warto go przeczytać
Rein marzła, a intensywne pocieranie ramion nic nie dawało. Z jednej strony była wściekła na Cluoda: Co on sobie myśli” - powtarzała co chwile pod nosem, ale z drugiej, bardzo starała się nie zawieść ich oczekiwań i intensywnie rozglądała się po okolicy, bacznie wypatrując czegoś podejrzanego. Najpierw nieprzyjazne drapanie, gdzieś z drugiej strony budynku ją zaniepokoiło. Podeszła stromym dachem do drugiego końca okapu i tam o mały włos nie zginęła wystraszona przez kota. Potem wydawało jej się, że widziała coś jakby cień skaczący na niewielki balkonik u podnóża wieży, ale zwaliła to na zmęczenie i wszędobylski mrok.
Cluod długo nie wracał, a jej irytacja stopniowo przemieniała się w niedobrą ciekawość, aż do zamartwiania się o niego. Nawet wstała już, by iść go szukać, ale nie mogła też zostawić Daga samego.
Trudno jej było ocenić płynący czas, bo ta noc, stawała się dla niej pomału wiecznością. Liczyła sekundy własna miarą, ale i to zajęcie stawało się coraz nudniejsze. Oczy kleiły się, powieki stawały coraz cięższe, a przed snem organizm broniły tylko zimne podmuchy wiatru.
- Nie zasypiaj mała, już niedługo, oj Dag będzie musiał mnie odpowiednio dogrzać zaraz po powrocie. Cholera, czemu akurat dziś taka zimna noc? - szeptała do siebie, tak naprawdę nie wiedząc co robić.
I w końcu stało się, zasnęła. Śniło się jej oczywiście coś i gdyby można było znać alternatywne wizje przyszłości pewnie byłby to sen proroczy, a tak bez większego halo”, zatarł się w szarości życia.
Czuła żar otaczającej pustynni, te strużki potu spływające z czoła, najpierw leniwie omijające oczy, a potem szerszym potokiem zalewające całą twarz, ten wiatr suchy, który palił niczym piasek pod stopami, drobne ziarenka kwarcu uderzające w twarz. Blask słońca oślepiał i parzył niczym żywy ogień, jedynie w gardle czuła nierealny chłód. Najpierw chciała mówić, pytać, ale potem wszystko jakby stawało się oczywistym i zapanował w jej sercu spokój. Dziwny, pustynny.
Grube spodnie, szal, koszula, cienki sweter i grube skarpety znikły ustępując miejsca bieliźnie, której rankiem nie ubrała. Podkreśliła niewielkie, ale równe, jędrne piersi i zaokrąglone pośladki. Sama dla siebie wydawała się piękną, co w świecie rzeczywistym nie miało miejsca. Jedynie wciąż nieogolone nogi i pachy ją dręczyły. Podświadomie chciała wierzyć, że inne jej walory przysłonią, co prawda krótkie, ale wciąż kłaki.
Stała tak sama, a wokół był tylko piach, wydawał się tak drobny, a jednak z każdym krokiem kaleczyła stopy. Bała się tej pustki, która ją otaczała, a przestrzeń wydawała się być nieskrępowana horyzontem. Mimo upału obejmowała się rękami i gładziła miękko skórę, w dziwnej potrzebie bliskości. Nie chciała Daga, ale sen, marzenie, kogoś kto mógłby ją doprowadzić do szczytów, których nigdy nie osiągnęła, kogoś kto pomoże walczyć z niepokojem, który wykiełkował w jej sercu.
I najpierw bała się, że to tylko sen we śnie, że słońce płata jej figla, ale obraz mężczyzny stawał się coraz wyraźniejszy, choć twarzy wciąż nie mogła rozpoznać. Ruchy miał spokojne, nieco chaotyczne, ale i pewne. Prawą ręką dźwigał nieco wyżej, a wraz z malejącą odległością włosy stawała się coraz bardziej potargane. Nie był wysoki i miał ciemną, mocno opaloną karnację skóry. Nie był to jeden z tych czarnych, których przed wiekami wytępiono, po prostu tak się opalał.
- Na pewno ma duże niebieskie oczy i wydatne usta – szeptała nie słysząc swego głosu.
I w końcu stanął przed nią, a ona otwarła radośnie oczy, chcąc zobaczyć wymarzonego bruneta. Niestety. Zobaczyła Jasia niemowę. Był inny, a jednak ten sam. Podniosło się jej w żołądku, grymas na twarzy wyraził kotłujące się uczucia i już miała krzyczeć, ale Jaś mocno wziął jej ręce. Ścisnął w nadgarstkach, że aż jęknęła i on naprawdę powiedział mocnym, męskim głosem:
- Kobieto, idziesz ze mną do mojej chaty.
Nie mogła wydusić nawet słowa. Ciągnął ją za sobą, a ona potykając się szła posłusznie. Wydawało jej się, że trwało to długo, choć osiągnęli tylko najbliższy szczyt, a tuż za nim rosła pojedyncza palma. Wody nie było, więc trudno było nazwać to oazą. Tym razem Jaś, a właściwie można by go już nazwać Janem, wziął ją na ręce, mocno przycisnął do siebie i zniósł na dół. Ułożył ją w cieniu, pozwolił oprzeć o pień i spojrzał na wschód.
- Tam cywilizacji już nie ma.
Potem wszystko toczyło się błyskawicznie, a pewna siebie Rein, zagubiła się w natłoku dziwnych potrzeb Jasia.
Mężczyzna rzucił się do jej stóp, najpierw drżącymi rękami objął łydki, niczym największy skarb delektował się ich krągłościami, gładził piszczele. Potem z jeszcze większą czułością przeszedł do stóp. Złożył z zamkniętymi oczyma pocałunek na podbiciu i ustami już chciał objąć jej duży palec u prawej nogi, ale przezornie otworzył oczy. Rein przyglądała się temu z niedowierzaniem i czuła całkowity brak własnej woli, tak jakby to nie był jej sen, jakby była jedynie elementem cudzego.
Jan zamiast palca ujrzał jedynie zbitą, owłosioną miazgę, z wielkim, czarnym paznokciem. Niestety, ale takich uszczerbków nawet sny nie mogą wyprostować. Biedny Jaś, przecież nie mógł wiedzieć, o tym, że małej Rein spadł na palec kilkuset kilogramowy kamień. Zaczęła płakać, a niedawny wielbiciel wpadł w szał. Bił ją, a ona zamknęła oczy i wciąż tylko słyszała donośny krzyk:
- Rein!
Nagle sobie uświadomiła, że był to głos Daga i otworzyła natychmiast oczy. Znów była na dachu, a ziąb był jeszcze gorszy, Rozejrzała się i z przerażeniem zobaczyła Daggera.
*
Było zimno, a on jak zwykle zamiast efektywnie ubrał się efektownie. Na dodatek już sama specyfika jego fachu wcale nie pomagała w grzaniu się. Siedział jak trusia i tylko dla lepszego efektu pozwalał pionkom dostrzec się, ale na tak krótko, by nic nie podejrzewali. Nudno było jak cholera. Cały ich misterny plan to lipa i szef chyba nie wiedział co robi. Nie było szans, by wykradli mapę, ba nawet wroga nie umieliby porządnie rozproszyć. Póki co nie miał zamiaru im pomagać, w sumie, to nawet bardziej miał ochotę wszystko pokomplikować. Cóż tutaj nie mógł sobie pozwolić na samowolkę. Stawka była zbyt wysoka, polecenia jasne i na pewno nie miał ochoty stracić głowy, dlatego siedział cicho nie mieszając się w rozwój wypadków.
- Ciekawe jak tych dwóch poradzi sobie z tym niby gangiem – pomyślał i wykrzywił twarz w coś co miało być uśmiechem – raz, dwa, osiem – policzył – No dziewięciu na dwóch, to może być ciekawe – i zajął pozycję na tym samym dachu, z którego spadł Cloud.
Cień obserwował.
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 19.08.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7333 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42664 | Użytkownicy: 3312
Online(34): 29 gości i 5 zarejestrowanych:
subtelny demon, dusfluran, Faun, Bordeaux, Zerowa