warto go przeczytać
Pseudonim: Odd
Spowiedź
Uklęknął na klęczniku, przeżegnał się i wspierając na łokciach, zaczął mówić.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Zza krat, zasłoniętych fioletową tkaniną, dobiegł go basowy głos kapłana:
- Na wieki wieków.
Mężczyzna, pomimo iż nie widział twarzy księdza, dokładnie wiedział jak wygląda. Pociągła, z wysokim czołem, wydłużoną brodą z lekkim zarostem. Ciągle uśmiechnięta, niezdradzająca oznak zmartwienia. Z oczu dało się wyczytać ogromną miłość do innych. Czy zachowa te cechy, kiedy Marcin wyjawi swój ogromny grzech?
- Ojcze, nie bez powodu czekałem, aż wszyscy wierni opuszczą świątynie. Mam do wyjawienia ciężki grzech. Zżerają mnie wyrzuty sumienia a mój czyn nie daje mi spać – od zawsze dobrze kłamał. Niektórzy mówili żartobliwie, że to dar dany od samego Boga, chociaż on w niego nie wierzył.
- Słucham cię, synu – ks. Marek był już znużony wielogodzinnym spowiadaniem i próbował nieco pospieszyć młodzieńca. Nie wiedział jeszcze, że prędko się go nie pozbędzie.
- Zabiłem kobietę – bez drżenia w głosie, wręcz przeciwnie, z wielkim spokojem oznajmił Marcin. Mógł dać sobie rękę uciąć, że kapłan wzdrygnął się, ponieważ szeroko rozwartymi oczyma widział delikatny ruch zasłony. Zwyczajny spowiadany nie dostrzegłby tego, ale jako zabójca, Marcin miał wyjątkowo dobry wzrok. – Było to dnia, kiedy pijany wracałem przez park do domu. Zobaczyłem ją na ławce, w świetle latarni. Rzucała na jej piękną twarz jasną poświatę. Usiadłem obok niej i spytałem, czy da się zaprosić do mnie do domu. Wyczuła, że jestem nietrzeźwy i kiedy chciała odejść, chwyciłem ją za chłodną dłoń…
Kapłan odsunął zasłonę i spojrzał na zabójcę swoimi zmęczonymi, a zarazem przerażonymi oczyma. Kiedy zlustrował szybko twarz mężczyzny (młodą ale pokrytą bruzdami i naznaczoną szramami, skrzywionym nosem), z której dało się wyczytać tryb życia jaki prowadził, od razu odgadnął kim jest spowiadany.
Rok wcześniej ks. Marek stracił siostrę, zamordowaną nocą w parku. Policja odnalazła nagie ciało kobiety, złożone wśród róż kwitnących pośrodku trawnika, z jednym kwiatem wplecionym we włosy. Miała poderżnięte gardło, a dokładniejsze dochodzenie potwierdziło, iż wcześniej została zgwałcona. Zabójcy nie udało się schwytać. Prawdopodobnie ukrywał się za granicą, a dziś klęczał przy konfesjonale, w jednym z krakowskich kościołów. Kapłan, całkowicie zaskoczony i zdruzgotany, przeszywał Marcina spojrzeniem, jakby chciał wniknąć do jego głowy i dowiedzieć się: dlaczego?
Mężczyzna ze stoickim spokojem wytrzymał spojrzenie księdza. Czuł przenikający chłód, ciągnący od kamiennej posadzki świątyni. Wiedział, że kapłan jest wstrząśnięty tak nagłym pojawieniem się mordercy i łatwo będzie go zaskoczyć. Zerwał się z klęcznika, podbiegł do drzwiczek konfesjonału, po drodze wyciągając zza paska pistolet, skryty do tej pory pod bluzą. Szybkim ruchem, nie pozwalając Markowi na żadną reakcję, przyłożył mu spluwę do czoła. Marcin wyczuł drżenie kapłana, od którego strach dosłownie emanował. Dłonie, złożone na kolanach podrygiwały, jakby poruszane w takt jakiejś niespokojnej muzyki. Pot wystąpił na czoło, ciarki przeszły po plecach, a co najgorsze, nie mógł się ruszyć, kompletnie sparaliżowany przez strach.
- Widzę, że jesteś zbyt przerażony, aby zadać to pytanie. Ale nie musisz go wypowiadać. Dobrze wiem, jak ono brzmi i tak się składa, że nawet znam na nie odpowiedź. Nie wróciłem, aby cię zabić, ale porozmawiać. I jeśli grzecznie zaprowadzisz mnie do zakrystii, nic ci się nie stanie.
Kapłan z wysiłkiem pokiwał głową i powstał. Nogi jak z waty, trzęsły się i Marek myślał, że nie będzie w stanie zrobić nawet jednego kroku. Nigdy jeszcze nie przyłożono mu do głowy wylotu lufy, ale do tej pory myślał, że jego zachowanie w takiej sytuacji, jeśli już by do niej doszło, będzie zupełnie inne. Spodziewał się, że przyjmie to jako wyzwanie i pełen wiary w ukryty cel, stanie oko w oko z zabójcą i nie ugnie się. Było jednak zupełnie odwrotnie – to morderca wykazywał niczym niezmącony spokój.
- Gdzie jest teraz twój Bóg? – pytanie padło tak niespodziewanie, że Marek aż podskoczył. – Czemu cię przede mną nie obroni? Przecież jest w stanie to zrobić.
Ksiądz długo zbierał się w sobie, aby odpowiedzieć na to pytanie, a gdy już z jego ust padły słowa, były całkowicie nie do zrozumienia. Był to bełkot skrajnie przerażonego człowieka. Ludzie uważają się za panów świata, a w sytuacjach krytycznych zachowują się jak najwięksi tchórze. I jest to chyba najdoskonalsze określenie na tę rasę.
- Myślałem, że mocno wierzący nie boją się śmierci. Według was istnieje rzekomo życie pozagrobowe, lepsze niż to ziemskie, więc co wprawia cię w tak mocne przerażenie, klecho? Zresztą, nie chce cię zabić, a wręcz przeciwnie. Zostawię cię przy życiu, jeśli tylko uraczysz mnie rozmową.
Marek podniósł pełne łez oczy na Marcina i uczynił na jego czole znak krzyża. Zabójca, zmieszany, powiedział zniżonym, zdenerwowanym głosem:
- Nie jestem wierzący, a do ciebie księżulku zaczynam tracić cierpliwość – mówiąc to chwycił Marka za kołnierz i zbliżając swoją twarz do jego twarzy, dodał:
- Albo pójdziesz teraz grzecznie ze mną i będziesz odpowiadał na zadane przeze mnie pytania, albo skończysz jak twoja siostra.
Na jej wspomnienie, serce księdza zamarło, a owe słowa były niczym impuls do wzięcia się w garść, zebrania w sobie i stawienia czoła przeciwnikowi. Przez głowę przeleciały mu obrazy Anny, zdjęcia z przeszłości, na których wyglądała niemal tak pięknie, jak w rzeczywistości. Długie blond włosy, splecione w warkocz sięgający pasa. Jej śliczna twarz, o gładkiej i delikatnej cerze. Dłonie ze smukłymi palcami, których dotyk był niczym ukojenie.
Marek ponownie uniósł wzrok na mordercę, lecz tym razem jego oczy, choć wciąż przeszklone, nie wskazywały na strach, ale pełne były determinacji.
- Porozmawiam z tobą. Chodź za mną, ale wiedz, że nie wydostaniesz się stąd tak łatwo, jak tutaj przyszedłeś – jego głos był bardzo pewny, a słowa wyraźne. Zabójca nie spodziewał się tak nagłej przemiany księdza. Myślał, że już go miał, że zapędził go w kąt, nastraszył, ale mylił się. Kapłan, choć jeszcze przed chwilą ledwo trzymający się na nogach, teraz stał dumnie wyprostowany przed oprawcą i przeszywał pełnymi nienawiści oczyma. Marcin nigdy w życiu nie widział czegoś podobnego.
Przeszli wzdłuż ceglanej ściany, obwieszonej obrazami przedstawiającymi drogę krzyżową. Marcin spozierał na nie, zastanawiając się, jak jeden człowiek mógł unieść grzechy całego świata. Spojrzał w górę, na zdobione malowidłami krzyżowe sklepienia, a następnie spytał:
- Dlaczego wierzysz w tak marną historyjkę o Chrystusie, który zbawił wszystkich ludzi? Pomyśl logicznie: po co miałby to robić i co się zmieniło, kiedy to rzekomo uczynił? Nie ubliżam twórcom tej bajeczki, ponieważ wyobraźnię mieli bujną, skoro udało im się tak zamotać w głowach tylu biednych naiwniaków. – Marcin, powoli dochodząc do siebie po szybkiej metamorfozie księdza, zaczął wypełniać misję, z jaką się zjawił, a jej kryptonim brzmiał: "Pojąć i zrozumieć".
- Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. To z ewangelii św. Jana – mówiąc to, Marek wyjął z kieszeni Biblię i podał mordercy – możesz ją wziąć. Mam nadzieję, że wskaże ci drogę lepszą od tej, którą do tej pory podążałeś.
- A ja mam nadzieję, że twój Bóg, jeśli do tej pory mnie nie ukarał, wybaczy mi również to, co teraz zrobię – Michał cisnął Księgę na posadzkę i przydepnął ją prawym butem. Kapłan upadł na kolana i próbował zepchnąć stopę mordercy z Pisma Świętego. Gdy nie dawało to rezultatu, Marek uderzył z całej siły pięścią w goleń oprawcy. Mężczyzna wydał z siebie stłumiony jęk i chwytając klechę za bujne, ciemnobrązowe włosy, postawił go na nogi i zadał cios w twarz, łamiąc mu nos, z którego trysnęła czerwona posoka. Klecha, łapiąc się za rozbity narząd węchu, wydał z siebie pełen paroksyzmu bólu wrzask, który odbił się echem od ścian świątyni i zniknął w głuchej ciszy, przerwanej nagle przez stukot butów. Z drzwi zakrystii, do której jeszcze przed chwilą, wolnym krokiem, zbliżali się ksiądz i morderca, wybiegła bardzo ładna, młoda zakonnica. Na gładką twarz, z lekko zadartym nosem, i błękitnymi oczyma, wystąpiło zdziwienie a zaraz potem strach. Kobieta zakryła usta i podbiegła do kapłana, który wspierał się o jeden z konfesjonałów. Wyciągnęła z kieszeni chustę i przyłożyła ją do zakrwawionego nosa klechy. Michał patrzył na tę sytuację, a chwilowy gniew zaczął ustępować.
Płótno przesiąkało, lecz krwotok nie ustawał. Zakonnica, widząc bladą twarz Marka, wpadła w panikę i zaczęła krzyczeć:
- Niech pan tu podejdzie! Proszę mi pomóc! – Michał, patrząc na nią, nie widział zakonnicy, lecz zwykłą, bardzo ładną kobietę, która wzbudzała w nim pożądanie. Może nie była tak piękna, jak siostra klechy, ale miała z nią coś wspólnego i gdy morderca zlustrował ją ponownie, wiedział już, co przykuło jego uwagę. Dłonie. Identyczna, delikatna, aksamitna skóra i kształtne paznokcie. Ponadto, wznosząc wzrok wyżej, zauważył na prawej skroni słabo widoczne znamię, takie samo, jakie widniało na czole jego ofiary. To musiała być druga siostra Marka.
Michał podbiegł do niej i do słaniającego się na nogach klechy. Odjął od nosa jedwabną chustę, przy okazji chwytając kobietę za dłoń i spozierając jej w oczy, tak samo błękitne jak jej siostry. Widział w nich przerażenie, bojaźń o los klechy i zdziwienie zaistniałą sytuacją. Czuł lekkie drżenie jej ręki, która spoczywała w jego dłoni. Puścił ją, chwycił księdza za ramiona i posadził go na zimnej posadzce, z głową w dół. Zacisnął palcami skrzydełka nosa.
- Chwilę to potrwa, ale krwotok powinien ustać.
Zakonnica, wciąż w strachu, uklęknęła, wyciągając z kieszeni różaniec i zaczęła szeptem odmawiać modlitwę. Kiedy przymknęła oczy, Michał chwycił za nos nieco mocniej i szybkim ruchem nastawił skrzywioną kość. Ksiądz krzyknął i upadł na podłogę. Siostra zakonna uniosła wzrok, a różaniec wypadł jej z dłoni. Widząc, że krwotok ustał, podbiegła do księdza i ucałowała go w czoło. Spojrzała na oprawcę, a z jej wydatnych ust padły słowa:
- Dziękuje ci. Jak to się stało, że tak mocno krwawił? Chyba pan go nie uderzył?
Jej nagłe opanowanie wskazywało na to, że wcale nie zdawała sobie sprawy z tego, kim jest stojący przed nią mężczyzna.
- Księżulek wychodząc z konfesjonału, zatoczył się i upadł. Nie wiem co było tego przyczyną.
Po chwili zastanowienia dodał:
- Dlaczego tak piękna kobieta wstąpiła do zakonu? Czyżbyś zakochała się w Chrystusie?
- Chrystus jest miłością mojego życia, ale w zupełnie innym znaczeniu, niż myślisz.
Michał wyczuł w jej głosie zachwyt i aż go zemdliło. W tym momencie zrozumiał, że choć by nie wiem jak się starał, nie pojmie ludzi, którzy wierzą w Boga i Jego Syna, i poświęcają się im, bezgranicznie pokładając nadzieję w zbawienie i życie wieczne. Widocznie wiara jest nakładana tylko na nielicznych, a jego prawdopodobnie dłoń Boga ominęła. Myślał, że to przyjdzie z czasem, jednak chyba brak mu nadziei i wytrwałości.
Wpatrywał się w kobietę. Później jego wzrok powędrował na replikę obrazu, wiszącego tuż nad jednym z konfesjonałów. Był to malunek słynnego artysty Caravaggia, przedstawiający nawrócenie świętego Pawła w drodze do Damaszku. Na pierwszym planie znajdował się leżący apostoł, a dalej stali sługa i wierzchowiec. Na postać św. Pawła spływało Boskie światło.
Michał spojrzał jeszcze raz na zakonnicę w czarnym habicie, przepasanym w pasie skórzanym sznurem, białą chustą przy szyi i welonie na głowie i wiedząc, że nic pożytecznego z jego wizyty w świątyni nie wyniknie, odwrócił się i pobiegł nawą boczną do wyjścia. Kiedy zakonnica straciła go z pola widzenia, Marek rozpostarł powoli oczy, którym ukazała się uśmiechnięta twarz jego siostry, skąpana w blasku słońca wpadającego przez jedno z okien bocznej nawy.
- Całe szczęście, że nic poważnego ci się nie stało, bracie - mówiąc to, wpadła w ramiona Marka i zaszlochała, a w tym samym momencie uszom wiernych, podążających do świątyni dał się słyszeć huk wybuchu, a zaraz potem na ich oczach świątynia stanęła w płomieniach.
***
Michał, stojąc w bezpiecznej odległości od pola rażenia, oglądał swoje dzieło zniszczenia, patrząc jak fasady kościoła pomału zrównują się z ziemią. Wchodząc do świątyni, miał nadzieję na zrozumienie wiary w Boga, jednocześnie kończąc z zabijaniem na zlecenie. Jego umysł był już jednak w zbyt dalekim stadium zaślepienia i wykonując zadanie, ostatecznie zerwał swoją chęć na nawrócenie, wchodząc jednocześnie na drogę życia pełnego bólu i cierpienia, mordu i destrukcji. Wrzucił zapalnik do pobliskiego koryta rzeki, chwycił za telefon i wykręcił numer do swojego zleceniodawcy:
- Misja zakończona powodzeniem – mówiąc te słowa, wszedł do czarnego BMW stojącego za plecami i odjechał z miejsca zbrodni.
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 4
Data dodania: 20.06.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7329 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1466 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42651 | Użytkownicy: 3312
Online(50): 43 gości i 7 zarejestrowanych:
Wojtex81, Yenna, Fał, Groszek, Faun, Ismo, Janek Freund