warto go przeczytać
 
Nagle poczułem czyjąś ciepłą dłoń na ramieniu. Ostrożnie, w obawie przed jaskrawym światłem wschodzącego słońca, otworzyłem oczy. Mama spoglądając na mnie z uśmiechem na twarzy, powoli szeptała słowa, których znaczenie pojąłem dopiero po chwili, gdy uświadomiłem sobie, że dziś sobota.
- Jeśli chcesz być gotowy na przyjęcie, pora wstawać. Obiad już dawno przespałeś - kontynuowała z rodzicielską troską. Moja matka, Anna Zarzecka, jest osobą o niezwykle przyjaznym usposobieniu oraz delikatnym zmyśle kreatora mody, jakiego nie powstydziłyby się paryskie salony. Jej ciemne, kręcone włosy opadały na ramiona, nadając tym samym głębokiego blasku brązowym tęczówkom. Anna, odkąd pamiętam, a zapewne i jeszcze dłużej, postrzegana jest jako oaza spokoju oraz pierwsza dama biznesowych salonów. Nic dziwnego. Wyszukana i elokwentna kobieta, żona właściciela największej sieci sklepów komputerowych oraz firmy spedytorskiej istniała na językach całego towarzystwa przez okrągły rok. Podobnie jest z moim ojcem – człowiekiem otwartym i przyjaznym dla wszystkich poza własnym synem. Czasami czuję się we własnym domu jak śmieć, nikomu nie potrzebny prezent, ofiarowany nieznajomym, mimo tego, że nigdy nie zrobiłem niczego, czym zasłużyłbym sobie na podobne traktowanie. Dlaczego czasami? Ponieważ bynajmniej wśród służby jestem kimś bardziej wartościowym, aniżeli podrzędnym włóczęgą, sterczącym pod drzwiami kościoła w niedzielne popołudnie. No i oczywiście w oczach matki – ja pierworodny.
- Czy coś się stało? – Anna spoglądała na mnie pytająco, odgarniając kosmyk znad oczu.
- Nie… to znaczy zamyśliłem się – odparłem wymijająco. Nim jednak zdążyła załadować pytania do swego rodzicielskiego karabinu, dodałem: nic ważnego. Będę gotowy za piętnaście minut, dobrze?
- Jak chcesz.
Anna uśmiechnęła się ponownie i pocałowała mnie w czoło.
- Mamo… mam już osiemnaście lat – zaprotestowałem.
- Widzisz – wskazała palcem na zegarek, który miała na ręce – czas płynie naprawdę szybko, a ty masz tylko piętnaście minut.
Kiedy wyszła z pokoju, odrzuciłem kołdrę i powlokłem się do łazienki. Całe szczęście, że nie muszę opuszczać piętra, aby się do niej dostać. Wtedy zapewne spotkałbym ojca, który nie szczędząc okazji, wypomniałby mi wszystkie moje grzechy łącznie z narodzinami, co według niego było wystarczającą karą dla tak szanownego i samozwańczego biznesmena jak on. Ciąża Anny miała być uwieńczeniem wieloletniej walki o miejsce Zarzeckich w świecie pełnym pieniędzy, fałszywych przyjaźni oraz nieskazitelnych opinii, a stała się przekleństwem, od którego nie sposób uciec. Ponura rzeczywistość…
Matka siedziała w salonie, przeglądając najnowszy numer Elle – ulubionego czasopisma wszystkich kobiet, jakie znam.
W drobnych okularach połówkach z czarnymi oprawkami, Anna wyglądała niezwykle dostojnie. Zawsze powtarzała, że należy robić wszystko, aby okulary zakupić dopiero na emeryturze, kiedy człowiek, siedząc w domu przegląda Telemagazyn z nadzieją, że znajdzie coś wartego uwagi.
- Już jestem – rzuciłem, mijając brązowy stół, stojący na środku salonu. Matka spojrzała na mnie z pod swych okularów, odłożyła gazetę i powiedziała:
- Lucynka przed chwilą przygotowała jajecznicę z szynką, idź zjeść, a potem wróć tutaj. Zanim wyjdziemy musisz poznać naszego nowego ogrodnika.
- A więc pan Marian jednak zdecydował się przejść na emeryturę? – zapytałem z nieukrywanym żalem. Pan Marian, mężczyzna około siedemdziesiątki, był naszym ogrodnikiem od zawsze. Bardzo dobrze pamiętam, jak specjalnie dla mnie, na tyłach domu, zasadził krzak, który mogłem strzyc według własnego uznania.
- Niestety, ale wspominał, że wpadnie na przyjęcie, aby się pożegnać. Ojciec podpisał już odpowiednie dokumenty i przelał odprawę na jego konto, więc to już zapewne ostateczna decyzja.
Kiwnąłem głową w odpowiedzi, po czym wstałem i ruszyłem do kuchni. Zjadłem śniadanie, wypiłem herbatę, a przy okazji pogawędziłem z naszą gosposią – wspomnianą panią Lucynką – o dzisiejszym wieczorze. Niecodziennie kończy się osiemnaście lat, mówiła zafascynowana.
Zjadłszy, zgodnie z prośbą Anny, wróciłem do salonu.
- Naszym nowym ogrodnikiem będzie Massiel Morales, polka hiszpańskiego pochodzenia…
- Massiel, to chyba męskie imię? – zażartowałem. – Nie widzę żadnych przeciwwskazań, tym bardziej, że kiedyś chciałem nauczyć się hiszpańskiego, więc może teraz będę miał okazję…
- Daj mi skończyć – poprosiła z uśmiechem, by następnie zdjąć okulary połówki i odłożyć je na stół. - Wraz z Massiel wprowadzi się do nas jej córka, Victoria Morales Fernades. W wolnym czasie będzie pomagała matce w ogrodzie i chciałbym, abyś hmm… asystował jej kiedy zacznie się tutaj aklimatyzować. Massiel posiada wspaniałe referencje, więc liczę na to, że będzie nam się miło współpracowało.
- Jasne, nie ma problemu.
Anna rozpromieniła się i posłała mi buziaka.
Pół godziny później pani Lucynka poinformowała mnie, że przybyła Massiel Morales z córką, i że matka oczekuje mnie w salonie. Posłusznie zamknąłem notatnik, w którym przechowywałem swoje wiersze i odkładając go do szuflady, zamknąłem ją na klucz. Wyszedłem z pokoju, minąłem korytarz, a potem schody. Na dole czekała już cała delegacja – Anna, pani Lucynka, Henryk – nasz kierowca oraz przyszła ogrodniczka z córką.
Matka skinęła na mnie głową i wszyscy obecni w salonie zwrócili się w moją stronę. Pomyślałem, że spłonę ze wstydu. Mimo swego, jakże szlachetnego nazwiska, nigdy nie lubiłem miejsc, w których znajdowało się więcej niż pięć osób – ze mną włącznie.
- To jest nasz syn, Marcin Zarzecki – zagadnęła matka, widząc moje zakłopotanie.
- Dzień dobry, panu. Ja nazywam się Massiel Morales…
- Witam serdecznie - powiedziałem ściskając dłoń kobiety.
-… a to jest moja córka, Victoria.
- Miło cię… poznać.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 11
Data dodania: 15.07.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7333 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42668 | Użytkownicy: 3312
Online(26): 21 gości i 5 zarejestrowanych:
Wojtex81, Krzyku_1993, Ell003, quovadis, Pawlak