warto go przeczytać
Życie toczyło się dalej, ale ja przeistoczyłam się w cień. Bez nadziei na lepsze, bez miłości. Dnie spędzałam w domu albo na rozmowach kwalifikacyjnych. Rozsyłałam czterdzieści CV dziennie, ale bez rezultatu. Po dwóch miesiącach takiej pogardy do samej siebie, samotności, depresji i ogólnych niepowodzeń, postanowiłam wyjechać za granicę w poszukiwaniu szczęścia. Już byłam gotowa, spakowana, z wizą, paszportem i innymi potrzebnymi dokumentami, kiedy spotkałam Kamila.
Siedział na ławce przy monopolowym i ukrywał twarz w dłoniach. Wokół niego panowała cisza, bowiem już było dobrze po dwudziestej trzeciej. Nie wiem, co mną kierowało, ale usiadłam obok niego i po prostu milczałam razem z nim.
Dobrze było tak siedzieć, jakby nie było nic innego do roboty. Siedzieć, trwać, wspierać tylko ciszą...
Dopiero po chwili zorientował się, że ktoś siedzi obok niego. Nieśmiało wystawił jedno oko, łupnął nieprzyjaźnie na nieznaną osobę odzianą w czerń, z kapturem na głowie. Postanowiłam się nie ukrywać. Prędko zdjęłam kaptur i popatrzyłam na niego tak jak nigdy. Z największą dawką miłości. W głębi duszy wciąż go kochałam.
- Ewa… - szepnął tylko i przytulił mnie z całych sił. Potem wypuścił i przyjrzał mi się uważnie, jakby chciał mnie zapamiętać. – Nic się nie zmieniłaś.
- Przez dwa miesiące? Co ty!
- Co teraz robisz?
- Szukałam pracy, ale ten naród nie oferuje nic dobrego. Ostatnio żałuję, że się tu urodziłam. Do tej pory miałam siebie za patriotkę, ale teraz… Teraz wszystko jest coraz gorsze… Wyjeżdżam za granicę.
- Kiedy? – spytał z kamienną twarzą.
- Już za trzy dni…
- Tęskniłem za tobą, wiesz?
- Ja też.
- Może to było po prostu za wcześnie… Przepraszam.
- Próbowałeś szukać szczęścia. Ale jestem przeciwna małżeństwom.
- Wolisz konkubinat?
- Tak, ale tylko wtedy, kiedy jestem pewna, że kogoś naprawdę kocham.
- Jak jest ze mną?
- Nigdy nie jestem siebie pewna. Zawsze mam w sercu zamęt, który wręcz mną wstrząsa. Nie umiem rozeznać samej siebie i gubię się w zeznaniach. Bardzo tego nie lubię… Ale… jeśli chodzi o ciebie… wydaje mi się, że cię kocham.
- Co proszę? Wiesz, przygłuchłem – rzekł, powstrzymując uśmiech.
- Kocham cię – powiedziałam nieco głośniej.
- Ech, zapomniałem aparatu słuchowego. Idziemy po niego czy to powtórzysz?
- Kocham cię – znowu zwiększyłam natężenie.
- Głośniej.
- Kocham cię!!! – wykrzyczałam i poczułam jakąś ulgę w sercu. Wreszcie byłam pewna siebie i swoich wyborów. Istniał on, to fundamentalne ciało wypełnione moim szczęściem.
- Ja też. Tęskniłem diabelnie.
- Nie jadę. Zostanę i jakoś to będzie.
Kolejne tygodnie przynosiły nam znowu idyllę. Było jak na początku, pięknie i romantycznie. Jednak kiedy dostałam pracę i powiedziałam to Kamilowi, dostaliśmy wariacji. Zakupiliśmy parę butelek wina, rozsiedliśmy się przy pięknie nakrytym stole (tylko i wyłącznie pastele!) w moim mieszkaniu i rozmawialiśmy o przyszłości. Coraz częściej dopuszczałam do siebie myśl, że wkrótce poproszę go, aby się wprowadził. Samotność obijała się po burych ścianach mojego małego, dwupokojowego mieszkanka po rodzicach.
Nie zauważyliśmy, kiedy wypiliśmy cztery butelki wina. Wszystko zniknęło w magiczny sposób. A potem potoczyło się jak na filmach czy dyskotece. Spotkała mnie sroga kara za picie.
Zbudziłam się rano i zaczęłam się zastanawiać, czemu tak bardzo boli mnie głowa. Przypisałam to paru kieliszkom wina i beztrosko pomyślałam, że słońce jest niecierpliwe. Z wytrwałością przedzierało się przez kolorowe firanki, ledwo utrzymujące się na rozchwianych, zabytkowych i nieco ciężkich, bo mosiężnych, karniszach.
Jednak kiedy podniosłam się i objęłam wzrokiem pokój, szybko zrozumiałam, co się wydarzyło.
Stół był niezwykle brudny, uginał się pod stertą brudnych półmisków i talerzy. Kieliszki i butelki po winie były puste. Przerzuciłam wzrok na podłogę i aż musiałam powstrzymywać krzyk. Spory kawałek moich pięknych, mahoniowych paneli był czerwony. Uklękłam i delikatnie dotknęłam kałuży.
Krew… I to właśnie ta krew, której nie spodziewałam się ujrzeć jeszcze przez parę miesięcy.
Błyskawicznie złapałam się za poręcz łóżka i ledwo przerzuciłam na nie swoje przerażone oczy, pojęłam jeszcze więcej.
Na moim łóżku spał nagi Kamil.
Zerknęłam na siebie. Wyglądałam jak Ewa w Raju.
Naga, drżąca, z gęsią skórką i wielkim przerażeniem, które pchało mnie ku wariacji.
Nie mogłam dłużej wytrzymać. Z moich ust dobył się przeraźliwy krzyk niedowierzania.
Nie miałam zamiaru się uspokoić, moje poczucie bezpieczeństwa zostało zbezczeszczone.
Oboje siebie pragnęliśmy. Przecież odczuwałam to od tak dawna, niemal od samego początku. Była między nami wielka chemia. Boska namiętność, która dodaje ekstrawagancji, pewności, wiary w ciało i w wieczystą miłość.
Nieraz, oszołomiona długim, nieco bolesnym i pełnym cierpienia pocałunkiem, wpatrywałam się w jego oczy. Wyraźnie widziałam w nich chęć rzucenia się na mnie. Upojenie ciałem, tym przyciąganiem nadanym przez naszego Pana.
A jednak poprzysięgliśmy sobie, że wytrzymamy, aż do ostatecznych decyzji, które przyjdą albo z rozmysłu, albo znienacka. Wierzyliśmy, że damy radę, że nasza miłość będzie czymś więcej niż tylko cholerną namiętnością, przyciąganiem. Miała być też wsparciem, radością, potrzebą widywania swoich oczu, uśmiechu, ciał okrytych ubraniami i wreszcie - zwykłą, codzienną rozmową.
Miała być…
Skończyło się oczekiwanie.
Czy to możliwe, żebyśmy nie poczekali, tylko, ot tak, zajęli się tym po alkoholu? Co to za cholerne życie, które wystawia nas na tyle prób?
Mój krzyk obudził Kamila z głębokiego snu. Zerwał się jak strzała, powoli objął wzrokiem pokój i popatrzył na mnie z mieszaniną przerażenia, niedowierzania i trochę jakby szczęścia.
- Czy… czy to, co myślę? – spytał cicho.
- Nie wiem – odparłam i zaczęłam płakać.
Ocena: 4.5
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 04.08.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7336 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42679 | Użytkownicy: 3318
Online(9): 9 gości i 0 zarejestrowanych: