warto go przeczytać
Niebieskie kartki... pokryte grubą warstwą atramentu. Kartki. Kartki. Kartki... Zmiażdżone. Pochylony nad notatnikiem, zaciągam się zapachem upodlonych liter. Poezja we mnie umarła. Przywdziewam czerń, ronię łzy. Kuba, zgłupiały poeta? Śmieszne...
Po tym zapisie zamknąłem notatnik i postanowiłem już go nie otwierać. Postanowiłem także częściej wychodzić ze szpitala. By nie zgłupieć, by nie udusić się tą sterylnością. Parkowe wspomnienia powróciły ze zdwojoną siłą. Jej powściągliwy uśmiech, dłoń, co chwilę zakładająca niesforne kosmyki za ucho, błyszczące oczy. Czy można było się oprzeć tej kobiecie...?
- Więc mówimy sobie "żegnaj"?
Mimowolnie, zatrzymany jej pewnym głosem, przystaję. Idź dalej, nie odwracaj się. O zgubo! Przed siebie. Ze świstem wypuszczam powietrze z ust i odwracam się. Iskrzące, z lekkim wyzwaniem oczy, czarne kosmyki, wijące się wokół twarzy, pod wpływem jesiennego wiatru, poważne usta.
- Na to wyglÄ…da, Anno.
- Szkoda.
- Nie sądzę. Przecież jasno powiedziałem... Szkoda ci się żegnać z kimś, kto zwyczajnie nie darzy cię sympatią? A może twoja duma na tym cierpi? W końcu tak piękną kobietę nie da się nie lubić, co? – wykrzywiam usta ironicznie i z lekkim zdziwieniem patrzę na delikatny uśmiech czarnowłosej.
- Podobasz mi siÄ™ Kuba, i tyle.
- Słucham?
- Jestem tak samo szczera, jaki i ty. No, może trochę bardziej. I dziękuję za komplement.
Patrzę w osłupieniu na, teraz bezczelnie uśmiechającą się kobietę i zamyślenie na czole, jak to zgrabnie określiła, pogłębia się coraz bardziej.
- Nie dasz szansy nawet jednej kawie?
- WolÄ™ gorÄ…cÄ… czekoladÄ™.
- Ja też. Znam jedną fajną restauracyjkę.
- Nie wÄ…tpiÄ™, ale...
- No dalej wielki kłamco. Tylko jedna gorąca czekolada, a potem się rozejdziemy. Obiecuję.
Patrzę na nią sceptycznie i odwracam się w stronę wyjścia z parku. Po kilku krokach przystaję. Idiota...
- Idziesz, czy nie? Zimno mi tak stać.
Anna śmieje się i szybkim krokiem podchodzi do mnie. Ramię przy ramieniu idziemy w stronę bramy.
- Wielki kłamco?
- No tak. Bo co byś nie robił, ja i tak wiem, choć znam Cię kilka minut, że ten cały twój chłód jest jednym, wielkim... kłamstwem.
Kłamca. Trzydziestoletni, zdystansowany, niepoprawny, zgłupiały - wielki kłamca życia. Kiedy zacząłem swoją cudowną grę? Szkoła średnia? Nie. O dziwo żyłem wtedy nauką. Okres między technikum, a studiami? Nie, nie. Za bardzo się zapracowywałem. Studia... Tak, to były studia. Kawiarnia... i ona. Kilku godzinne rozmowy, wygłupy. Rozumieliśmy się, jak rzadko. A potem wyjechała. Kilka dni po niej, mój współspacz także. Dowiedziałem się, że od dłuższego czasu mieli romans. To wtedy. Wtedy zacząłem kłamać. Swoim spojrzeniem, swoimi słowami, postawą. Kłamałem coraz lepiej i coraz lepiej odgradzałem się od problemów. Czy wtedy cierpiałem? Tak utarcie, krótko, to zawalił się mój cały świat. Nawet przygotowałem sobie kilka sposobów na uśmierzenie tego bólu. I gdyby nie Paulina, nie miałbym kłamstw. I nie miałbym Anny. Ale o Paulinie kiedy indziej...
- I co? Pomaga ci to pisanie? – Ada opiera się o ścianę i popija kawę z papierowego kubka. Pasma blond włosów, związanych ciasno z tyłu głowy, odbijają delikatne światło.
- Już przestałem.
- Szkoda.
- Bo...?
Przygląda mi się przez chwilę, a potem zwraca głowę znów w stronę okna, gdzie usilnie przebijają się promienie słońca.
- Byłeś wtedy spokojniejszy, wyciszony. Teraz się miotasz. Między szpitalem, a tym głupim parkiem.
- Nie jest głupi.
- Jest.
- Ada... - Ostre spojrzenie nie skutkuje. Dziewczyna wysuwa podbródek do przodu i przewierca mnie spojrzeniem.
- Głupi jesteś. Nie piszesz i do tego katujesz się wspomnieniami.
- Wcześniej też wspominałem.
- Ale wcześniej, gdzieś je zapisywałeś i nie tłukły ci się przez to po głowie. – Wrzuca pusty kubek, z impetem, do kosza i kieruje się na korytarz. – Idę dalej pracować.
Jak zdecydowanie za dużo wie, tak i zdecydowanie za dużo sobie pozwala. Gdzie się podziała ta nieśmiała dziewczyna...?
A postanowienie nie otwierania notatnika legło w gruzach, bo przemyślałem jednak słowa Ady i stwierdziłem, że ma racje. Głupia młoda, strasznie cwana i pewna swojego. I do tego, jak na razie, we wszystkim ma rację. Panna doskonała, czy co...?
Wsunąłem notatnik pod ramię i wolnym krokiem poszedłem w stronę parku. Wiatr lekko rozwiewał mi włosy. Wiosna różowiła delikatnie policzki. Przymykając oczy, usiadłem na ławce. Anna, Ania, rodzice, siostry, Ada, kawałek Pauliny... Zmęczony przesiadywaniem w szpitalu i notowaniem teraźniejszości, jak i przeszłości, z ulgą przyjmuję ten lekki spokój parku. Towarzyszący mu cichy gwar spacerów matek z dziećmi i zakochanych par potęguje aurę wyciszenia. Gdzie się podziały słowa mojego natchnienia? Gdzie te wiersze, których tyle pisałem? Inspiracja jest ciężko ranna, może dlatego umieram od wewnątrz... W ciszy próbuję przywołać choć trochę tchnienia twórczości. Modlitwa przysiada się na ławce, słowa płyną po deskach, ocierają się o wgłębienia, niosą ku górze, wysoko... Boże, gdzież jest ten deszcz słów. Ściągnij z mych ramion czerń żałobną!
Otwieram oczy i z przerażeniem ścieram słone krople z policzków. Aniu, skarbie, tak ciężko... tak ciężko żyć bez ciebie. Obudź... się... wreszcie...
Wstaję i kieruję się do domu. Potrzebuję kąpieli. I snu. Przyjemnego snu w miękkim łóżku...
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 07.11.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7329 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42657 | Użytkownicy: 3312
Online(42): 38 gości i 4 zarejestrowanych:
Wojtex81, Groszek, Marybeth, RattyAdalan