warto go przeczytać
Nasuwa się pytanie, skąd biorę kasę. Wiem, że jesteście bardziej dociekliwi niż fiskus, dlatego pewnie macie już dziesięć tysięcy teorii na to i pewnie większość z was słusznie założyła, że trochę dealuje. Wiecie, sprzeda się kilka działek i już człowiek ma dla siebie, a popyt jest, był i będzie. To okrutne, ale prawa kapitalizmu każą zaspokajać potrzeby konsumenta. W życiu trzeba sobie radzić, albo my ich, albo oni nas. Skończyło się sobie państwo komuny, teraz jest wojna o grosz i nie ma sentymentów i przyjaźni, bo po co ona komukolwiek jest jeszcze potrzebna? Jestem płotką i nie zamierzam się wybijać, nie jest mi to potrzebne, wystarczy mi to co wiem. Czasami dorabiałem uczciwie. Pewnie was to dziwi jak cholera, ale mam talent do komputerów. Pamiętam jak zaczynałem swoją przygodę od pentium trójki. Nikt mnie nie uczył, ale metodą prób i błędów udało mi się rozkminić shell Windowsa, a potem to już poleciało. Jestem tradycjonalistą, dlatego nigdy nie przesiadłem się na Vistę, wolałem do takiego stanu usprawnić swojego xp, że wyprzedzał on stabilnością dzieci Gatesa, zawsze o kilka pokoleń. Kumpel trochę poduczył mnie programowania, grafiki i robiło się różne usługi drobnym firmom komputerowym. Tu postawić sieć, tam usprawnić zabezpieczenia... nie zawsze zgodnie z prawami autorskimi, ale przecież ciężko takiej roboty nie nazwać uczciwą. Ostatnio trochę zaczęło mnie to nudzić i zacząłem wyczerpywać zapasy z konta. Ciężko znaleźć satysfakcję na polu, w którym praktycznie już nie ma wyzwań, a w tej branży nie byłem świetnym rzemieślnikiem, ale artystą. Siostra brała jeszcze po mamie rentę, ale przynajmniej finansowo o nią dbałem. Mieszkanie załatwiłem zaraz jak przejąłem prawa do opieki. Dałem jej i sobie wolność, bez konieczności wzajemnych wyrzutów i zamartwiania się. Ja balowałem, a ona się uczyła. Zawsze próbowałem jej jak najbardziej pomóc, ale wydawać dwa tysiaki na jakiś fortepian nie zamierzałem, nawet jeżeli wszyscy twierdzili, że ma talent, w życiu to niepotrzebne, a wybić się nie da bez pleców.
To tyle w kwestii wyjaśnienia. Mam nadzieję, że nie posądzacie mnie już o to, że mógłbym w warzywniaku pracować. To byłoby naprawdę poniżające.
Mieszkanko było z typu dla pary studentów, których nocnym hobby jest gzić się. Wiecie, jedno łóżko, kuchnia w narożniku pokoju, stolik zabudowany i tv. Mojej siostrze to pasowało. Natalka jest typem, który wybiera znajomych i jest przy tym rygorystyczna. Gdyby nie więzy krwi ja też bym się w tej grupie nie znalazł. Wiązało się to też z tym, że niechętnie przyjmowała znajomych. Mieszkanie stało się dla niej azylem, miejscem gdzie nie przejmowała się niczym, nawet mną. Kiedyś było inaczej, ale za dużo nagrzeszyłem i teraz byłem dla niej prawie jak obcy. Po co wam to mówię? Żebyście zrozumieli, że ja jestem dobry chłopak, co poświęca się dla siostry. Tak naprawdę liczę się z waszym zdaniem, bo przecież jak nie polubicie mnie to przestaniecie czytać, a pisze w celu wzniosłym, by was zachwycić swoją historią i trochę na niej zarobić. Wiecie Kazik nie miał racji śpiewając, że dziewczyny to nic więcej jak kłopoty, bo przecież dochodzą jeszcze wydatki.
Już z klatki słyszałem jej śpiew. Miała już takie skrzywienie, cóż, trzeba było jej to wybaczyć, przecież wychowała się w patologicznej rodzinie sierocińca. "Kiedyś znajdę dom, z wielkim oknem na świat” – ta jej fascynacja miłością była cholernie wkurzająca, nawet muzycznie musiała się zagłębiać w jej ramiona. Nie powiem, miała pecha do facetów, ale życia jej ustawiać nie będę, tym bardziej, że miłość jest świetna, ale tylko pod postacią seksu. Natalka z taką urodą by z tym problemu nie miała. Wszystko przez książki. Na czytała się bajek i teraz wierzy w księcia na białym koniu. Też mi coś. Sami powiedzcie, wierzycie w świętego Mikołaja?
- Ale się drzesz! Weź trochę przystopuj, słyszałem cię na sąsiedniej ulicy. – pięknie śpiewała, ale przecież jej tego prosto w twarz nie powiem.
- Eh słodki jak zawsze, przyszedłeś na kontrolę czy kasy potrzebujesz? – Tak, Natalia bardzo wierzyła w szczerość moich intencji.
- To już do siostry na kawę nie można przyjść? Natalko, kwiatku nie oceniaj mnie tak tragicznie – lubiłem ten typ sztuki, gdy człowiek kręci drugim tak, że ten przestaje wiedzieć cokolwiek.
- Rozpuszczalną czy parzoną? – Natalka, ubrana jak zwykle szałowo, podeszła do blatu kuchni i wyjęła kubki. Zawsze mnie dziwił ten porządek w jej mieszkaniu i te setki zdjęć, książek i płyt. Naprawdę nie wiem kiedy ich tyle zgromadziła. Pół roku temu, gdy zaczynała przygodę w dorosłym życiu, było tu tak cholernie pusto.
- Parzoną, miałem ciężką noc. U ciebie tatuś też się zjawił? – drgnęła na te słowa, ale zachowała kamienną minę.
- Był – szepnęła.
- Co mu powiedziałaś? – miałem nadzieję, że nie dała się przekabacić gnojkowi.
- Nic, czym musiałabym się z tobą dzielić – posłodziła swoją kawę trzeci raz.
- Jego nie było, to ja dbałem o nas. Mam nadzieję, że nie padłaś mu w ramiona ze łzami w oczach, krzycząc "tatusiu!". Nie było go z nami, to morderca! – chciałem zrobić na niej wrażenie i chyba mi się nawet udało.
- Ja nie mam ojca i doskonale o tym wiem – spojrzała na mnie ze łzami w oczach, a ja poczułem znów tą satysfakcję z pewnej władzy nad nią. Tak, droga Natalko ja jestem panem twojego życia, nawet jeżeli nie zdajesz sobie z tego sprawy.
- To dobrze. – wstałem i gdy zalała wodą kawę, objąłem – Siostrzyczko, jesteś moją jedyną rodziną.
Liczyłem, że może zjawi się pan Dawid niezwykły i będę mógł skierować sprawy na odpowiednie tory, ale do wieczoru się nie pojawił. Byłem umówiony, więc pożegnałem się z młodą
- Uważaj na siebie i jeżeli nie chcesz rzucić tego gówna, to przynajmniej je ogranicz – rzuciła na odchodne.
Aha jeszcze taka uwaga techniczna mi się nasunęła. Drodzy państwo czytelnicy, nie wyciągajcie zbyt pochopnych wniosków na temat tego, czego nie mówię. Skoro nie zabieram głosu w jakieś sprawie, to znaczy, że gówno wam do tego. Być może jak przebrniemy przez tą historię razem, w zamian za stosowanie się do reguł, dam wam po cukierku z moim autografem.
Zjadłem kebaba na mieście i ruszyłem pod stadion. Zacznijmy od tego, że mam hobby. Jestem pseudokibicem jakiejś drużyny. Nie znam nazwy klubu, ani zawodników, wystarczy znać godło, a resztą zajmuję się Adik. On w sumie mnie w to wciągnął. Nie raz oberwało się po pysku od "tamtych”, ale twarz nie szklanka, nie potłucze się, a nie wiecie jaka to frajda na stadionie wroga namalować swoje znaki i jeszcze zdołać zwiać. Oczywiście wszystko jest aranżowane. Czasami chodzi o napieprzanie się, a czasami o zabawę w kotka i myszkę na mieście. Beata tego nie cierpiała, a Natalia nie wiedziała.
- Siema – Adik już czekał.
Zapaliliśmy zioło i gdy już było miło, z spray’ami, ruszyliśmy krótką aleją, przeszliśmy przez błonia, potem szybko przez jezdnię i czekaliśmy przed siatką. Strażnik się kręcił i to na pewno niejeden. Po ostatnim meczu wiadomo było, że rachunki nie zostały wyrównane. Wyczekaliśmy na odpowiedni moment i siup przez ogrodzenie. Ja, jako mniej utalentowany, napisałem jakieś znane hasełko, a Adik jeszcze szybciej odstawił nasze znaki. Gdy już skończyliśmy, dla frajdy zaczęliśmy śpiewać hymn. Zaczęły się krzyki i ujadanie psów. Pędem puściliśmy się do ogrodzenia i wtedy zaczęły się problemy.
Nie wiadomo skąd, jak cień pojawił się Gruby – szef ochrony i najwierniejszy kibic drużyny. Dostałem pałą w brzuch i zwinąłem się z bólu. Oberwałem chyba w twarz nim dopadł do Adika. Ten już przygotowany wyjął kastet, ale nim zdążył go użyć, Gruby katował go pałą. Psy były coraz bliżej i robiło się naprawdę nieciekawie. Drugi raz szykowała się wpadka. Wyplułem krew, frajer przeciął mi wargę. Wstałem i na pełnym biegu sprzedałem mu buta. Osunął się na kolana, a Adik jak nowo narodzony postanowił się zrewanżować.
Na początku było okej, ale potem... Tłukł i tłukł, a ja nie mogłem rozpoznać twarzy i ta krew. Zrobiło mi się niedobrze, ale nie umiałem odwrócić głowy. Chciałem krzyczeć, żebyśmy się wreszcie ruszyli, żeby w końcu skończył, bo przecież Gruby już nie oddychał, ale głos ugrzązł mi w gardle.
Ujadanie psów wyrwało Adika z transu. Wstał, otarł kastet o koszulę grubego i zaczął coś do mnie krzyczeć i szarpać, a ja pękłem. Wtedy na pewno nie latałem, a spadałem w czeluści mroku. Cóż to pewnie we krwi się ma, po tatusiu. W końcu się opanowałem. Nie pamiętam jak znaleźliśmy się pod klubem.
- Ale Gruby dostał nie, nie będzie już spaślak nam przeszkadzał.
- Człowieku – wpadłem w furię – co ty w ogóle pieprzysz, zatłukłeś go jak psa. Kurwa mać, jak psa!
- Nie pękaj, nie bądź ciotą.
- Nie Adik, ja pasuje, nie licz na mnie, mam już dość tej zabawy. Święty nie jestem, ale mordercą też nie zamierzam zostać – nie pamiętam kiedy ostatnio miałem łzy w oczach.
- Sprzedasz mnie?
- Co ty człowieku do mnie mówisz, wiesz, że nie.
Adik chyba nie był przekonany, ale miałem to w dupie. Świat jest jaki jest, ale niech nie robi ze mnie mordercy. To kupę latek za kratkami jest.
Wiem, że teraz myślicie, że pojąłem grzeszność i zło swojego życia, że się przeraziłem i nagle wrócę na dobrą drogę? Nie! Nic z tego. Planów nie zmieniłem, szykowała się ciekawa noc z Beatą. Niby jej nie potrzebowałem, ale.. Sex drugs and rock'n'roll i nawet trup Grubego siedzący w mojej głowie nie mógł tego zmienić.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 09.04.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7329 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42657 | Użytkownicy: 3312
Online(37): 34 gości i 3 zarejestrowanych:
szon, Pawlak, Ismo