warto go przeczytać
Czarnowłosa dziewczyna, mniej więcej w moim wieku, bądź nieco młodsza, uśmiecha się nieśmiało. Ubrana w białą, wyszywaną koszulę z falbankami i niewielkim dekoltem oraz tradycyjną – chociaż mogę się mylić – hiszpańską suknię, podobną do tych, których używa się podczas flamenco, wygląda niezwykle seksownie. Gęste i kręcone włosy, a wśród nich niewielki kosmyk, zupełnie nie zdający sobie sprawy z tego, jak wielkie przysłania piękno – dwoje szmaragdowych oczu, perwersyjnie spływały na ramiona.
- Cała przyjemność po mojej stronie – powiedziała.
Powinienem się wycofać, to zrozumiałe, albo przynajmniej postarać się utworzyć pomiędzy nami pewien dystans, który pozwoli mi na chłodną ocenę sytuacji, w jakiej się znalazłem. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby którykolwiek z pracowników zamieszkał w rezydencji na stałe – tym bardziej nie z rodziną.
Anna wymieniła z Massiel parę uprzejmości, po czym uścisnęła dłonie obydwu kobietom.
- Mój mąż, pan Maksymilian Zarzecki – zaczyna się. Musicie wiedzieć, że na drugim miejscu biznesowej etykiety, tuż po fałszywych komplementach, istnieje informacja o tym, aby w każdej sytuacji uciekać się do użytkowania form grzecznościowych, również w stosunku do służby. W naszym domu, wyjątkami od tej reguły są Lucynka oraz Henryk, których zaliczamy do rodziny – wszyscy poza ojcem. On… - pojawi się dopiero późnym wieczorem, dlatego też proponuję zaczekać ze wszystkimi formalnościami do jutra. Pracę natomiast rozpoczną panie dopiero w poniedziałek.
- Oczywiście, dziękujemy – mruknęła Massiel z zadowoleniem, obejmując córkę w pasie. – Jeśli to wszystko, to pozwoli pani, że pójdziemy z Victorią wypakować się i obejrzeć ogród. Jestem bardzo ciekawa, jak wygląda…
Wydaje mi się, że nie trudno ją polubić, ponieważ jest szczera i bezpośrednia, co w dzisiejszym świecie jest ogromną zaletą, może nawet cnotą. Rzecz jasna, tylko wtedy, gdy ta bezpośredniość nie uderza w czyjąś godność. Przed chwilą przekonałem się, że piękno może ranić… więc teraz muszę być pewien.
- Lucynko, proszę zaprowadź panie do ich pokoi, niech się rozgoszczą. A ty, Henryku, przygotuj samochód, powinniśmy już ruszać, jeśli mamy zdążyć na dzisiejsze przyjęcie.
- Oczywiście, proszę pani – odpowiedział Henryk, gdy salon opustoszał. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że stoję w bezruchu, patrząc w przejście, przez które przed momentem przechodziła Victoria. Cóż takiego ma w sobie ta dziewczyna, że tak łatwo hipnotyzuje?
- Marcin?
Anna, jak zwykle, przychodzi z odsieczÄ… w samÄ… porÄ™.
- Możemy ruszać – powiedziałem, po czym wyszedłem do holu, aby wziąć swoją kurtkę i płaszcz matki.
Dziś czternasty kwietnia. Słońce delikatnie wygląda zza chmur, kiedy wsiadamy do samochodu, by po chwili znaleźć się w samym centrum miasta, którego bezbarwne kamienice z początku osiemnastego wieku zostały przekształcone w reprezentacyjne, lecz przede wszystkim ekskluzywne, sklepy. Wraz z Anną wysiedliśmy na placu Kościuszki, jakieś dwieście metrów od galerii handlowej. Chcieliśmy przed powrotem wstąpić jeszcze do naszej ulubionej, a przynajmniej mojej ulubionej, kawiarni.
Wchodząc do środka od razu zauważyłem kilkoro znajomych.
- Przepraszam na chwilkę, tylko się przywitam – powiedziałem do matki, wskazując na niewielką grupkę, siedzącą tuż przy kontuarze. Anna skinęła głową, po czym oddaliła się w poszukiwaniu wolnych miejsc, co o tej porze graniczyło z cudem.
- Yhm… całkiem niezła. Dziewczyny nie obraźcie się, ale z chęcią bym ją przeleciał, ma w sobie coś ognistego. Poza tym to byłoby całkiem zabawne, jak na corridzie.
- Nie dla psa kiełbasa – rzucił Marek, wstając od stolika. – Idę do kibla.
Kiedy odwrócił się w stronę przejścia do łazienki i mnie zauważył, wyglądał na lekko zmieszanego. Jeśli chodzi o to, że mnie nie zaprosili, to wcale nie musi się martwić. Dziś i tak nie miałbym dla nich czasu.
- Cześć…
- Siemasz – odparłem, podając mu rękę. – Wpadłem się tylko przywitać.
- Przywitać? – zapytał z lekkim zdziwieniem.
- No tak, wstąpiłem tutaj z matką na chwilę, a potem idziemy do galerii, żeby kupić kilka drobiazgów na dzisiejszy meeting. Potem wracamy do domu.
- Ach, okej. Trochę szkoda, bo mógłbyś się dosiąść, byśmy pogadali. Jest Jacek, Marta, Weronika i jeszcze parę innych osób, ale skoro nie możesz, to trudno. Twój ojciec byłyby pewnie wściekły, gdybyś nie pojawił się na własnym przyjęciu.
On zawsze jest wściekły… i szybki.
- Pewnie tak. Dobra lecę do matki, a ty pozdrów ode mnie resztę. Jakby co, to dzwoń albo pisz. Na razie.
- No, do zobaczenia stary.
Odchodząc miałem wrażenie, że Marek coś przede mną ukrywa, a jego uprzejmość była wyłącznie pobieżna. Zawsze kiedy się spotykaliśmy, nie stronił od sprośnych żartów i głupich tekstów, więc czy to możliwe, aby prosta kawiarnia tak bardzo go zmieniła? Jest to wysoce wątpliwe…
Anna usiadła przy stole znajdującym się w narożniku. Nie pokonawszy przyzwyczajenia, sięgnęła po leżące nieopodal Elle, którego okładka przedstawiała szczupłą blondynkę, pod każdym względem doskonałą, w wiosennej propozycji mody dla aktywnych.
- Zamówiłam ci dwie rurki z kremem i cappuccino - stwierdziła matka, kiedy się przysiadłem.
- Dziękuję – odparłem, po czym ręką sięgnąłem po trzymane przez nią czasopismo. – Mamo, powiedz mi co sądzisz o Massiel i jej córce?
Anna spojrzała na mnie spod swych okularów, które zawsze trzymała w torebce. Tak na wszelki wypadek. Zamyśliła się przez chwilę, a potem odpowiedziała:
- Myślę, że to bardzo pracowite i sympatyczne kobiety. Mam nadzieję, że będą opiekowały się naszym ogrodem równie dobrze jak Marian. Chociaż Lucynka wspominała o ich problemie z \\\\"precyzyjnym wyrażaniem myśli\\\\", to wierzę, iż szybko się go pozbędziemy. Ostatnie trzy lata spędziły z córką w nadmorskim El Masnou, niedaleko Barcelony, a przecież tam mówiły wyłącznie po hiszpańsku…
Wzruszyła ramionami, wracając do lektury. Miał to być sygnał, bym nie kontynuował tego tematu. Mimo to jestem ciekaw wszystkiego, co wiązało się z Victorią. To znaczy… z Hiszpanią.
Pół godziny później, kiedy matka skończyła pić cappuccino – moje uwielbienie dla tego napoju, samo opróżniało kubek, więc zawsze byłem pierwszy – zapłaciłem rachunek i opuściliśmy kawiarnię. Pogoda na zewnątrz była wyśmienita. Słońce już dawno opadało ku horyzontowi, brodząc błękitne niebo krwistymi smugami, których zdecydowaną część zasłaniała Agora – miejsce kobiecego kultu i pracy galerianek.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 6
Data dodania: 17.07.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7336 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42679 | Użytkownicy: 3318
Online(11): 11 gości i 0 zarejestrowanych: