie wiem czego to wina - być może składni... "Samotności zwanej miłość" - nie pasuje mi tu coś w odmianie końcówek. Jak na mój gust powinno być albo "samotności zwanej miłością" albo "samotność, której na imię miłość". Oj, na prawdę ciężko mi się przebić przez początek. Za dużo bodźców rozprasza moją uwagę... "Z uporem schizofrenika" - zabrzmiało jakoś znajomo. O, a już myślałam, że po tej wstawce "Lena", narracja będzie prowadzona a jej perspektywy. tak właściwie, to teraz już nie rozumiem, jaki był cel tej wstawki... "wykurwista" - choćby nie wiem jak wyjątkowe to miało być, dla mnie będzie wulgaryzmem. budzi niesmak i nie pasuje mi do tekstu. Czytam i czytam i nie znajduję w tym tekście nic pociągającego. Jakieś to wszystko przerysowane i nienaturalne. "zdania od spójników" - musiałam przeczytać to kilkakrotnie, żeby zrozumieć o co chodzi. Chyba brakuje tam jakiegoś słowa... "A nie" - chyba chodziło o "ale nie".
Skończyłam czytać. Jestem jakaś oszołomiona. Dziwne to opowiadanie. Zupełnie tak, jakby błagało, żebym, nie skupiła na nim całej swej uwagi...
Użytkownik ocenił pracę na 5
Opowiadanie bardzo oryginalne i ciekawie sformułowane. Ogólnie to podoba mi się to, w jaki sposób opisujesz relacje damsko-męskie. Jeśli chodzi o część gramatyczną, to na Twoim miejscu nie zaczynałabym zdania od "I", zwracam na to uwagę, ponieważ pojawia się to dość często. W części opowiadania: "Łudziłem się, że ogląda seriale i się zorientuje w romantyzmie tej sytuacji. A nie.", to "A nie." wydaje mi się takie urwane. Bardziej pasowałoby mi "A jednak nie". "To nawet żadna liczba doskonałości, a przynajmniej ja o tym nic nie wiem, a jednak dla mnie stała się jakaś jedyna." - tu dwa razy użyte w jednym zdaniu "a" jakoś się nie klei. Jednocześnie słowa dobierane są bardzo subtelnie, w tej jak to określę, zwierzęcości głównego bohatera jest jakaś nuta słodyczy, która urzeka czytelnika. Waham się między 5- i 4... dobra, masz to pięć minus!
Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.