warto go przeczytać
Dziesięć lat wcześniej:
Brodaty, przybrany na czerwono mężczyzna właśnie pakował się do łuszczącego się fiata. Przesunął krepującą brodę Mikołaja i zaczął mleć pod nosem przekleństwa. Trzęsące się z zimna ręce nie mogły trafić kluczykami w zamek.
- Mikołaju? Proszę pana? – nieśmiały dziecięcy głosik zaskoczył przebierańca. Wzdrygnął się i upuścił klucze na ziemię. Odwrócił się, z trudem hamując się przed zerwaniem tego durnego kostiumu i ciśnięcia go w śnieg. Dziecko, które go zawołało, wyłapało jego wściekłe spojrzenie i rozszerzyło przestraszone oczy.
- Nie byłam grzeczna, tak? Nabroiłam coś? Tata zawsze mówił, że jak nie będę grzeczna, to dostanę rózgę. Ale nie zrobi pan tego, prawda? Mikołaju? Nie przyniesie mi Mikołaj rózgi? Bo ja naprawdę się starałam. Proszę!
Dziewczynka, na oko pięcioletnia, drżała z zimna i – być może – ze strachu. Miała zaróżowione od mrozu policzki, żywe oczy i słodką twarzyczkę elfa. Nieopodal stał wysoki blondyn w okularach z zakłopotaną miną – najpewniej ojciec.
- Zosiu, idziemy. Nie przeszkadzaj panu – złapał dziewczynkę za rączkę i spróbował odciągnąć. Dziecko pociągnęło nosem i skierowało na ,,pana’’ błagalne spojrzenie.
- Mikołaju, ja chciałam tylko powiedzieć, że nie chcę klocków lego i tej fajnej lalki, co umie siusiać i zamyka oczka. Dostał pan mój list, który tata wysłał do pana do Szwajcarii? Tatuś mówił, że to za wcześnie, żeby go pan dostał, ale ja chcę tylko powiedzieć, ze pod choinkę chciałabym dostać moja mamusię. Nie jakaś nową – podkreśliła dziewczynka – tylko moją, tą, która jest za granicą.
- Dobrze, dziecko – przebieraniec rzucił ojcu spłoszone spojrzenie. Tamten samymi ustami wyartykułował ,,przepraszam’’.
- Chodź już, Zosiu. Mikołaj musi iść poszukać mamusi, jeśli chcesz ją dostać – blondyn skrzywił się, gdy dziewczynka gorliwie kiwnęła główką. Najwyraźniej oszukiwanie córki nie przychodziło mu łatwo. Ciągnąc małą za rączkę, ruszył w kierunku centrum handlowego.
Zosia w ostatniej chwili obróciła i się i zawołała do przebierańca, który właśnie uporał się z drzwiczkami i wsiadał do samochodu:
- A może mama u pana pracuje? Jest Śnieżynką? Może ją pan zwolnić na święta? Wie pan, ja jej nie pamiętam. Ale tatuś mówi, że to nic dziwnego, bo nie widziałam jej od kilku lat.
Człowiek w stroju Mikołaja czym prędzej odpalił podstarzałego fiata. Rzucił wsteczny i odjechał, pozostawiając małą Zosię zamyśloną pod centrum handlowym. Pomachała mu i krzyknęła na pożegnanie:
- Wesołych świąt, Mikołaju! Przygotuję dla pana kubek kakao na Wigilię… i dla mamusi też.
Dziesięć lat później:
Płatki śniegu oblepiając okno sprawiały, że u Zosi pojawiały się początki klaustrofobii. Samochód ślizgający się na pokrywającym ulicach lodzie, sypiący gęsto śnieg i ojciec, który nie chciał nic powiedzieć, tylko potęgowały to wrażenie.
Kiedy wczoraj ojciec powiedział, że ma dla niej świąteczną niespodziankę, wzięła to za dobrą kartę. Ale gdy dodał, że ta niespodzianka znajduje się na lotnisku, zwątpiła. Tym bardziej, że jechał pośpiesznie i co chwila zerkał na zegarek. Dodatkowo jąkał się i już dwa razy omal nie zderzył się z jadącym z naprzeciwka samochodem.
- Tato, po co my właściwie tam jedziemy? – spytała Zosia po raz setny i niewątpliwie ostatni. Ojciec zakręcił kierownicą, ledwie wymijając białą ciężarówkę, po czym westchnął:
- Nno dobrze – ze zdenerwowania jąkał się coraz bardziej – jedziemy na lotnisko, ponieważ za dokładnie – zerknął na zegarek – dziesięć minut wyląduje samolot twojej mmatki. Chce spędzić z nami święta.
Zderzenie z tirem byłoby mniejszym wstrząsem dla Zosi. Jej matka chce z nią spędzić święta? Z nią i z tatą? To jakiś makabryczny żart.
- Tato, ja nawet nie wiem, jak ona wyglÄ…da.
- To się ddowiesz – uciął ojciec.
Dziewczyna zwiesiła głowę. Jej matka – to określenie było dla niej całkowicie obce. Matka, która rok po jej narodzinach wyjechała do pracy w jakiejś zagranicznej firmie. Matka, która przez własną błyskotliwość straciła córkę.
A teraz przyjeżdża na święta! Od siódmego roku życia przestała stawiać talerz dla ,,mamusi’’, jak ją kiedyś nazywała. Teraz to była ,,matka’’ - ,,matka’’ wypowiadana obojętnym tonem. Takim, jaka była w istocie.
- Zosiu, skarbie – odezwał się cicho ojciec – wiem, że masz do niej ogromny żal. Ale… za rok kończy się jej kontrakt. Ona jest wielką marzycielką, wierzy w mmagię świąt. No, i… pomyślała, że weźmie zaległe wolne i zbliży się do nas, do ciebie, w ten – odchrząknął – mmagiczny czas.
W oddali widać było wielką halę lotniska.
- Nic mnie to nie obchodzi – szepnęła Zosia ze łzami w oczach.
Mama miała długie, ognistorude, kręcone włosy i rozbiegane czarne oczy. Jej blade palce zaciskały się na pasku torby, którą przewiesiła przez ramię. Jej wzrok spoczął na Zosi. Widać w nim było dumę, radość i ogromną tęsknotę.
- Wesołych świąt – ton głosu miała miękki, jakby zaraz miała się rozpłakać.
Niedobrych świąt, mamo. Rozżalonych świąt. Pechowych świąt - chciała powiedzieć, ale milczała. Patrzyła na wzruszona matkę i nie mogła uwierzyć, że ona naprawdę nie rozumie, że te święta nie będą wesołe. Czy mogły być szczęśliwe i radosne, gdy śpisz pod jednym dachem z zupełnie obcym i nieznanym człowiekiem? Święta nie są magiczne. A może – są, ale przybycie jej rodzicielki nie jest i nigdy nie będzie świętem.
- Zosieńko. Córeczko… przepraszam cię – jedna łza na maminym policzku. Druga. Trzecia.
Odwróciła się i bez słowa wsiadła z powrotem do samochodu.
Trzeba wysiąść z samochodu. Otworzyć drzwi. Zamknąć się w swoim pokoju. Nie słuchać czułej rozmowy dorosłych. Pozdejmować świąteczne ozdoby z półek i odkleić akwarelę od okna. Płakać, ale cicho, cicho… nikt nie może usłyszeć. Włożyć woskowe zatyczki do uszu.
Dlatego nie słyszała, jak matka puka do drzwi. Nie słyszała, jak ojciec mówi: ,,mam gdzieś zapasowy klucz’’ i grzebie nim w zamku. Donośne skrzypienie. Intruz w pokoju.
- Zosieńko, porozmawiajmy – zatyczki wylądowały na podłodze. Wyrwana z zamyślenia nastolatka wzdrygnęła się. Dotyk matki był dziwnie przyjemny – gładki, czuły…
- Nie mam ci nic do powiedzenia – gniewny głos Zosi przerwał ciszę – chociaż nie.. mam. Przez trzy lata co roku zagadywałam przebierańców w czerwonych kubrakach, żeby przynieśli mi pod choinkę mamusię. Co roku stawiałam dwa puste nakrycia – jedno dla niespodziewanego gościa, drugie dla ciebie. A kiedy nie przychodziłaś, biegłam do swojego pokoju i płakałam w poduszkę. ,,Mikołaju, czemu nie przeszedłeś? Gdzie zostawiłeś mamusię? Dobrze, mamusiu, możesz się spóźnić, ale przyjdź do nas, nie zapomnij. Ja cię tak kocham.’’ A kiedy tydzień po Wigilii przychodziły od ciebie paczki, zostawiałam je aż do następnego roku, żebyś przyszła i rozpakowała je zamiast mnie. Ale ty nie przyszłaś nigdy. Wysyłałam ci prezenty, wiesz? Kupione z budżetu sześciolatki. Nigdy nie dostałam odpowiedzi. Potem poszłam do szkoły. Wiesz, jak się czułam, gdy po moje koleżanki przychodziły ich mamusie? Jak się czułam, gdy pytano mnie, czemu moja mama nie przychodzi po mnie, czy jest chora? Ja…
- Przestań – matka patrzyła gdzieś w bok – ja.. to jest… te czternaście lat to był najgorszy okres w moim życiu.
- Czemu mi to zrobiłaś, mamo? – szepnęła cicho Zosia, bojąc się, że z oczu popłyną jej łzy. Nie chciała okazywać emocji, ale wspomnienia tak bolały – co zrobiłam źle?
Matka spojrzała w okno, na którym widać było jeszcze resztki świątecznej akwareli.
- Człowiek uczy się przez całe życie – szepnęła w końcu – a mimo to pewnych rzeczy nie nauczy się nigdy. W samolocie siedziałam z pewnym młodym chłopcem. Miał amputowaną rękę. Patrzyłam na niego… a on to zauważył i wiesz, co powiedział? ,,Paskudnie to wygląda, prawda? Ale może mi pani wierzyć, ja mam naprawdę obie ręce.’’. ,,Jak to możliwe?’’, spytałam. ,,W szpitalu spotkałem bardzo miłą pielęgniarkę. Ona jest moją drugą ręką – moim przyjacielem, wsparciem. Widzi pani, czasami lepiej pozbyć się jakiejś kończyny i zyskać kogoś bliskiego, niż mieć zdrowe ciało a chorą duszę.’’
Dopiero teraz zrozumiałam, co chciał mi powiedzieć. Brak ręki był tylko przykładem – takim… środkiem. Zrozumiałam, że relacje międzyludzkie są znacznie lepszymi ,,dłońmi’’, czy też wsparciem, niż przyziemne nałogi czy potrzeby, takie jak pracoholizm - uśmiechnęła się z trudem. - Gdybym wiedziała to wcześniej, pewnie mieszkałabym już z wami, a własna córka nie traktowałaby mnie jak obcego.
- Mamo… - zaczęła Zosia i nie mogła skończyć. Skłamałaby mówiąc, że matka nie jest jej obca, ale coraz ciężej patrzyło się jej na jej smutek – pracoholizm to nie usprawiedliwienie dla czternastu lat samotności.
- Wiem, dlatego wcale się nie usprawiedliwiam. Czy… czy zanim wyjdę… mogę opowiedzieć ci… jedną historię?
- Powiesz, co chcesz – zdziwiła się Zosia.
- Chodzi mi o to, czy… chcesz to usłyszeć.
,,Nie mamo, nie chcę tego słyszeć. Nie chcę, żebyś patrzyła na mnie z taką ufnością. Nie chcę słyszeć, jak z tatą szeptacie sobie te czułe słówka. Nauczyłam się żyć bez ciebie, nie jesteś mi potrzebna. Odejdź, mamo…’’ Ta myśl nie dawała dziewczynie spokoju.
Ale Zosia nie była podła. Żałowała tego teraz – mogłaby wykrzyczeć to wszystko, wyrzucić z siebie nagromadzone przez wiele lat pokłady smutku, rozczarowania i wściekłości. Spojrzała na poszarpane resztki łańcucha, który zrobiła wspólnie z tatą. Zastanowiła się, co powiedziałaby jej przyjaciółka, Amelia, gdyby dowiedziałaby się o tym, co Zosia myśli o swojej matce.
,,Zgłupiałaś? Przecież ją kochasz!’’
,,Wcale jej nie kocham, Amelio.’’
,,Może i nie, ale gdybyś pozwoliła jej okazywać miłość do ciebie, być może wystarczyłoby na was obie. Czy chcesz kochać i być kochana?’’
- Tak – nieświadomie wypowiedziała to na głos. Matce zaświeciły się oczy. Myślała, że córka pragnie usłyszeć jej opowieść. Zaczęła opowiadać, a wzrok miała zamglony, gdy przypominała sobie dawne wydarzenia.
- Zawsze wierzyłam w magię świąt. Według mnie miała dwie strony medalu – szczęśliwą, bo narodził się Zbawiciel, złą, ponieważ przyszedł na świat niczym zbrodniarz i od razu chciano go zabić. Wiele moich Wigilii przedstawia obopólny obraz. Nie przerywaj mi, proszę – dodała, gdy otwierałam usta – o nic cię nie oskarżam. Ale chciałabym, żebyś zrozumiała, czemu cię opuściłam.
Zosia skinęła głową… czy nie marzyła o tej chwili od czasu, gdy tylko zrozumiała, że ona nie wróci, nie przyjedzie i nie odwiedzi jej? Już dawno przestała czekać, ale aż do tego momentu zastanawiała się, czemu została porzucona.
- Kiedy miałam czternaście lat, okazało się, że mam chory jajnik. Leki nie pomagały, więc trafiłam na stół. Po operacji spędziłam noc z kobietą, która zaledwie kilka godzin temu urodziła dziecko. Miłość, oddanie… nie mogłam zrozumieć, jak mogę słyszeć to w jej głosie, gdy opowiada o tym dziecku – widziała go tylko jeden, jedyny raz… nagle zdałam sobie sprawę, że też chcę, by ktoś słyszał to w moim głosie. Chciałam mieć dziecko – nie teraz, ale kiedyś, w przyszłości… świadomość, ze mam tylko jeden jajnik, który może wymagać zoperowania, zaczęła mnie prześladować. Tak bardzo chciałam być matką…
Rok później na szkolnych jasełkach grałam Maryję. Większość moich poprzedniczek czuła się idiotycznie, owinięta błękitną chustą, kołysząc w ramionach lalkę. Wyobrażałam sobie, że trzymam swoje własne, upragnione dziecko. Wiesz, co widziałam w swoich oczach, kiedy oglądałam nagranie? Czułość i jakąś taką… dziwną tęsknotę…
Dorastałam, zmieniałam się, ale to pragnienie we mnie dojrzewało, potęgowało się. Któregoś dnia zaczęłam wymiotować. Od dłuższego czasu tyłam, ale zwalałam to na ogromne ilości czekoladek, które pochłaniałam. Byłam w błędzie – znajdowałam się w błogosławionym stanie. Mój narzeczony, Kacper, zdenerwował się, gdy się dowiedział, że zostanie ojcem. Błagałam go, żeby został, ale on tylko pocałował mnie w czoło i obiecał, ze zaraz wróci. Odjechał na tym swoim wypasionym motorze… - głos jej się załamał – okazało się, że gdy pędził ulicą, zacięły mu się hamulce. Zderzył się z ciężarówką i… żadne odszkodowanie nie podnosiło mnie na duchu, żadne kondolencje nie dodawały mi nadziei. Byłam w tak żałosnym stanie, że nie potrafiłam ocalić mojego dzieciątka. Straciłam je – jedna łza. Druga. Trzecia. Kolejna…
Zosia nie widziała już swojej matki – ujrzała cierpiącą kobietę. Przemogła się i objęła ją ramieniem. Wsparcie córki najwyraźniej podniosło matkę na duchu, bo wróciła do opowieści:
- Mój stan był tragiczny. Mój psycholog wyjechał i przydzielono mi nowego… każdy wiedział, że zostawienie mnie samej z sobą może zostać niewybaczalnym błędem. Przydzielono mi nowego terapeutę. Nazywał się Kamil Zagórski i był dla mnie jak balsam na chorą duszę.
- Tata… - wyszeptała Zosia, zaskoczona. Ojciec rzeczywiście był psychologiem i pracował już, gdy poznał matkę, ale Zosia w życiu nie przypuszczała, że poznali się na terapii…
- Jednak nawet Kamil nie był w stanie trzymać wspomnień z daleka. W rocznicę śmierci narzeczonego zamknęłam się w swojej małej, obskurnej kawalerce… Jedyne światło wpadało przez okno z lampek ogromnej choinki w centrum. Była Wigilia. Chciałam spędzić ją z Kacprem, spotkać się z nim… - Zosia poczuła gęsią skórkę – nagle ktoś załomotał w drzwi. Nie zapukał, tylko załomotał. Twój ojciec krzyczał: ,,Gośka, natychmiast otwórz albo wywalę drzwi! Wiem, że tam jesteś!’’ Co miałam zrobić? Otworzyłam mu. Tamtego dnia, kiedy planowałam wszystko skończyć, do mojego serca wróciła nadzieja. Dał mi ją twój ojciec.
- Wciąż nie powiedziałaś mi, czemu wyjechałaś – upomniała matkę Zosia. Podobał jej się ojciec ukazany jako szlachetny, dbający o innych człowiek, ale, na Boga, nie tego oczekiwała usłyszeć!
- Właśnie do tego dochodzę. Półtorej roku po tamtej Wigilii wyszłam za twojego tatę. Dwa lata później urodziłaś się ty. Byłam taka szczęśliwa…
Można powiedzieć, że wpadłam w euforię poporodową. Ciągle cię nosiłam, głaskałam, karmiłam. Kiedy nie widziałam cię przez kilka minut, zaczynałam się martwić, nawet gdy czuwał nad tobą Kamil. Przeniosłam łóżeczko do naszej sypialni i długo nie zasypiałam, badając stale twój puls i wsłuchując się w oddech.
Kiedy skończyłaś rok, znienacka pojawiła się propozycja kontraktu. Musiałabym wyjechać. Odrzuciłam ją bez namysłu – przecież dopiero odstawiłam cię od piersi, musiałam zobaczyć, jak będziesz sobie radziła z normalnym jedzeniem, czy nie zaczniesz chorować, wymiotować…
- Kamil jest świetnym ojcem – wycedziłam, czując, jak ogarnia mnie gniew. Zasłaniała się ojcem, jego brakiem doświadczenia, żeby ukryć własne grzeszki!
- Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, Zosiu. Zrozum, ja miałam swoją własną chorobę. Kamil nalegał, żebym wyjechała, doszła do siebie. Podkreślał moją nadopiekuńczość i tłumaczył, jak w przyszłości może to obrócić się przeciwko tobie. ,,Nie wyjeżdżasz na długo, ledwie kilka miesięcy. Wszystkim wyjdzie to na dobre.’’ Po tygodniu zgodziłam się, spakowałam i wyjechałam.
- Ale nie wróciłaś.
- Chciałam. Dzień przed moim powrotem zmienił się szef. Proponował wyższe zarobki, jeśli zostanę. Kiedy nie zadziałało, zaczął mnie szantażować. ,,Nie radzę ci wracać. Po powrocie może się okazać, że dziecko będzie miało… wypadek. Może wypadnie z okna, może pogryzie go pies. Wypadki chodzą po ludziach’’. Zostałam. Aż stałam się bezużyteczna.
Nie mówię tego, żeby cię udobruchać. Naturalnie, byłoby mi znacznie lżej, gdybyś to zrozumiała, ale do niczego cię nie zmuszam.
Kocham cię, Zosiu. Tylko dlatego cię opuściłam.
- Mamo… - nastolatka nie wiedziała, co powiedzieć. Prawda przytłaczała ją, niemalże nie pozwalając oddychać. Matka spojrzała na nią ze zrozumieniem i pocałowała w czoło. Wyszła.
Na odświętny obrus kapał wosk. Półmiski z Wigilijnymi potrawami parowały, tworząc aureolę dla opłatka leżącego na białym talerzyku. Zosia, przystrojona w ciemną spódnicę, wpatrywała się w widniejącą na nim świętą rodzinę. Wydawało jej się, że Jezusek śmieje się do niej. Obręcz nad jego główką kształtem przypominała medal. Zosia wzdrygnęła się i dotknęła wygiętych ust Świętego Dziecka. Uśmiechnęła się.
Wyszywana cekinami sukienka matki lśniła niemalże tak samo jak jej oczy, gdy widziała, jak córka podchodzi do niej z opłatkiem w ręku. Zosia zatrzymała się kilka kroków przed nią i wzięła głęboki oddech. Bała się, że podchodząc bliżej, jej twarz odbije się w błyszczących cekinach. Nie chciała widzieć własnego strachu.
- Mamo… - jak trudno powiedzieć to, mając pełną świadomość, że stojąca przed nią kobieta naprawdę jest jej matką – mamo… nie wiem… co powiedzieć. Jakie życzenia chciałabyś usłyszeć. Ale… naprawdę życzę tobie… i sobie, i tacie też… żebyś mogła do nas wrócić. Tak po prostu przywitać się, żebym mogła ucieszyć się na twój widok. Wesołych… wesołych świąt – to już nie było kilka pojedynczych kropelek. Słony strumyk płynął po twarzy Zosi.
- I żebyś już nigdy nie płakała przeze mnie – dodała cicho Gosia i przytuliła córkę do piersi, tak, że mogła usłyszeć bicie jej serca.
,,Święta naprawdę są magiczne – pomyślała Zosia – jeśli tylko pozwolimy im takie być. A żeby pozwolić… wystarczy otworzyć swoje serce.’’
Ocena: 4.25
Liczba komentarzy: 4
Data dodania: 16.01.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7329 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1466 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42642 | Użytkownicy: 3312
Online(41): 36 gości i 5 zarejestrowanych:
Groszek, szon, Zoso, Faun, Patrrryk.Swayze