warto go przeczytać
,,Życie jest kompletną paranoją. Los odbiera nam to, co najlepsze. W ogóle, po Bóg nas stworzył? Ostatnio ciągle się nad tym zastanawiam. Dlaczego żyjemy? Na co nam ten ciągły ból? A przynajmniej mnie. Co ja zrobiłam złego? To nie moja wina, że urodziłam się w takim miejscu i miałam taką matkę. To wina Boga. Zawsze była Jego wina. Z dnia na dzień stałam się ateistką. Wciąż nie potrafiłam i wręcz nie chciałam rozumieć. Dalej nie chcę. Nie potrafię zachować równowagi między snem a jawą. Nic nie rozumiem. Wieczorami piję, a w dnie spaceruję lub czytam książki. Rozpoczęły się wakacje. Chociaż tyle. Gertrudis też ma wolne. Coraz częściej łapię się na tym, że lubię chodzić w okolice jej domu i próbować odnajdywać ją wzrokiem. Prawie codziennie chodzimy do kawiarni i rozmawiamy. Teraz jest Elizą... Udaję, że rozumiem, że wszystko jest dobrze... Nic nie jest dobrze. Sama nie wiem, czemu ciągle myślę o niej: Gertrudis. Takie imię nadała jej matka. A ja nie chcę mieć z nią nic wspólnego. Jedyną powiernicą jest Rosa. Nawet Adrian odpadł, choć wydawał się dobrym kandydatem. On to historia. Ostatnio znajduję nić porozumienia z Gertrudis. Ona myśli logicznie i jest dojrzała. To rzuca się w oczy po paru minutach rozmowy. Dziwne, ale to prawda. Parę razy zadawała mi dziwne pytania. Nauczyłam się szczerze odpowiadać. Jej nie interesują wyssane z palca kłamstwa. Szczerość to ważna cnota. Oczywiście, wedle niej. Ja uważam, że moje życie jest lepszym, gdy kłamię. Bo co w nim jest dobrego? Mam mówić, że jestem dzieckiem z rozbitego domu i ofiarą patologii? Zaczynając studia obiecałam sobie, że nigdy nie będę w hierarchii niżej niż inni. I wiem, że nie jestem. Mam zbyt kąśliwe usposobienie. Wielu boi się mi podskoczyć. A jeden Adrian nie... Nie wiem, co mnie złamało. Wiem, że się zmieniam, choć tego nie chcę. Może to wpływ Gertrudis. Na pewno nie Rosy. Ona nikogo nie potrafi zmienić. Albo nie, już wiem... To wpływ tego cholernego wina ryżowego!'' – myślała Joanna, kończąc śniadanie. Gertrudis zupełnie zmieniła jej życie. Miała tylko jeden wybór. Wziąć portfel i wybiec z mieszkania.
***
- O, to pani - powiedziała wesoło niewysoka, pulchna kobieta. Przybrana matka Elizy.
- Tak, dzień dobry. Jest może Eliza?
- Nie, ale zadzwonię do niej, że ma gościa. Za chwilę kończy zajęcia z fortepianu.
Odżyły wspomnienia. Ojciec siedzący przy fortepianie i cicho przesuwający palcami po klawiszach. Wydobywał cichą, porywczą muzykę. To było dziwne, lecz niewiarygodne. Ale się działo.
Kobieta zadzwoniła do Elizy i po chwili usiadła obok mnie.
- Pewnie ma mi pani za złe, że z nią o tym rozmawiam... Że w ogóle przychodzę - wydusiła z siebie. Nigdy z nią o tym nie rozmawiała. Kobieta traktowała ją normalnie, wesoło i tak... jak każdego. To ją dziwiło. Jakim cudem? Przecież zmieniła życie jej i dziecka!
- Nie... Na początku byłam zdenerwowana, ale już nie jestem. Przecież kiedyś zaczęłaby pytać o więcej rzeczy. Mogłaby cię szukać. Lepiej, że to ty się z nią skontaktowałaś.
- Nie ja. To Rosa wysłała mi link do jej profilu. Rosa to... nasza siostra.
- Wiem, Eliza mi o tym wspominała. Mówiła też, że wasza mama piła... No cóż, ja o tym wiedziałam. Znałam tylko niewiele szczegółów, ale zawsze coś. Opowiesz mi o tym?
Skrzywiła się. W jej oczach było coś współczującego, co Joannę hipnotyzowało.
- To proste i dość banalne. Rodzice się rozwiedli. Na początku było idealnie. Wie pani, kochająca się rodzinka i tak dalej... Po prostu istna idylla - mruknęła dziewczyna, szybko przełykając łzę. - Potem matka zaczęła chodzić na dyskoteki. Miała dość spokojnego życia i dziecka. Znalazła sobie faceta, zmajstrowała sobie nowe. To była Rosa. Matka rozwiodła się z ojcem, zupełnie go zrujnowała.
- Wiem, że cokolwiek powiem, uznasz, że cię nie rozumiem, ale... Ja... nieważne, mów dalej.
- Ojciec zbankrutował. Przedtem był w kategorii średniej, miał całkiem dobrą sytuację. Potem musiał wynajmować kawalerkę. Zostałam z matką i ojczymem. On był fajny. To trwało parę lat. Matka pracowała, on trochę mniej. Pokochałam Rosę. I nagle matce coś odbiło, znowu zaczęła się wariacja. Biła nas, piła i chodziła na dyskoteki. Ale ja się uwolniłam. Rosa tam została. Poszłam wtedy do liceum. Zamieszkałam u ojca, porzuciłam Rosę. Potem ojczym i matka rozwiedli się. A matka była w ciąży z kolejnym dzieckiem.
- To była Eliza, prawda?
- Tak, właśnie tak. Matka nazwała ją Gertrudis. Jej ojcem był jakiś facet z dyskoteki. Rosa dowiedziała się, że jakiś Grek.
- Ma greckie rysy i trochę hiszpańskich.
- Bo matka jest HiszpankÄ….
- Ona żyje, prawda?
- Tak, ale ja i Rosa nigdy z niÄ… nie rozmawiamy.
- Nie dziwię się. Ale kiedyś... kiedyś zrozumiesz takie postępowanie. Ręczę, że zrozumiesz.
Joanna jej nie zrozumiała, ale nie zdążyły nic sobie wyjaśnić, ponieważ do domu weszła Eliza. Uśmiechnęła się na widok Joanny i zaraz postanowiły iść do parku.
Parę minut potem rozmawiały, wędrując cichymi uliczkami między tabunami słodko pachnących kwiatów i drzew.
- Jak tam lekcja?
- Åšwietnie. Gram coraz lepiej.
- Miło słyszeć.
- Joanna...
- Tak, Elizo?
- Dlaczego musimy żyć? I czemu Bóg stworzył taki świat? Czemu rodziny nie są razem? Chcę poznać Rosę, ojca i matkę. Prawdziwych! Czasem myślę, że to tylko sen. Naprawdę istnieją, ale ja ich nie znam. To nienormalne.
- Tak, to nienormalne. Wiesz, że kiedy miałam pięć lat myślałam podobnie? Wtedy moi rodzice się rozwodzili. A ja musiałam wybrać.
- Wybrałaś matkę.
- Tylko z powodów finansowych. Tata mnie poprosił. Miał zbyt małe mieszkanie. A i tak chciałam z nim mieszkać.
- Tęskniłaś?
Joanna na chwilę zamilkła. Nie miała pomysłu co odpowiedzieć. Zawsze udawała ostrą, wredną maszkarę. Celne pytania Elizy zawsze ją zaskakiwały. A jednak musiała odpowiedzieć.
- Tak, tęskniłam - wyznała i poczuła łzy spływające po wypudrowanych policzkach.
Zanim zdała sobie sprawę, już siedziała na zielonej, parkowej ławce, a mała Eliza przytulała ją do siebie i wycierała każdą łzę.
***
Któregoś dnia Joanna postanowiła przedstawić Rosie ich siostrę. Oznajmiła to podekscytowanemu dziecku bardzo zimno. Chciała ukryć swoją reakcję. Do dziś wstydziła się swojego wybuchu, choć minął już tydzień. Nie powinna okazywać słabości, bo to dobre dla mięczaków. Musi się trzymać. Ostro i twardo.
Wyruszyły do małego mieszkanka Rosy. Joanna wcale się nie odzywała, tylko obserwowała ludzi. Po raz kolejny widziała jak wielu z nich jest szczęśliwych. Ona nie była. Nigdy. Ale nie, to nieodpowiednia pora na użalanie się. Na użalanie pozwoli sobie w domu, przy butelce wina i internetowym czacie, po raz kolejny podając się za przykładną matkę i żonę. Nienormalność? Nie, nigdy!
Zapukały do mieszkania Rosy i po chwili oczekiwania, doczekały się jakiejś oznaki życia. Rosa, roześmiana i błyszcząca, szeroko otworzyła drzwi.
- Joanna Lucia! - wykrzyknęła na widok siostry. Potem jej spojrzenie powędrowało na dół, ku małej Elizie. - Joanno, czy to...
- Tak, Rosa. To jest Gertrudis.
Obydwie zapomniały o jej przybranym imieniu. Może to było wzruszenie, może radość. Któż to wiedział? Chyba tylko Bóg. Rosa i Joanna nigdy nie przyznałyby się, że czują cokolwiek dobrego. Rosa może tak, ale Joanna wszystkiego by się wyparła. Taka karma.
Rosa usadziła je za stołem, poczęstowała croissantami i zaczęła rozmawiać z Gertrudis. Joanna po raz pierwszy miała wrażenie, że coś zaczyna się wzmacniać i odbudowywać. Zwykle zdawało się jej, że ciągle stoi na nierównym gruncie, który zaraz się złamie. Dlatego była kąśliwa i dokuczliwa. Tylko dlatego. Dziś po raz pierwszy odetchnęła z ulgą. Życie zaczęło się zmieniać na lepsze...
***
Joanna kończyła śniadanie, kiedy usłyszała nagły dźwięk dzwonka. Ledwie otworzyła drzwi, już zobaczyła nieznaną sobie osobę, która szybko wtargnęła do środka i zaczęła przemawiać w obcym języku.
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 01.04.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7336 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42679 | Użytkownicy: 3318
Online(7): 7 gości i 0 zarejestrowanych: