warto go przeczytać
Pseudonim: anyway
Leżę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że leżę tak już od miesięcy. Obok siebie słyszę piski aparatury, do której jestem podłączony kolorowymi kabelkami. Biała kołdra, którą jestem okryty do piersi nosi mdlący, nieprzyjemny zapach leków. Spoglądam na swoje przedramiona. Miejsca, których nie zakrywają plastry, przytrzymujące kable są sine. Noc dziwnego, że tak bolą. Codziennie wstrzykują w nie niesamowitą dawkę chemicznej trucizny, zwanej "lekarstwami". Ta, coś gówno dają te lekarstwa, bo leżę tu jak trup od siedmiu miesięcy z zaawansowanym rakiem płuc , pod akompaniamentem denerwującego \\"Pip...Pip...Pip\\". Daliby już człowiekowi umrzeć, zamiast katować nudą i bólem. Jestem pełnoletni, więc dlaczego im tego nie zabronię? Cóż, nie mogę mówić. Rak rozwinął się do tego stopnia, że moje płuca protestują próbom wydania z siebie mojego głosu, którego tak nie lubię. Wręcz nienawidze jego dźwięku, i to równie mocno, co mojego nieszczęsnego nosa, który zawsze zasłaniałem białą szmatką, ale teraz, nawet gdybym mógł mówić, nie założyliby mi jej. A co jak się uduszę? Phie. Byłby spokój. Oni oszczędziliby na nieprzynoszących żadnych rezultatów operacjach, kolorowych świństwach, wstrzykiwanych we mnie litrami, prądzie na to całe badziewie, do którego jestem podłączony, o nazwie zbyt trudnej do wymówienia. A ja? Dryfowałbym sobie z aniołkami po ślicznym niebie, przygrywałbym na harfie, siedząc na puszystej chmurce. Tak, wiem, ironia wręcz leje się z moich ust, a raczej głowy. Niestety, taki już jestem. A raczej byłem, kiedy jeszcze byłem.
Nagle oślepiająco jasne słońce zaczyna palić moje oczy. Przymykam je, zirytowany. Kiedy nie czuję już ciepłych promyków na swojej twarzy, mrukam. Gdybym mógł, krzyknąłbym. Tuż nad moimi tęczówkami wpatrywały się we mnie inne. Duże, ciemne i błyszczące rozbawieniem. Słyszę przyspieszony ze strachu rytm swojego serca.
- Nie bój się mnie - szepcze słodki głosik właściciela oczu. Ma śliczny głos, czysty, jak dzwoneczki. Lustruję go wzrokiem. Widzę zgrabny nosek, pełne, różowe usta, bladą, aksamitną cerę, opadające na policzki złote włosy. Wokół jego głowy unosi się coś jakby... Złoto. Takie w proszku. A raczej w drobniutkich kryształkach... Kurde, czemu bawię się w te paskudne, romantyczne metafory?! Wygląda jakby miał aureolę, ot co! Tylko... To niezbyt normalne. Może rak przeniósł mi się już na mózg? Albo światło tak padło. Ale chłopak... mężczyzna... trudno stwierdzić, jest po prostu śliczny. Uroczy. Jak aniołek.
- Bo nim jestem - stwierdza radośnie, przyklaskując drobnymi dłońmi. Widząc moje niekoniecznie rozumne spojrzenie, dodaje - Jestem aniołem, ciemnoto.
I pokazuje cały rząd równych, białych zębów, a ja zaczynam się zastanawiać, z jakiego psychiatryka uciekł, bo chyba któregoś z tych dla bogatych dzieciaków, skoro wygląda... Tak.
- Aniołem, aniołem... Jak to słowo ładnie brzmi w twoim języku - zachwyca się chłopak.- Bo widzisz, u nas, znaczy na górze, w niebie, mówi się całkiem innym językiem. Najzabawniejsze jest to, że będąc tutaj, nie mogę sobie przypomnieć ani jednego słowa! - jego wargi rozciągają się w uśmiechu. Zaraz potem przyklęka, a mi przychodzi do głowy absurdalna myśl, że pobrudzi sobie białą tunikę, w którą był ubrany, i która pięknie podkreśla jego drobną budowę i jasną skórę. Opiera się łokciami o moją poduszkę, i kładzie podbródek na otwartych dłoniach.
- Wiesz, Akira, nie pamiętam jak umarłem, ale z pewnością nie męczyłem się tak jak ty. Zwariowałbym na twoim miejscu - w ciemnych oczach wykwita zmartwienie, po chwili zastępione ekscytacją. - A wiesz, że już niedługo cię stąd zabiorę? Po to tu jestem. Mam zabrać cię do góry. Ale przyszedłem wcześniej. Powinienem przylecieć w Twoim Dniu... To znaczy, dniu twojej śmierci... Ale cóż, czego Bóg nie widzi, tego sercu nie żal - zbliża swoją twarz do mojej i przygląda się z bliska moim oczom. Moje serce bije gwałtownie, co cholerna aparatura ogłasza w dość głośny sposób, wabiąc tym samym upierdliwych lekarzy. W pośpiechu przybiega pani doktor jakaśtam. A chłopak... Stoi tuż przed jej haczykowatym nosem, z założonymi rękami i ironicznym uśmiechem, zasłaniając jej tym samym cały obraz mojej nędznej egzystencji.
- Cóż, panie Suzuki, trzeba będzie powtórzyć wyniki, choć sądzę, że miał pan po prostu koszmar, i dlatego serce przyspieszyło - uśmiecha się, poprawiając ciężkie okulary. - Wygląda pan dzisiaj wyjątkowo dobrze. Tak... żywo- dodaje uprzejmie i wychodzi. A ja wpatruję się w blondwłosego, trącającego z zachwytem płatek różowej róży, stojącej na moim nocnym stoliku.
- Wiesz, u nas nie ma róż. To znaczy są, ale takie inne, nie wyglądają jak te tutaj. I inaczej pachną. Bardziej roślinnie, nie tak słodko.
Mimo dziwaczności całej sytuacji, rozczula mnie. Dwoma palcami, tymi od przycisku, do wołania pielęgniarek, udaje mi sie schwytać płatek różyczki, i wyciągnąć ją. Przenoszę spojrzenia, z kwiatu, na chłopaka, a on łapie go, chichocząc słodko i rumieniąc się.
Nie wiem, w którym momencie mu uwierzyłem. W historię z aniołkiem i niebem, tak absurdalną. Nie wiem, kiedy stał się dla mnie tak ważny, że byłbym gotów oddać za niego życie, choć w moim przypadku to niewielka ofiara.
Gdy żył, nazywał się Takanori. Jako anioł, Ruki.
Ruki.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 29.08.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7329 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42657 | Użytkownicy: 3312
Online(37): 36 gości i 1 zarejestrowanych:
szon