warto go przeczytać
Pseudonim: anyway
- A mówiłem ci już, że Bóg jest biseksualny? - pyta mnie pewnej nocy mój aniołek, bawiąc się jednocześnie kosmykiem moich jasnych włosów. Rzucam mu iście zaszokowane spojrzenie. Warto wspomnieć, że przed spotkaniem Ruki'ego nie wierzyłem w Boga, a co dopiero zastanawiałem się nad jego skłonnościami seksualnymi? I czy on przypadkiem nie był czymś chmurkowatym, co nie ma ciała? No, ale skoro tak to, dlaczego jest nazywany "Panem"? Chociaż... Całe to niebo i piekło, sądy boskie, różańce i egzorcyzmy wydają mi się absurdalne. Jestem przekonany, że prawdziwe niebo, niebo Rukiego, nie jest typowo biblijne. Ale czy Kościół nie tępi homoseksualistów? Nie rozumiem.
Widząc moją minę wskazującą na otępienie umysłowe, aniołek wywrócił zabawnie oczami i uśmiechnął się cwanie.
- Myślisz, że dlaczego Bóg i Szatan tak bardzo się nienawidzą? - Mój niecierpliwy wzrok wyraźnie go cieszy, bo przyklaskuje lekko w dłonie i kontynuuje z ekscytacją - Zanim Bóg spotkał Nadzieję, On i Szatan... Wtedy Anioł Gabriel... Byli kochankami. Gabriel był Dyrektorem Uniwersytetu "Idylla", w którym uczyłem się przesyłać anielskie fluidy na ziemię... - Widząc zaciekawienie na mojej twarzy wzdycha ciężko - Przed pojawieniem się Nadziei tylko tak można było ratować ludzi przed depresją. Wysyłaliśmy im naszą energię. Ale wracając do tematu, Gabriel zaczął sprzeciwiać się działaniom Boga. Nie pasowało mu, że stara się być tak miłosierny. A zaślepiony miłością do niego Bóg robił wszystko, o co go Gabriel prosił. Potopy, plagi, choroby... Aż Lucyfer kazał mu zesłać wszystkie anioły na potępienie. Wtedy Wszechmogącemu otworzyły się oczy i powiedział mniej więcej tak: ”Dobrze, więc uczynię jak sobie życzysz. A zacznę od ciebie, Gabrielu". I tak jego kochanek został dzisiejszym Szatanem. A Bóg poznał Nadzieję i w końcu jest szczęśliwy - Kończy opowieść w zadumie. Ja również się zamyśliłem. Ruki całuje lekko moje czoło, a po mnie przechodzą przyjemne dreszcze. Spoglądam pytająco na jego twarzyczkę. Peszy się i odwraca wzrok.
- Żeby cię nie bolało - mówi. Bo boli. I to bardzo. Nie jest to jawne cierpienie, jakby ktoś rzucił we mnie siekierą, a tępe uczucie słabości w calutkim ciele. Nienawidzę tego. I rzeczywiście, z miejsca, gdzie dotknęły mnie te słodkie usta rozchodzą się przyjemne, łagodne fale ciepła, które koją ból. Oddycham głęboko, wdychając cudowny zapach aniołka. Niedorzeczne jest to, jak ktoś zza światów może tak oszałamiająco pachnieć połączeniem arbuza, frezji i róż. Ruki wtula się ufnie w moje bezwładne ciało, przytykając gorące wargi do mojej szyi. Muskam otwartą dłonią jego zakryte białą tuniką biodro. Wzdycha rozkosznie.
- Jestem tu z tobą już dwa miesiące - szepcze - to długo. Nie mogę wpłynąć na twoją śmierć, mogę tylko obserwować, i oderwać twoją duszę, kiedy nadejdzie Dzień. Ale... Powinienem tu przybyć właśnie wtedy. Nie wcześniej. Nie powinno mnie tu być - dławiąca gehenna rozlewa się po moim ciele. Nie myśląc za wiele chcę krzyknąć rozpaczliwe "Nie! Nie zostawiaj mnie!". Jednak moja cholerna choroba nie pozwala mi na to. Ruki widząc to dodaje, zmieszany - Ale nie chcę. Chcę być tu z tobą. Lecz... Zauważyłeś co się ze mną dzieje? To nie zależy ode mnie. - Oczywiście, że widzę. Jak mógłbym nie widzieć jego niknącego ciała, z każdym dniem coraz bledszego i przejrzystego? Bolą mnie jego gasnące oczy, drżące ramiona. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jakie katusze przeżywa. Mimo wszystko... Czuję, że jeśli pozwolę mu odejść to go stracę. I znów zostanę sam. Nie rozumiem tego. Chcę trzymać aniołka cały czas przy sobie, jednocześnie marząc o bolesnych torturach na każdym, kto zrobił mu kiedykolwiek jakąkolwiek krzywdę. Chcę trzymać jego dłoń splecioną z moją, wodzić palcem po aksamitnej szyi. Godzinami wpatrywać się w jego oczy, zanurzyć nos w złotych włosach. Nie rozumiem tego. Nie potrafię pojąć tego chorego zauroczenia. Jednakże... Jest to jedyne, co trzyma mnie przy życiu. Tak, cholera, ja, który niczego tak nie pragnę jak śmierci, znajduję siłę by żyć! Szatan się na mnie uwziął. Może jest zazdrosny o Ruki'ego?
- Ale ja nie odejdę! Nie odejdę, choćbym miał zniknąć! - Anioł marszczy zabawnie nos, zakładając ręce na piersi. A mnie ogarnia przerażenie. Ruki zniknie? Rozpłynie się w powietrzu i już go nie będzie? Ale dlaczego? Przeze mnie...? W tej chwili pragnę, by odszedł i przyleciał po mnie dopiero w Moim Dniu. Cóż innego może zrobić tak słaby człowiek, by go ochronić? Jestem żałosny. Nie jestem w stanie nawet obronić osoby, którą...
Kieruję kamienny wzrok ku nocnemu niebu. Ruki patrzy na mnie z niezrozumieniem, by po chwili jego rozszerzone źrenice objawiły osłupienie.
- Ty chcesz... - zaczyna powoli, jakby próbując zrozumieć.
Kiwam stanowczo głową, przejeżdżając jednocześnie palcem po jego wargach.
-Ale Akira... - powtarzam spojrzenie przez okno nieustępliwie, choć moje serce przeszywają igiełki lodu pożegnania. Widzę, jak aniołek zagryza niepewnie wargę. Patrzę tak na niego, i widzę glazurę ściany znajdującej się za jego plecami. Jest niemal przezroczysty. Jestem coraz bardziej przekonany w swej decyzji. Nic lepszego nie mogę dla niego zrobić. Jego martwe życie jest dla mnie najważniejszą rzeczą na świecie. Dostrzegam nieumiejętnie ukryte łzy na policzkach Ruki\\\\'ego. Gładzę go uspokajająco po obojczyku, samemu płacząc.
- Ja tu będę. Będę, kiedy nadejdzie Twój Dzień - zdławiony szept przechodzi w cichy szloch. Po chwili odrywa się od mojego ciała i wstaje bezdźwięcznie. Bierze głęboki uspokajający oddech, marszczy brwi w skupieniu. Anielska, złota aura przechodzi w płynne srebro, by zaraz zamigotać kobaltem, stając się przy tym coraz szersza, i kształtna. Blednie, a plecy Ruki'ego zdobi para wspaniałych, śnieżnobiałych skrzydeł, rzucających urocze cienie na jego twarz. Wpatruje się w niego w osłupieniu. Jest jeszcze piękniejszy. Wydaje się tak delikatny, jakby powiew wiatru mógł rozsypać jego ciało w miliony złotych kryształków.
Ruki pochyla się nade mną, odrobinę niepewnie. Ciepły oddech pieści moją szyję. Wargi składają pocałunek w kąciku moich ust. Wiruje mi przed oczami, gdy odsuwa się zarumieniony, chwytając się za skrzydło. Wyrywa z niego jedno puszyste, złotawe piórko i kładzie je na pościeli, tuż obok mojej dłoni.
Kilka godzin później słońce zaczyna wychylać się zza linii horyzontu, zalewając świat koralową jaskrawością, a mnie przepełnia głęboka melancholia. Wpatruję się wciąż w miejsce, gdzie zniknął Ruki, zastanawiając się czy lubi smak światła wschodzącego słońca.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 01.09.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7329 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42657 | Użytkownicy: 3312
Online(37): 34 gości i 3 zarejestrowanych:
Pawlak, Ismo, Groszek