warto go przeczytać
- Christy! Chris!
Głos nieznanego pochodzenia odbijał się w jej głowie. Próbowała zrozumieć, rozumieć to wydarzenie. Wciąż nie mogła. Czuła dreszcze, które pulsująco przepływały przez jej ciało. Wreszcie pojęła. Ktoś ją wołał. Otworzyła oczy i z cichym jękiem natrafiła na twarz jakiejś osoby. To była kobieta. Jasne loki spływały jej tabunami po twarzy. Były średniej długości, lecz zachwycała. Niewymuszona elegancja wręcz biła od owej postaci. Krwistoczerwona sukienka spływała jej do stóp i tworzyła z niej nieziemską piękność. Poznała ją. Wreszcie zrozumiała kim jest. Vivienne.
- Viv! - wyszeptała cicho.
- Christy! Jak to dobrze, że się obudziłaś! Tak się bałam... Myślałam, że...
- Zemdlałam?
- Tak. Siadaj.
Christina usiadła na krześle i spróbowała wyostrzyć wzrok. To było na nic. Nadal widziała czarne plamy. Ból za Melisą rozrywał jej serce i nie chciał odpuścić. Vivienne spojrzała na nią z troską.
- Christy, musisz odpocząć.
- Nie! Nie mogę. Muszę szukać.
- Ona nie żyje. Musisz to wreszcie zrozumieć.
Vivienne pokiwała głową i zabrała ją do swojego mieszkania.
- Dopóki spółdzielnia nie przydzieli ci nowego mieszkania, to mieszkasz u mnie! Nie zniosę twojej samotności...
- Jesteś taka dobra, taka dobra... - szepnęła.
- Daj spokój. Będzie dobrze!
Kiedy weszły do artystycznego mieszkania Vivienne, zaraz podbiegła do nich mała córeczka kobiety, Dorothy. Wyciągnęła swoją pulchną rączkę i podała im zabawkę. Vivienne z czułością przytuliła córkę. Dla Christiny już nic się nie liczyło. Nie zwróciła na to uwagi. Jednak kochana przyjaciółka zauważyła jej minę i zaprowadziła ją do małego, gościnnego pokoiku. Od razu położyła się spać.
Już dzień potem czekały ją nieprzyjemności. Christy z drżeniem serca stanęła przed komisariatem policji w Nowym Yorku. Weszła do środka. Owy funkcjonariusz już oczekiwał. Gdy na niego spojrzała, już wiedziała, że jest źle. Jego ciemne, smutne oczy zwiastowały straszną, hiobową wieść.
- Znaleźli ciało. - rzekł cicho.
- Więc nie żyje. Wiedziałam.
- Podpalono dom. To wydaje siÄ™ ewidentne.
- Ale... Kto go podpalił?
- Wedle zeznań mieszkańców wszystkie instalacje gazowe były naprawiane niedawno. Jedna szansa na milion, że pożar wybuchł sam. Jest też inna sprawa... To w pani mieszkaniu rozpoczął się pożar. Ale instalacje były naprawione. Więc co nawaliło?
- Nie wiem.
- Czy to możliwe, aby pani siostra wywołała pożar?
- Ona? Nie! Melisa zawsze była rozważna.
- Ale ile miała lat?
- Osiem.
- Ośmioletnie dziecko nie może być rozważne.
- Ona taka była!
- Dlaczego pani się kłóci? Czy dobrze ją pani znała? Może coś pominęłaś? - dodał złośliwie.
Nie poprawiła go, tylko zaczęła się zastanawiać. Czy naprawdę Melisa mogła się zmienić? Może nie... Ale jeśli tak?
Przegapiła to, bo pracowała. Po raz kolejny.
- Halo? I znowu się pani zamyśla.
- Ja tak mam. Czy pan sugeruje...
- Może to pani siostra coś zrobiła!
- Co?!?
- Może chciała gotować i coś wybuchło?
- Niby co?
- Macie drewnianą łyżkę?
- Tak, dwie.
- Mogła gotować, coś przemieszała, a potem położyła łyżkę koło palnika. Przestraszyła się ognia, rzuciła łyżkę na podłogę i wszystko zapłonęło.
- To niemożliwe!
- Tak się może zdawać, ale już były takie przypadki. Niech mi pani opowie coś o siostrze.
- Zawsze lubiła tańczyć. Była wesoła, ale posiadała w sobie coś smutnego. Jakąś dziwną iskrę. Zawsze się jej dziwiłam... potrafiła tak pamiętać. To w niej ciągle żyło.
- Co?
- Nic, nic. Nieważne. - mruknęła, próbując zatuszować swój błąd.
- O co chodzi?
- Nic. Zawsze chciała tańczyć i bardzo o tym marzyła. Wiedziała, że nie mam pieniędzy na kurs, ale oglądała w telewizji programy taneczne. Potrafiła wykonać wiele figur. W szkole miała dużą grupę przyjaciółek. Nie zapraszała ich do nas, ale kiedy czasem po nią przychodziłam, to wszystko widziałam. Miała ich tabuny.
- Więc była lubiana? Ale czy te koleżanki nie namawiały ją do jakiś eksperymentów?
- Może namawiały... Nie, to jakiś obłęd!
- Ale nie możemy tego wykluczyć.
- W takim razie popytam!
- Dobrze.
- Chcę zobaczyć jej ciało.
- Jest w kostnicy.
- Więc jedźmy.
Kiedy pół godziny potem weszli do kostnicy, myślała, że umrze. Funkcjonariusz wskazał jej czarne, spalone ciało. Leżało w nikłym oświetleniu, na szpitalnym łożu. Z drżeniem całego ciała, podeszła do postaci. Ujrzała bezwładną postać, o zupełnie spalonej twarzy, rękach i nogach. Z prawej strony sterczała mała kępka włosów. To były słodkie loki małej Melisy. Myślała, że zemdleje, lecz tak się nie stało. Zamiast tego uklękła przy łóżku i przyłożyła głowę do martwego policzka siostry.
- Lisa! Och, Meliso... - szlochała, nie mogąc się opanować.
Delikatnie i z czcią dotknęła jej ręki. Uścisnęła ją, lecz martwa nie mogła oddać uścisku. Patrzyła na nią, charkliwie wdychając powietrze. Nie mogła się oderwać. Wciąż myślała o piekle, przez jakie musiała przejść Melisa. To ona powinna była zginąć! Jak ma dalej żyć? Bez niej, bez ostatniego członka rodziny, to już nie będzie to życie.
- ProszÄ™ pani, musimy...
- Tak, już idziemy.
I wyszli przy wtórze martwej ciszy.
Ocena: 3.5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 17.02.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7333 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42670 | Użytkownicy: 3312
Online(26): 17 gości i 9 zarejestrowanych:
pasieczny14, Krzyku_1993, Evil_Angel, Totek, subtelny demon, agis44, Zoso, dusfluran, quovadis