warto go przeczytać
Oblężenie
Tułaczka Siriusa
12 dzień lipca lata roku 1498 był bardzo gorący i parny. Zbierało się na burzę.
Samotny człowiek, idący w kierunku wolności. Szukający wolności w sobie, bowiem na zewnątrz jej na pewno nie znajdzie. Był banitą, poszukiwanym za rozliczne okropieństwa, z których tylko połowa była naprawdę jego dziełem. Musiał uciekać z kolejnego miejsca zamieszkania. Może nie stałego pobytu, ale zamieszkania. Na to wspomnienie wciąż oglądał się za siebie, niepewny czy nie ma pogoni na karku.
To tylko 3 dni temu. Mieszkał w małej wsi, zwanej przez miastowych Zadupiem, a przez wieśniaków Budą.
Był gorący wieczór, nie tylko ze względu na wieści, ale też na przybycie dziwnych ludzi do miasta. W tym czasie Sirius był już dość znanym mieszkańcem osady, doskonałym myśliwym i uczciwym pracownikiem.
Dnia 8 lipca gruchnęła wieść, że armia orków przygotowuje się do kolejnej bandyckiej wyprawy w głąb królestwa Kislevu, niewielkiego hrabstwa na północnym-wschodzie Starego Świata. Jeszcze tego samego dnia, w nocy w mieście pojawili się dziwni ludzie. Ubrani byli jak najemnicy, w obcisłe, ale nie krępujące ruchów, czarne skórzane kurtki. Zaczęli oni nawoływać dziwnych rzeczy. W tym wzywali Siriusa.
Sirius stawił się na wezwanie. Był sam, wieśniacy mimo przywiązania woleli nie narażać się na gniew najemników, bowiem oni potrafili być w gniewie straszni. Przybysze stanęli przed Siriusem i rzucili mu pod nogi zawiniątko, z którego wytoczyła się głowa dziecka. Następnie zaczęła się oracja.
- Uczciwi ludzie! Wszystkim wiadomo wszerz i wobec, że zabicie dziecka jest rzeczą straszną! Karaną nawet wśród orków i skavenów! Dlaczego wyście od tych bestii gorsi? Czemu nie karzecie zbrodniarza, który dopuścił się tak ohydnej zbrodni, a który stoi tu przed wami! Czy naprawdę półorkowie mają już w sobie więcej człowieka niż sam człowiek?
- A kimże jest ów człowiek? - spytał nieznajomych karczmarz, najbardziej szanowana osoba we wsi.
- Doprawdy nie jesteście w stanie rozpoznać zbrodniarza!? Dobrzy ludzie, bracia niedoli jaka spada w tych czasach na ten świat, spójrzcie na najohydniejszą bestię! Bestię, która zbezcześciła ognisko domowe spokojnych ludzi i wymordowała rodzinę szczęśliwych obywateli dla marnych dziesięciu złotych koron!
- Ale kto on jest, do cholery? - karczmarz był już zdenerwowany tym przedstawieniem.
Sirius wiedział, że czas się zmywać. W czasie, gdy cała uwaga była skupiona na perorującym, on wyszedł z tłumu. Po chwili, będąc już w domku na skraju wsi i pakując swój dobytek na konia, usłyszał wrzawę. Heh, widocznie dowiedzieli się kto rzekomo to zrobił- pomyślał. Kiedy wyjeżdżał z zagrody, drogę zastąpił mu rzeźnik. Cóż, mordowanie mordowaniem, zabijane zabijaniem, ale własną skórę trzeba ratować. Ściął głowę półtorakiem i pojechał w siną dal. Szybko zajeździł konia, którego ubił i podzielił na mięso. Cóż, jak mus to mus.
Od tego wydarzenia mijał już 3 dzień, a Sirius od tego czasu nie żywił się za dobrze. Wróciła stare złe czasy, czyli korzonki i jagody, raz na dzień zając lub jajka. Wszystko na surowo, bo po co oświadczać swoją obecność? W dodatku i tak miał nieodparte wrażenie że ktoś go śledzi.
Po chwili Sirius nie uwierzył własnym oczom: zobaczył wieś! Pieniędzy miał wystarczająco dużo, ażeby przeżyć i pół roku na wsi na dogodnych warunkach, a w sytuacji wojny nie zwracałby na siebie uwagi. Przeszedł przez bramę w ostrokole, pilnowaną przez trzech strażników w przynajmniej nędznej zbroi, którzy oświadczyli mu, że ta dziedzina należy do szlachetnego pana Alana von Daschlitz. Dobra dobra, mruknął w odpowiedzi i wszedł do wsi. Od razu przechodziło się do rynku, a tam była niezła zbieranina luda, przede wszystkim najemników. Sirius skierował się przez tłum do karczmy. Kiedy dotarł do zatłoczonego wnętrza, skonstatował, że tu nic szybko nie dostanie. Wyszedł więc przed wieś i nazbierał patyków, układając je w ognisko, następnie wypatroszył i wziął się za pieczenie na nim zająca. Strażnik zwrócił się do niego:
- Hej, ty tam, powsinogo, co tam pichcisz?
- Nie twoja sprawa – odpowiedział spokojnie Sirius.
Strażnik podszedł do niego, Sirius słysząc szczęk broni w pochwie, sięgnął po trzydziestocentymetrowy nóż, który po patroszeniu leżał bez okrycia po jego prawicy. Chciał wstać, był to jednak tylko fortel. Słysząc świst broni nad głową, zanurkował po lewej stronie strażnika, czyli swojej prawej, i wbił mu nóż w łydkę; chrupnęła kość, strażnik krzyknął, na ten sygnał przybiegło jeszcze dwóch i kilku najemników. Widząc że nie obejdzie się bez rozlewu krwi, Sirius chwycił za miecz. Strażnicy byli cieciami w porównaniu do Siriusa, niemniej było ich dwóch, mieli przewagę. Kapitan krzyknął z konia: Żywcem brać! Co to to nie- pomyślał Sirius- albo po moim albo po ich trupie! Używając szkoły, jaką miał za młodu, zabił jeszcze dwóch strażników, sam mając niesprawną jedną rękę. Na sygnał kapitana jeden z najemników podszedł do niego i zaczęli szermierkę. Tym razem Sirius musiał się trochę nabiedzić, ponieważ najemnik był szkolony na zachodzie i znał podstawowe i nie tylko podstawowe finty i sztychy. Ostatecznie padli obaj; prawdopodobnie, gdyby nie pomoc, dana przez kapitana najemników, Sirius usiekłby trzecią osobę tego wieczora. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył przed ciemnością, było kolano kapitana najemników, lecące w kierunku jego twarzy. Potem nie było nic.
Obudził się w ciemności. Oczy miał zlepione krwią, słyszał nad sobą kilka osób.
- Twardy jest - powiedział jakiś męski, pełen autorytetu i władzy głos.
- Tak, usiekł dwóch cieci i prawie jednego najemnika.
- No, no, no, to niezły wyczyn.
- Tak. Co z nim zrobimy? Nie zabrana mu została żadna rzecz.
- Tak jak zwykle. Damy ultimatum - rzekł władczy głos.
Kiedy próbował się poruszyć, poczuł niezwykle silny ból w szyi. Ktoś zajął się jego oczyma, teraz widział już dobrze. Siedział w klinicznie białym pomieszczeniu. Teraz przed nim pojawił się talerz ze strawą i jakiś człowiek. Człowiek ten rozwinął jakiś pergamin i odczytał z niego wzniosłym tonem.
- Zdajesz sobie sprawę, morderco, że za śmierć śmierć. Szlachetny pan Alan von Daschlitz jednak jest gotów umorzyć wyrok na czas wojny. Zostanie on ponownie zrewidowany po wojnie, jeśli wykażesz się na tej wojnie męstwem i odwagą to wyrok będzie cofnięty. Na dzień dzisiejszy ciąży nad tobą wyrok śmierci. Wybór należy do ciebie. Żegnam.
Ożesz. Jaki wybór? Musi się zgodzić. Przy najbliższej okazji ucieknie, ale to potem. Teraz musi zająć się przeżyciem.
Kiedy mężczyzna był w wejściu, Sirius krzyknął za nim:
- Zgadzam się!
- Dobrze. Za mną więc - rzekł nieznajomy w odpowiedzi.
Ruszyli dróżką do stajni. Tam zaprzęgli konie do powozu i pod eskortą kilku zbrojnych ruszyli. Sirius wśród zbrojnych rozpoznał najemnika, którego prawie zatłukł i kapitana, który go później obezwładnił. Dojechali do zamku...
Przygotowania
Chłopi zbiegali do warowni, chcąc pomóc w budowie umocnień. Ci, którzy to zrobili, mogli liczyć na zatrudnienie zbrojne w zamku, a tam mieli większe szanse na przeżycie niż w szczerym polu i chatach z widłami w rękach. Poza tym w głębi fortecy schronienie znalazły ich rodziny.
Nad wilczymi dołami pracowało z czterdziestu chłopa. Dalej ludzie poprawiali umocnienia i zasieki poza murami, a na murach stało kilkudziesięciu ludzi, tynkujących świeże cegły.
Cała przyczyna takiego zamieszania była prosta: orkowie, półorkowie i dzicy ludzie przyszli aby zrównać z ziemią. Kraj ogarnęła panika. Chłopi masowo zbiegali do miast żeby schronić się za ich murami, w twierdzy Alana von Daschlitz nie przyjmowano już nikogo poza wojakami. Tak więc już na milę od miasta widać było skutki wojny. Z rogatek pościągane zostały straże, nie było żadnych ludzi w okolicy.
Na długo przed terenem podgrodzia zaczynały się prace nad wilczymi dołami. Ludzie uwijali się jak w ukropie, kopiąc niemalże pięciometrowe doły i wbijając w nie trzymetrowe, drewniane bale zaostrzone na końcu. Kilkaset metrów dalej, na szczerym polu, powstawały zasieki z drutów, bali i ostrzy osadzonych na kołach. Stalowa zapora dla jazdy. Jeśliby jednak udało się sforsować tę zaporę, ludzie zza zasieków uciekali na boki, ponieważ pośrodku były znowu wilcze doły. Założenie było takie, że wróg, widząc przewagę obrońców, będzie próbował pojechać lub pójść na skróty. Prosto w wilcze doły. Jeśli nawet pokonali i tę przeszkodę, był jeszcze doskonale uzbrojony zamek. Na murach pyszniły się nowiutkie piszczały i kusze, brama była zatarasowana od wewnątrz, w połączeniu z załogą wierną Alanowi von Daschlitz lub złotej koronie, stanowiło to barierę nie do przebycia.
Alan von Daschlitz siedział w swoim biurze w towarzystwie szlachetnych panów von Seinze i Mateja z Nulnu. Przyjmował kapitana najemników.
- Ile więc chcecie za usługi? Jako oddział przeszło stuosobowy?
- Przeszło tysiąc złotych koron po zakończeniu wojny.
- Dokładnie?
- Tysiąc i dwieście pięćdziesiąt. Jeśli żaden z nas nie przeżyje, nie jest pan zobowiązany do wypłacania niczego, natomiast my się podzielimy pieniędzmi, przy czym chcemy dwieście i pięćdziesiąt złotych koron jako zaliczkę i pozostałe tysiąc po wykonaniu zadania.
- Może być. Mateju wyznacz kogoś do obserwacji tych ludzi i wypłać im te dwieście pięćdziesiąt złotych koron z góry.
- Tak jest, panie- rzekł Matej, postawny, czterdziestoletni i niezwykle doświadczony wojownik z ogorzałą twarzą, tak wszak inną od twarzy ludzi z Nulnu, który był wszak miastem akademickim.
Matej z Nulnu był prostym robotnikiem, póki nie ujął się za pewną panną około piętnastu lat temu. Pannę napadło czterech rzezimieszków, których zamiary były wiadome. Matej zabił trzech, czwarty mu uciekł. Wtedy miał kłopoty, póki nie okazało się, że dziewczyna jest siostrzenicą Alana von Daschlitza. Ten chciał oddać mu dziewczynę za żonę, czego Matej nie przyjął. Alan więc uznał go za osobę uczciwą, nauczył szermierki i od tej pory Matej z Nulnu był zaufanym wojakiem na utrzymaniu szlachcica.
Inaczej miała się sprawa z Bernardem von Seinzem. Był on pierwszym kolegą Alana, z nim pił i podrywał pierwsze kobiety, z nim uczył się szermierki od świętej pamięci Kristiana de Cornblau, człowieka z zachodu. Od razu poznał się na Mateju i przyjął go do serca jako przyjaciela i doradcę. Matej dysponował bowiem z nich wszystkich największym doświadczeniem i to on kierował naborem najemników i pracą nad wzmocnieniami w zamku.
Teraz poszedł za kapitanem najemników do karczmy Pod Orkowym Łbem”. Była to dość dobra nazwa dla miejsca pobytu wojaków w tych stronach. Matej wszedł do karczmy i skonstatował, że wszyscy wojacy są tacy sami. Odziani w takie same, czarne, skórzane kurtki. Jednak w całym krajobrazie czerni coś nie grało. Był jakiś brązowy zgrzyt, coś nie pasowało. O tym powiedział mu jego osobisty sekretarz, przydzielony mu przez Alana.
- To jest, panie, niejaki Sirius, złapany na zabiciu dwóch strażników prawie jednego najemnika. Poszedł na ugodę, więc przydzieliłem go do tego oddziału najemników. Zrobiłem słusznie?
- Tak, mój drogi. Dziękuję ci.- powiedział Matej. Teraz dopiero dotarło do niego, że skądś zna tego człowieka, jakiś przebłysk dawnych wydarzeń, cos jak zatarty obraz z przeszłości. Matej, nie zważając na protesty najemników, podszedł do Siriusa.
- Znam cię.- rzekł krótko.
- Hm, ja ciebie też- odpowiedział Sirius.
- Rok pański 1493, Starozamcze, Stare Miasto Rogów, dzień 19 sierpnia, panna Natalia de Daschlitz.
- Bezbłędnie. Nie sądziłem, że będziesz pamiętał- twarz Mateja po tych słowach pobladła ze wściekłości.
- Ja tez nie myślałem że ty to zapamiętasz. W końcu to jeden z ilu? Stu? Dwustu wybryków? Tak to określali? Tak, jestem pewien, że tak.
- Cóż, pamięć to jedyna broń jaką teraz posiadam, wiedz jednak, że ludzie się zmieniają. Zrozumiałem błędy ostatnich kilku lat i próbuję się zmienić, chociaż piętno zbrodniarza wciąż o sobie przypomina.
- Jak chociażby niedawny incydent?
- Tak, chociażby. Pytam z ciekawości- jakie wiatry przywiały tutaj takiego wspaniałego uczonego jak Matej?
- A jakie wiatry przywiały tutaj takiego banitę jak ty? Widać, że mamy do pogadania. Choć, zapraszam na obiad.
- Ta, a potem na egzekucję?
- Nie. Potem wykażesz się męstwem lub tchórzostwem. W pierwszym przypadku odkupisz winy, w drugim zginiesz, jak nie przeze mnie, to z powodu orków. Chodź więc.
- Dobrze tedy. Pójdźmy.
Wyszli z karczmy, skierowali się do prywatnego domu Mateja. Dom był murowany, z strzelistą strzechą i drewnianymi, kunsztownymi drzwiami. Weszli do środka.
W nozdrza uderzył ich od razu zapach mięsa, szafranu i dymu, powstałego z paleniska rozpalonego na środku izby.
Izba była raczej obszerną komnatą, w której znajdowały się dwie połączone ławy, dookoła nich umieszczone zostały krzesła. Na ścianach wisiały chochle, ozdobne miecze i zbroje. Sirius i Matej zasiedli do stołu i czekając na jedzenie, delektowali się doskonałym piwem. Pierwszy zagadał Matej:
- A więc odpowiesz mi co sprowadza takiego banitę jak ty w te strony? Wiesz, trzy razy uciekłeś już katu: dwa razy w Nulnie, raz w Aldorfie. Więc?
- Cóz, to długa historia...
- Mamy czas- przerwał Matej bez ogródek
- No dobra. Jak wiesz, znalazłem miłe schronienie opodal stąd, we wsi zwanej Budą. To było pół roku temu z górą. Zawędrowałem wpierw...
Chatka była mała, ale przytulna. Człowiek, który siedział naprzeciw Siriusa, był drwalem i miał jakieś dwa metry wzrostu, słowem sam zajmował pół chatki. Sirius siedział na posłaniu ze skór i dławił się wręcz kawałkiem suszonego mięsa, otrzymanego od drwala. Namoczone w wodzie odzyskiwało soczystość, a z solą było wręcz wyborne. Szybko jednak Sirius się zmitygował i zaczął mniej łapczywie jeść. Wtedy drwal zadał jedno pytanie:
- Gdzie masz zamiar iść teraz?
- Gdzieś do miasta albo wsi i osiąść tam na stałe. Mam dośc pieniędzy żeby pożyć do końca swych dni.
- No więc najbliższa wieś jest kilka godzin drogi stąd. Jak chcesz to możesz się tam ze mną zabrać wieczorem jutro.
- Dobrze, z chęcią. Co tymczasem będziemy porabiać?
- Pójdziemy na polowanie.
Wyszli z samego rana. Sirius dygotał z zimna, jego ręce ledwo utrzymywały łuk. W pochwie przy pasie miał miecz, z drugiej strony pasa trzydziestocentymetrowy nóż. Po niedługi marszu dostrzegli ślady sarn. Kierowały się w stronę potoku. Doszli do potoku i zobaczyli małe stado saren i jeleni.
- Słuchaj- powiedział drwal- ja biorę jelenia, ty strzel do sarn przynajmniej dwóch, najlepiej w nogi. Skóry i poroża można sprzedać.
Sirius strzelił w nogi saren, zaczęły kuleć, drwal ustrzelił w nogi jelenia. Z dobiciem saren nie mieli problemów, całe stado je zostawiło taka jak jelenia. Teraz przyszedł czas na rogacza. Nie chcieli zniszczyć skóry, więc zaczęły się podchody. W końcu jeleń padł od zatrutej strzałki. Na użycie tej broni nie zgadzał się Sirius, który teraz spytał:
- Coś ty zrobił? Teraz mięso nie będzie się nadawać do jedzenia!
- Heh, właśnie że nie. Trucizna automatycznie ulotni się w ciągu 5 godzin.
- Aha. No dobra pakujemy to i jazda.
Sirius wziął na barki sarny, drwal jelenia. Dotarli do chatki na krótko przed południem. Banita wyruszył wtedy na poszukiwanie ziół do przyprawienia gulaszu z sarny i udek drugiej sarny. Znalazł to czego szukał szybko i wrócił do chatki. Zastał tam już drwala, przygotowującego gulasz przed domem. Zjedli gorącą kolacje i ruszyli na powozie do miasta.
Dotarli do wsi. Drwal wyjaśnił Siriusowi, że wieś nazywa się Buda. Znajdzie tam pracę może jako myśliwy, a jak nie to jako zielarz, jeśli tylko zna się na ziołolecznictwie.
Pożegnali się uściskiem, jak bracia. Sirius ruszył do karczmy zaś drwal do swej kochanki.
Wszedł do wnętrza, niezwykle zakurzonego.
Nie było już poza tym co opowiadać. Stało się tak jak mówił drwal. Robił za zielarza i myśliwego w jednym. Znalazł kobietę, mieli zamiar się pobrać.
- I wtedy wszystko się popierdzieliło. Przyjechało kilku z tych najemników i zaczęło chrzanić jakieś farmazony o mnie. Straciłem wszystko- w oku Siriusa zakręciła się łza złości- straciłem pracę, kobietę i dotychczasowe życie w stresie wróciło...
- Rozumiem cię...- powiedział cicho Matej
- Gówno rozumiesz! Ty nigdy tak nie miałeś! Zawsze tylko ten Alan i Alan! Ułożone życie piękna żonka i dwoje dzieci.- powoli się uspokajał i mitygował na widok kamiennego spokoju i autentycznego smutku w oczach Mateja- a co ciebie przywiało aż tutaj?- spytał.
- Cóz, to niezbyt skomplikowana historia. Zaczęło się od waszych zabaw w Aldorfie, skończyło tutaj...
Matej, zwany też przez przyjaciół Mózgiem a przez wrogów Cieciem-Śmieciem, szedł z karczmy w stronę domu, małej drewnianej chaty, w której mieszkał jako robotnik.
Zastanawiać może, czemuż to Matej, wszak szlachcic, został Cieciem-Śmieciem.
Jego ojciec przegrał cały majątek w karty, a następnie zginął od alkoholizmu. Od tej pory Matej, wcześniej w miarę możny mieszczanin, stoczył się na bruk i został robotnikiem, mieszkającym w najbardziej niebezpiecznej dzielnicy miasta.
Nie był jednak, w brew przekonaniom, sam. Miał w tej dzielnicy kilku możnych przyjaciół, którzy przychodzili, aby z nim wypić i zabawić się.
Właśnie wracał z zakrapianej zabawy, kiedy usłyszał dziwne jęki, stękanie, następnie plask, jakby ktoś dostał z otwartą ręką w twarz. Skręcił w zaułek, wyciągając navaję, długi, rozkładany nóż i dodając sobie odwagi nietrzeźwością, ruszył przed siebie. To, co ujrzał w ślepym zaułku, napawało go odrazą i wściekłością.
Jakaś kobieta, wnosząc z poszarpanego ubrania, szlachcianka, leżała pod jednym z czterech znajdujących się dookoła niej mężczyzn. Matej krzyknął i ruszył do ataku.
Ciął jednego przez twarz, drugi dostał sztychem w brzuch, podnoszący się z kobiety osobnik zarobił sztych w gardło. Cięty w twarz wyciągnął mizerykordię, pchnął nią w brzuch Mateja, on jednak nie czuł bólu, odciął mu prawie głowę navają, która była ostra jak brzytwa i na co dzień służyła mu do golenia, strumień gorącej krwi buchnął z szyi. Czwarty stał, z szeroko otwartymi ustami, obserwując wściekłego człowieka.
- Matej?- szepnął w końcu
- Sirius? Kurwa twoja mać, uciekaj. Po kiego dobieraliście się do szlachcianki?
- Pijani...jesteśmy...
- Nikogo to nie będzie obchodzić. Uciekaj z miasta, wyrok będzie jeden: śmierć. Uciekaj! Na koń i jazda!
- Potem okazało się, że szlachcianka, którą dorwaliście, to siostrzenica Alana von Daschlitz. Zaproponowali mi ją za żonę; odmówiłem. Od tej pory jestem zaufanym Alana i cieszę się jego względami.
- Ocaliłeś mi życie, skazując na banicję na przeszło piętnaście lat. Nie wiem nawet, czy bardziej cię nienawidzę, czy jestem wdzięczny. W każdym bądź razie wtedy ci nie podziękowałem, robię to teraz. Dziękuję.
Tymczasem wniesiono jedzenie. Obiad minął w milczeniu. Przy słońcu, przyjemnie przygrzewającym przez okna, raczyli się fajką. Tytoń był wyśmienitą mieszanką z południa, miał smak miętowy i przyjemnie szczypał w język.
- Pytam z czystej ciekawości- rzekł Matej- co stało się wtedy, dzień temu w Budzie?
- Cóż, chyba wasi pachołkowie nie dostają wystarczającej ilości wiktu, skoro gotowi są zabić za byle zająca.
- Co? Poszło więc o jednego, jedynego zająca z rożna?
- Tak.
- No nie. Świat schodzi na psy.
- Zgadzam się.
Po chwili milczenia Sirius odezwał się cicho:
- Co zrobisz ze mną teraz?
- A co mogę zrobić? Jesteś w mojej osobistej gwardii, przyjacielu.
- Fajnie.
- Chodź, pokaże ci gdzie nocujesz, dam też nowe ubrania i zbroję. Miecz, jak sądzę, chcesz zatrzymać ten?
- Tak, jestem do niego przywiązany.
Poszli więc do sypialni gościnnych. Sirius dostał troszkę spartańsko wyposażony pokój, w rogu stał stojak z nową kolczugą i pełną zbroją. Sirius wybrał stamtąd mocny hełm, kolczugę zamienił na koszulę kolczą, która od kolczugi różniła się tylko tym, że miała jeszcze kaptur z kółeczek kolczych, dość popularny kapalin. Do tego wziął jeszcze nagolenniki z pojedynczych płytek na przód nóg, takich, aby nie utrudniły skradania. Zbroi dopełniły jeszcze naudniki z pojedynczej blachy i półzbroja złożona z napierśnika i naplecznika na torsie. Przy pasie nieodłączne, dwa potężne noże, po lewej stronie zaś miecz. Wszystko to zaś zostało nałożone na kaftan skórzany, czarny. Teraz wyglądał na rycerza niższej klasy, kogoś w stylu giermka. Po przymierzeniu zbroi nastał już wieczór, więc położył się spać.
Był dzień 12 lipca roku 1498.
Samotny człowiek stał naprzeciw potężnej armii, a w jego żyłach pulsowała chęć zemsty za jedną kobietę. Miał wystarczająco dużo pieniędzy, by pozwolić sobie na najęcie dziesięciotysięcznej armii orków i ludzi. Przetracił na to cały majątek ponad pięciu miast i piętnastu wsi, ale to już nie miało znaczenia.
Zbrodnia nie zostanie bez kary, moja Natalia zostanie pomszczona. Moja słodka, piękna Natalia!
Teraz on, Xian, wkroczy do księstwa Kislevu z tą armią, a wtedy ci tchórze sami oddadzą.
Zbrodniarza!
Krzyknął jedno zdanie do orków i ludzi:
- Marsz do Kislevu! Palić wszystko, co napotkacie na swej drodze!
Armia zaryczała na to krótkie orędzie gardłowo i ruszyła. Przed nimi jeszcze cztery dni drogi. Kiedy w końcu dojdą pod Kislev, on ich zatrzyma, a wtedy żąda wydania jednego człowieka. Oni to oczywiście zrobią.
Bo są tchórzami.
A wtedy zakatuje go na śmierć, utrzymując za pomocą magii przy życiu. Połamie każdą kość, powyrywa paznokcie, tylko po to żeby go uleczyć, a wtedy napcha go prochem, od dupy do ust i podpali. Jego serce, myślące od dziesięciu lat tylko o zemście, radowało się na tę chwilę, kiedy go dorwie!
Zdrajcę!
Takie myśli snuły się po myśli Xiana, kiedy nakazywał wkroczyć swej armii do Księstwa Kislev.
Nie mógł go dorwać przez dziewięć lat. Zawsze mu uciekał. Dwa razy w Nulnie i raz w Aldorfie. Ale teraz go dopadnie. Starannie uknutą siecią intryg i zdrad, dorwie go.
Armia maszerowała. Ku chwale zniszczenia.
Matej siedział na ganku domu wraz z Siriusem, wspominając dobre, stare czasy, kiedy doszedł ich krzyk: JUŻ TU SĄ!! WKROCZYLI DO KISLEVU WCZORAJ!!
Oblężenie
Stali na murach i na strażnicach. Wszyscy ludzie, zdolni do walki i umiejący coś w tej dziedzinie zostali powołani pod broń. Absolutnie wszyscy. Alan von Daschlitz rozesłał wici już dawno, teraz nadchodziły posiłki. Każdy, kto miał honor, stawał na wezwanie. W sumie było tego około tysiąc działostrzelectwa i około dwóch tysięcy pieszych. Konnych nie było w ogóle, nie mogli się nadać do obrony zamku, zostali w odwodach żeby odciąć wojsku drogę ucieczki i doprowadzić do ostatecznej rzezi nieprzyjaciela.
Zawsze jednak najgorsze jest oczekiwanie. To ono sprawiało, że w kluczowych momentach ludzie popełniali szkolne błędy. Stres, napięcie, oczekiwanie.
Żołdacy stali spięci na murach. Byli zestresowani jak diabli. Część się cicho modliła, część, ściskając w ręku podarunek od żony lub bliskiej kobiety, płakali cicho nad swoim losem i z powodu tęsknoty. Ci jednak byli najsilniejsi; kiedy przychodziło do boju, uświadamiali sobie, że to co robią, robią dla ukochanych.
Niech to szlag. Sirius też się denerwował. Jak wszyscy.
Armia podeszła pod zamek prawie że w nocy.
Było parno jak wszyscy diabli. Zapowiadało się na burzę, deszcz padał już teraz. Ludzie na murach stali wyprężeni jakby kij połknęli, natomiast ci za zasiekami trzęśli się ze strachu. Wszyscy byli dobrymi wojakami, wierzyli w plan Mateja. Ale nigdy nie widzieli dziesięciotysięcznej armii. Przeciwko niecałym czterem tysiącom w szczerym polu. I tysiącowi w twierdzy. Armia została ogromnie przerzedzona przez wilcze doły, ale wciąż było tam ze dziewięć tysięcy woja. W tym ludzie z gór, okrutni sadyści. W tym trolle, sprowadzone przez orki. W tym ludzcy najemnicy, doskonale przeszkoleni. W tym sami orkowie- ponad dwumetrowe bestię, a jeden taki potwór równał się konnemu rycerzowi. Armia stała, straszna w swym ogromie, zdawająca się nie mieć końca rzeka złowrogich głów. Ludziom pociły się ręce. I wtedy armia zaczęła tłuc glewiami i włóczniami, rohatynami i halabardami w ziemię. Grunt zatrząsł się od uderzeń, ziemia zajęczała pod razami broni. Zabrzmiał róg, rozbrzmiały bębny, rozległy się ryki: wpierw trolli i orków, łaknących krwi, następnie ludzi, dodających sobie w ten sposób wigoru przed walką. Krzyki narastały, ludzie byli coraz bardziej spięci. Wiedzieli, że jeśli oni się poddadzą, upadnie reszta świata; ta forteca była pierwszą linią obrony i musiała przetrwać nawałę nieprzyjaciela. Najeźdźcy ryczeli coraz głośniej i głośniej; obrońcy milkli, przerażeni. Wtem wszystko ucichło. Wszyscy wiedzieli, co się teraz stanie. Po demonstracji siły, ruszali do ataku. Wszyscy byli spoceni, wiercili się niespokojnie, oczekiwali ze stresem, ale też swoistym dla wojownika podnieceniem bitwy. I wtedy ta bitwa została wydana. Nie bynajmniej przez orka, ale przez człowieka. Głos, znany Siriusowi, ryknął:
- Na NIIIICH!! Bij, zabij, nie zostawiaj przy ŻYCIU!!
- Xian- szepnął Sirius
- Xian?- spytał, usłyszawszy to, Matej- Ten Xian?!
- Tak. Jestem tego pewny.-odrzekł Sirius.
Na polu znów rozbrzmiały rogi, piszczałki i bębny. W pierwszym szeregu na obrońców runęły trolle. Służące za żywe mięso potwory miały za zadanie zrobić wyrwę w zasiekach. Zza zasieków plunęły piszczały i działa, ulewa ognia zalała trolle, doprowadzając większość do szału, kilka tylko zabijając, ale odpychając je od zasieków, co dało wojakom czas na zarepetowanie broni.
Wtem huknął wybuch, orkowie krzyknęli tryumfalnie, trolle zawyły, wojsko wsypało się za linię zasieków. Ludzie stawili zaciekły opór, ale zostali zmiecieni przez trolle. Walka zdawała się rozstrzygać na korzyść Xiana, gdy wtem usłyszeli krzyki od tyłów wroga: to ciężka konnica natarła na tył nieprzyjaciela, mieszając im szyki. Trolle zostały zawrócone spod wyrwy, z orkami ludzie w ciasnym przesmyku dawali sobie radę. Alan von Daschlitz wysłał z grodu około setki konnych, którzy mieli zmiażdżyć wroga. Jednakże na tyłach trolle odparły już konnice, część z nich więc skierowała się więc do wyrwy w zasiekach. Tam konnica została rozbita w puch i zmuszona do odwrotu. Ludzie uciekali na zamek. Orkowie rzucili się do przodu, prosto w wilcze doły. Trolle przyniosły jednak wielkie kładki, służące do przepraw w górach. Armia straciła nieco czasu, ale miała bezpieczne przejście przez pole dołów.
Obrońcy w porę dopadli bram. Pościg powstrzymała skutecznie salwa z murów. Pola przed zamkiem zaległy krwią i trupami. Ołów sypał się regularnie. Trolle przystawiły do murów wieże oblężnicze, a do bram wielki taran. Zaczęła się walka na murach, w której brał udział Sirius. Uniknął śmierci tylko cudem. Pierwsze natarcie zostało odparte. Teraz stosunek liczebności armii wynosił mniej więcej jeden do dwóch. Mieli szansę. Dopiero teraz. Po pierwszym szturmie na mury przyszedł drugi i trzeci, każdy odpierany zwycięsko.
Sirius spostrzegł to, kiedy walczył z orkiem. Przez drzwi, otwierane przez jakiegoś wojaka, miał się do fortecy wlać tłum nieprzyjaciół. Zdradą chcieli brać zamek!
Skrzyknął może ze czterech odważnych i ruszył w kierunku drzwi, przeskakując po dwa schodki naraz. Wpadł w wąskie przejście na czas: właśnie otworzono drzwi. Pierwszy, od miecza Siriusa, padł zdrajca. Następnie zaczęła się walka w ciasnym wnętrzu, w której najemnicy Xiana powoli brali przewagę. Nikt nie zwrócił uwagi na zdarzenia przy małej furtce, tymczasem sam Xian na czele doborowego kontyngentu najemników wpadł do zamku. Cała armia obrońców wybiegła przez rozwaloną w międzyczasie bramę, aby dobić armię nieprzyjaciela, Sirius zaś został sam po krótkiej chwili, otoczony przez nieprzyjaciół. I wtedy go zobaczył. Znienawidzonego. Xiana. Był odziany w pełną płytę, pochylał się na banitą, opadłym ze zmęczenia. Nie ma sensu kopać go w zbroję- pomyślał Xian.
Cała armia obrońców, po radosnym wybijaniu resztek najeźdźców, wracała upojona zwycięstwem na zamek. Okazało się że dzień został srogo okupiony. Z dziesięciu tysięcy wrogów został około tysiąc, któremu udało się zbiec. Oprócz tych, których zobaczyli na dziedzińcu.
Xian zapoczątkował torturę, którą Sirius miał odczuć. Jego umęczone, poznaczone sztychami na nogach i rękach ciało opadło bezwładnie; odpływał w ciemność. Nagle jednak usłyszał odgłosy oznaczające walkę i tym samym wybawienie. Stracił przytomność
Kiedy się obudził, pochylał się nad nim Matej z Nulnu. Miał rozciętą twarz, ale teraz rozjaśniał ją uśmiech.
- Zwyciężyliśmy- rzekł rozradowany
- Wiem- rzekł Sirius.
Na zakończenie
Sirius, po wykurowaniu leżał w łóżku i rozmyślał nad swym losem. Jeszcze niecałe dwa tygodnie temu był pewien swojej przyszłości w Budzie. Teraz wszystko rozpieprzyło się w puch. Xian przeszedł na stronę Chaosu i Wiecznej Ciemności. Będzie dalej knuł spiski i zamachy na jego życie- do tej pory uknuł dwa. Zdesperowany Sirius postanowił stanąć do walki. Nie tylko z Xianem. Ale również ze wszystkimi zdrajcami. Miał zamiar tępić ich w centrach ośrodków ludzkich. Był teraz wojownikiem odwiecznej wojny, ale z nową etykietką. Jego szósty zmysł i wysokie zdolności walki pozwolą mu sprostać tej wojnie. Z nową etykietką.
Sirius bowiem podjął wyzwanie.
Z etykietką odwiecznego wroga Chaosu.
Z chaotycznego banity przeszedł w chaotycznie dobrego wojownika w Wielkiej Wojnie.
W gildii Łowców Czarownic da radę naprawić troszkę świat
Koniec.
Dziękuję za przeczytanie.
By G.
Ocena: 5.143
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 25.12.2008r.
Statystyki: Wiersze: 7329 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1466 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42651 | Użytkownicy: 3312
Online(37): 35 gości i 2 zarejestrowanych:
Faun, Ismo