Zaloguj się lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj się!
Pseudonim: Felix Zaremba
Imię: Felix
Skąd: Bielsko-Biała
O sobie: "Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy." Murakami
Napisanych prac:
- proza: 3

Średnia ocen: 3.5
Użytkownik uzyskał: 4 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Ahnenerbe-Wstęp" 06.07.2010
"Ahnenerbe- rozdział 1" 09.07.2010
"Ahnenerbe rozdział 2" 12.07.2010

Inne prace tego autora:
"Ahnenerbe- rozdział 1" 09.07.2010
"Ahnenerbe-Wstęp" 06.07.2010
"Ahnenerbe rozdział 2" 12.07.2010

Najlepiej oceniona proza (30 dni):
"Dobre kobiety" - Agent - 6
"Cztery dobre wróżby - epilog" - Ironiczna - 6
"Zagubiona przeszłość" - Marybeth - 6
"Cztery dobre wróżby -..." - Ironiczna - 6
"Wiraże [4]" - subtelny demon - 5.66667

Najnowsza proza (wszystkie):
"Dobre kobiety" - Agent
"W zachodzie słońca cz.1" - Lilka
"Ektoplazma na tropie cz. 3" - Dawied
"Cztery dobre wróżby - epilog" - Ironiczna
"Zagubiona przeszłość" - Marybeth
"Anonymous" - Me_Gusta
"Cztery dobre wróżby -..." - Ironiczna
"Zew natury" - pasieczny14
"Wiraże [4]" - subtelny demon
"Blackwood Village" - Wolf Girl

Ahnenerbe rozdział 2

Rozdział 2

04.07.1948
Chęciny- kościół

- Boże w Niebiosach! Czy ogłuchłeś ty?
Matylda Zawadzka wzniosła oczy ku górze. Sufit kościoła był pięknie ozdobiony podobiznami świętych-ewangelistów. Sama świątynia była znakomitym przykładem architektury neogotyckiej, całkowicie nie pasującym do Chęcin.
- Na moim pasie, niemieckim, bo zdobycznym jest napisane „Gott mit uns”, ale to chyba nie prawda, czyż nie? Pozwoliłeś na wybuch wojny, która pochłonęła, bez mała, 75 milionów ludzi. Jaki cel miała ta hekatomba? Co nam chcesz przez to przekazać? Czy uśmiercenie narodu wybranego ma jakiś sens? Czy Adolf Hitler był biczem bożym, czy może wręcz przeciwnie-narzędziem zła, szatana?
Matylda stanęła przed głównym ołtarzem i wbiła wzrok w tabernakulum.
- Wydaje mi się, że wszystko stracone - podjęła po chwili- że wszystko umarło, że nic nie ma już żadnego znaczenia. Myślę, że nawet Ty nie jesteś w stanie zmartwychwstać, a może po prostu nie chcesz? Bo jeśli prawdą jest to, co Ty i Twoi uczniowie mówili o zbawieniu, poświęceniu i umieraniu, to czy ludzkość jest godna, by zbawiał ją ktoś taki jak Ty?
Matylda podeszła do wielkiego fresku przedstawiającego ukrzyżowanego Jezusa.
- Czy to nie ironia? Że stworzyłeś człowieka swój wizerunek i podobieństwo? Czy nie wstyd Ci być podobnym do tak żałosnej istoty?
Jezus milczał.
- Czy oczekujesz ode mnie, że wybaczę Karen Sievers i nazistom? Ty to potrafiłeś, ale ja jestem tylko człowiekiem. I nie potrafię. Nie umiem... Przepraszam.
Dziewczyna spuściła wzrok, czuła wstyd i złość na samą siebie.
- Jest jeszcze inna kwestia - podjęła.- Czy mam moralny obowiązek bronić Sarze Zalmanowicz prawa do zemsty? W historii Kościoła, który bądź co bądź ustanowiłeś, funkcjonuje pojęcie wojny sprawiedliwej. Więc jak? Co mam zrobić? Czy jesteś w stanie mi pomóc? Czy możesz mnie oświecić?
Fresk milczał.
Matylda westchnęła ciężko i opadła na ławkę kościelną.
Zamknęła oczy.
- Oczywiście że nie - powiedziała cicho.- Nie możesz, nie umiesz, bądź nie chcesz mi pomóc. Przykre, ale prawdziwe.
- Brawo! - Matylda usłyszała czyjś szyderczy głos i ciche, miarowe klaskanie.
Otworzyła oczy i odwróciła się. Na podwyższeniu, tam gdzie było miejsce organisty, siedziała ona.
Wychudła, drobna i niska. O popielatych włosach i martwych, szkarłatnych oczach. Uśmiechała się krzywo.
- Cudowna mowa, wzruszyłam się - otarła niewidzialną łzę.- Zwłaszcza, że poświęciłaś w niej sporą część mej skromnej osobie. Dziękuję.
- Sara...
- A tak, powtarzaj moje imię, bo zapomnisz. - Sara pokiwała głową.- Interesuje mnie jedna kwestia.
- Tak?
- Odkąd Zakon świętego Jerzego, instytucja, bądź co bądź powołano, ku szerzeniu dobra i walki ze złem, ochrania hitlerowskich zbrodniarzy? Ty nie wiesz, że każdy dowód przemawiający na korzyść Karen Sievers, Gudrun Himmler cieszy?
- Tłumaczyliśmy ci, że...
- To tylko chwilowe - przerwała jej.- Ja wiem, ja rozumiem. Ale taki makiawelizm wysoce mi nie odpowiada. My tak nie możemy robić, nie możemy przyjąć zasady „cel uświęca środki”. To cynizm mieszany z hipokryzją.
- Twoja obsesja na punkcie rodziny Sieversów jest niepokojąca.
Sara milczała przez chwilę.
- Wolfram Sievers zabił kogoś... Kogo zdążyłam polubić. Sam został powieszony miesiąc temu, Wilhelm Sievers popełnił samobójstwo tuż po zakończeniu wojny. Została Karen... A wy roztaczacie nad nią parasol ochronny. Nieładnie tak się wypinać na sojusznika. Bo widzisz Matyldo, jak wojna to Sara dobra, to Sarze przywileje i wszelka dostępna pomoc przekazana. Jednak po wojnie... Sama wiesz najlepiej.
- Nie mogę ci na to pozwolić. - Matylda spojrzała jej w oczy - wiesz o tym doskonale.
- Wiem. - Sara smutno potrząsnęła głową. - Ale gdyby...
Zeskoczyła z podwyższenia i miękko wylądowała na posadzce. Ruszyła w kierunku Zawadzkiej.
- Zakładając hipotetycznie, że... - Lewa dłoń Sary przybrała kształt ostrza. - Że porozmawiam sobie z Karen. Sam na sam, twarzą w twarz - co zrobisz, w przypadku takiej ewentualności?
Matylda przygryzła wargi, myślała przez chwilę.
- Zabiję cię - powiedziała cicho. - Mimo moich osobistych przekonań i sympatii, zabiję cię.
Sara zatrzymała się kilka metrów od niej, spochmurniała, wbiła wzrok w ziemię.
- Więc możesz mnie zabić od razu, bo ja nie odpuszczę. Wiesz o tym.
- Wiem.
Obie milczały, dłoń Sary przybrała normalne kształty. Spojrzała na Matyldę wyzywająco.
- Odważysz się? - zapytała szyderczo. - Zabij czternastoletnie dziecko. Czemu nie? Jedno życie, cóż to znaczy, gdy dokoła śmierć, czyż nie? Zdaje się, że robiłaś już podobne rzeczy.
Matylda podeszła do niej i objęła ją rękoma, po jej policzkach popłynęły łzy.
- Co ty? - zdziwiła się Sara. - Przestań ryczeć.
Zalmanowicz gotowa była w każdej chwili pchnąć ostrzem, gdyby wyczuła ze strony Matyldy choćby cień zagrożenia. Nic takiego się jednak nie stało, ze strony jej nie dawnej przyjaciółki biło szczere współczucie i żal.
Sara odepchnęła ją mimowolnie.
- Przestań - powiedziała niepewnie.
- Sara, obiecaj mi coś.
- Co?
- Nie zbliżaj się przez pewien czas do Karen Sievers, proszę.
- Nie mogę odpuścić...
- Nie proszę cię żebyś odpuściła, tylko żebyś na pewien czas zrezygnowała z pościgu. Nasz zakon dostarczy ci ją na tacy.
Sara prychnęła.
- To co proponujesz jest zaprzeczeniem idei polowania. Chcesz mi dostarczyć Karen jak świnię, jak wieprza, związaną, czekającą tylko na litościwe żgnięcie nożem? Kpisz sobie?
- Sara...
- Kończymy tę rozmowę. Mierzwi mnie. Ale nim odejdę, proszę cię o jedno.
- O co?
- Nie wchodź mi w drogę. Wbrew temu, co o mnie myślisz, lubię cię i na swój bardzo specyficzny sposób wysoce szanuję. A wiesz, że ze mną nie wygrasz.
- Zobaczymy. - Matylda skinęła głową. - Zaraz wyruszam na teren ekshumacji, gdzie będę prowadziła przesłuchanie Karen Sievers.
- Spotkamy się tam - Zalmanowicz pokiwała głową z zadumą. - Na nieco innej już, prawda płaszczyźnie. Tak, więc żegnaj Matyldo Zawadzka, i oby twój Bóg, z którym prowadzisz takie dysputy sprzyjał ci, w starciu ze mną.
- Nawzajem, żegnaj.
Uścisnęły sobie dłonie, po czym Sara wyszła z kościoła.
Matylda raz jeszcze wzniosła wzrok ku niebu.
- Nie wiem czemu mi to robisz - powiedziała cicho. - Jednak, choć nie pojmuję twych wyroków, to nade wszystko miłuje.



04.07.1948
Chęciny
Teren ekshumacji

- Ja nie mówię, że należy ich uniewinniać - powiedział Maurycy Wasilewski po skończonej kolacji - tylko, że należy traktować ich sprawiedliwie. Stara biblijna, zresztą zasada mówi: „Zło dobrem zwyciężaj”. Musimy pokazać nazistom, że nas stać na sprawiedliwy proces. Że zwycięzcy, w sposób sprawiedliwy mogąc sądzić zwyciężonych.
- Ja uważam za niedopuszczalne, - Anna Zielińska skrzywiła się lekko - że ludzie pokroju von Papena, czy Kruppa są uniewinniani. A taki Speer? - wyciągnęła spod stołu butelkę wina i nalała obojgu. - Przecież to główny architekt Hitlera, minister do spraw zbrojeniowych. Odpowiadał za niewolniczy system pracy na terenach okupowanych. No i co? 20 lat więzienia, za zabójstwo jednego człowieka można dostać więcej.
- Z drugiej strony patrząc... - Wasilewski wypił całą lampkę wina jednym haustem - taki Ribbentrop. Kara śmierci. Wydaje się słuszna, bo to on podpisał protokół, który doprowadził do wybuchu wojny. Ale nie zapominajmy, że jego radziecki odpowiednik - towarzysz Mołotow, tego samego dnia, którego zaczynał się proces, podpisywał akt o utworzeniu ONZ. Czy to jest sprawiedliwe?
- Mołotow też powinien wisieć - powiedziała ponuro Zielińska patrząc w niebo.
- Ciszej na Boga - syknął Wasilewski, patrząc z niepokojem na ubeka siedzącego nieopodal. - Usłyszą jeszcze.
Mimowolnie Wasilewski poczuł doń sympatię, nie była tak twardogłową komunistką jak sądził.
Anna nalała jeszcze po lampce.
- Jutro rano ma przyjechać prokurator z Warszawy i przesłuchać Karen - poinformowała Maurycego.
Ten nic nie powiedział, tylko opróżnił naczynie.
- Co o niej sądzisz?
- O Karen? - Wasilewski zamyślił się. - Cyniczna, bezwzględna, okrutna, bezczelna. Dodatkowo córka zbrodniarza wojennego, nic dobrego, jednym słowem.
- Wiesz, że miesiąc temu powiesili jej ojca?
- Obiło mi się o uszy.




02.03.1947
Norymberga
Proces Lekarzy

- Oskarżony Wolfram Sievers? - prokurator Jackson spojrzał na wysokiego, szczupłego mężczyznę z długą spiczastą brodą. Stał w miejscu przeznaczonym dla oskarżonych, ręce miał splecione i zimno patrzył na komitet prokuratorów.
- Pan pyta, czy stwierdza fakt? - zapytał Sievers, uśmiechając się przy tym kpiąco.
Przez salę przeszedł szmer, prokurator ZSRR zachichotał, a brytyjski prokurator westchnął ciężko.
- Proszę zanotować, że świadek pyskuje. - Jackson spokojnie zwrócił się do protokolanta.
- Panie Sievers, napisał pan... - francuski prokurator przerzucił kilka kartek - w oświadczeniu dla doktora Gibbsona: „Proces norymberski jest jedną wielką farsą, winien zniknąć w pomroce dziejów i zostać zapomniany. Jest to proces zwycięzców nad zwyciężonymi, upokarzający dla każdego prawdziwego Niemca. Powiększenie prawdziwych bohaterów rasy aryjskiej takich jak: Kaltenbrunner, Goering, czy Ribbentrop było prawdziwą zbrodnią. Z mojej strony nie mam sobie nic do zarzucenia, uważam siebie za prekursora europejskiej medycyny. Moje Ahnenerbe dokonało wielu przełomowych odkryć w dziedzinie archeologii. Niczego nie żałuję i nie czuje się winny.” Czy nadal podtrzymuje pan te słowa?
- Tak - powiedział Sievers szybko i bez wahania. - Niczego bym nie zmienił.
Przez salę ponownie przeszedł szmer, tym razem nieco głośniejszy. Główny sędzia zastukał młotkiem o blat biurka, chcąc uspokoić zgromadzonych.
- Oto powód, dla którego proces jest potrzebny - powiedział Jackson tryumfalnie. - Oskarżony Sievers nie tylko nie czuje się winnym popełnionych zbrodni, ale także kompletnie ich nie zauważa. Jest to przykład niemieckiej buty i arogancji, która musi zostać wyplewiona przez denazyfikacje.
- Czy oskarżony Sievers zna akt oskarżenia? - zapytał radziecki prokurator.
- Nie chciałem marnować czasu na czytanie podobnych bzdur.
- Jest pan oskarżony o liczne zbrodnie wojenne popełnione na ludności cywilnej Czechosłowacji, Polski i Holandii. Dodatkowo o śmierć kilkudziesięciu tysięcy więźniów obozu koncentracyjnego w Dachau, oraz o przeprowadzanie eksperymentów medycznych na dzieciach, w skutkiem czego zginęło 300 osób. Te liczby pana nie przerażają? - Jackson spojrzał nań pytająco.
Wolfram wzruszył ramionami.
- Liczby są w ogóle zbyt wielkie, by naprawdę kimkolwiek wstrząsnęły. Zwykły człowiek nie będzie w stanie ich pojąć.
- Co pan przez to rozumie? - Jackson spojrzał na niego z zainteresowaniem.
- W Kijowie w ciągu dwóch dni zastrzeliliśmy trzydzieści cztery tysiące cyganów i Żydów. W Polsce zabijaliśmy od czterech do sześciu tysięcy ludzi dziennie. W Oświęcimiu zlikwidowaliśmy dziewięćset tysięcy, w Brzezince pół miliona. Pozbyliśmy się sześciu milionów Żydów. Gdybyśmy mieli więcej czasu zabilibyśmy dziesięć, dwadzieścia, dwadzieścia pięć milionów. Świat usłyszał te przerażające liczby dawno temu. Dla przeciętnego człowieka dziennikarze, którzy o tym pisali to kłamcy. Ale gdybyśmy zamiast tego zabili osiemset dzieci, a nie sto trzydzieści pięć tysięcy, świat podniósłby wrzask, ponieważ osiemset to cyfra, którą ludzie mogą pojąć, mogą sobie wyobrazić.
Zapadło milczenie.
- Po to jest proces... - wydukał Jackson cały blady. - Po to, by panu podobni nie chodzili po tym świecie.

05.07.1948
Chęciny
Teren Ekshumacji

Pułkownik Urzędu Bezpieczeństwa Tomasz Jankowski rozsiadł się wygodnie na leżaku, rozpiął mundur i ziewnął przeciągle.
- Przynieś coś do picia - zwrócił się do jednego z milicjantów.
Funkcjonariusz MO posłusznie ruszył w kierunku najbliższego posterunku.
- Oby tylko źle nie zrozumiał i wódki nie przyniósł. - Pułkownik zwrócił się do Wasilewskiego. - Przy takim upale, było by to wysoce niewskazane.
Maurycy Wasilewski uśmiechnął się mimowolnie. Wolał nie drażnić ubeka.
- Siadajcie, towarzyszu. - Jankowski wskazał na drewniany stołek stojący nieopodal.
- Jak ręka?
- W dalszym ciągu napierdala - skrzywił się strażnik socjalizmu. - Ale da się wytrzymać.
- Naziści nawet pokonani są groźni - uśmiechnął się ironicznie Wasilewski.
- Otóż to. - Pułkownik wyraźnie poweselał widząc, że ktoś go rozumie. - Słyszeliście towarzyszu o Werwolfie?
- Partyzantka himmlerowska?
- Tak jest. Na naszych ziemiach odzyskanych, na zachodzie utworzono konspiracyjne grupy hitlerowskie. To pogrobowcy, czekają na wybuch kolejnej wojny światowej, by w momencie wkroczenia Amerykanów do naszego kraju wywołać rewolucję hitlerowską.
- Są aż tak groźni?
- To raczej wszy. Fakt, mocno drażniące, mogące wywołać różnorakie choroby, ale to w dalszym ciągu zwykłe wszy. - Pułkownik zgniótł niewidzialnego owada palcami. - To tylko kwestia czasu nim wyplewimy tą faszystowską zarazę.
Milicjant przyniósł im manierkę napełnioną wodą. Jankowski spojrzał nań z politowaniem, ale wziął bukłak i upił zeń tęgi łyk. Podsunął go Wasilewskiemu, ale ten pokręcił przecząco głową.
- Jak pracę ekshumacyjne?
- Odnaleźliśmy dziewięć rozczłonkowanych ciał żołnierzy niemieckich...
- W gruncie rzeczy - przerwał mu Pułkownik UB - to by było nawet dobrze, gdyby okazało się, że faszystowskie, bądź co bądź, AK zmasakrowała innych faszystów, niemieckich dla odmiany. Moglibyśmy pokazać, że w gruncie rzeczy Hitler i Piłsudski to postaci symetryczne do siebie. Rozumiecie, towarzyszu?
Maurycy Wasilewski rozumiał aż za dobrze. Z jednej strony miał dość fanatyczną Zielińską, pragnącą udowodnić, że za całe zło świata odpowiadają Niemcy. Z drugiej zaś, znajdował się bezwzględny karierowicz i pachołek Moskwy, pragnący zdyskredytować przedwojenny system polityczny. I tak źle, i tak niedobrze. Może lepiej byłoby zrezygnować?

Wasilewski poczuł nieoczekiwanie stal na gardle, Jankowski pobladł i natychmiast powstał z leżaka. Stojący obok milicjant odbezpieczył broń. Maurycy przełknął głośno ślinkę i ostrożnie spojrzał ku górze.
Nóż trzymany był przez dość uroczą szatynkę, ubraną w mundur majora Armii Czerwonej. Uśmiechała się patrząc na reakcje Jankowskiego i funkcjonariusza MO.
- Kim jesteś? - zapytał drżącym głosem pułkownik.
- Wy tu dowodzicie towarzyszu? - dziewczyna bardziej stwierdziła, niż zapytała. - Macie beznadziejną ochronę Karen Sievers. Zdajecie sobie sprawę, że ona może być w każdej chwili odbita, przez wrogów Polski Ludowej, socjalizmu i ludu pracującego miast i wsi?
Pułkownik patrzył na nią z mieszaniną grozy i strachu, głośno przełknął ślinkę.
- Puść go! - polecił, aczkolwiek bez przekonania.
- Jasne. - Dziewczyna uśmiechnęła się promiennie i schowała nóż.
- Każcie odprawić tego idiotę - wskazawszy na milicjanta, który cały czas celował doń z pistoletu.
- Kim jesteś? - ponowił pytanie Jankowski wycierając krople potu, spływające po skroni chusteczką.
- Nazywam się Matylda Zawadzka, prokurator wojskowy, doradca z ZSRR dla naszych młodszych braci w socjalizmie - Polaków.
Pułkownik opadł ciężko na leżak i gestem odprawił funkcjonariusza MO.
- Towarzyszu Wasilewski, wracajcie do grobów, zajmijcie się... No tym czym się tam zajmujecie. Idźcie już - powiedział cicho.
Maurycy posłusznie odszedł w kierunku stanowiska ekshumacyjnego.
- Siadajcie towarzyszko...
- Zakładam, że Karen Sievers jest już na miejscu? Ilu ludźmi dysponujecie? - Zawadzka wbiła w niego przenikliwe spojrzenie.
- Mam dwóch funkcjonariuszy UB i dziesięciu MO.
- Mało - skwitowała towarzyszka prokurator lekko się krzywiąc. - Ja sama, bez niczyjej pomocy przeszłam przez te wasze, pseudo zabezpieczenia i o mało nie pozbawiłam życia waszego lekarza. To niezbyt dobrze świadczy o was, czyż nie?
- Ale...
- Żadnych „ale” - warknęła Zawadzka. - Masz ściągnąć dodatkowych ubeków i milicjantów. Karen Sievers potrzebuje ochrony. Widzę, że nie jesteście towarzyszu w pełni formy. - Spojrzała na jego nadgarstek.- Więc to ja obejmuje dowodzenie nad tą placówką. Rozumiecie?
- Rozumiem - powiedział zrezygnowany pułkownik. - Rozumiem.


18.09.1942
Bawaria

- To tu?- Wolfram Sievers spojrzał na stary, opuszczony magazyn wojskowy.- Nie wygląda to za specjalnie...
- Pewien staruszek, co tu gdzieś w okolicy mieszka - Edmund Waldenburg, adiutant Sieversa wskazał ręką na bliżej nieokreślony obszar.- Zeznał, że w zeszłym tygodniu zniknął zaprzyjaźniony z nim dozorca tego obiektu. Dwa dni temu wysłano tu dwóch funkcjonariuszy Kripo. Nie wrócili. Sprawą zainteresował się Muller i poinformował o tym Reichsfuhrera.
- A ten nas?- domyślił się Wolfram Sievers.- Mam nadzieję, że nie uciekły.
- Nawet jeśli, to nie mogą być daleko.- Skwapliwie przytaknął Waldenburg.
- Dobrze.- Sievers skinął głową.- Nareszcie ukręcimy łeb hydrze, temu żydowskiemu bękartowi.
Spojrzał na dwóch żołnierzy Ahnenerbe w czarno-szkarłatnych mundurach, którzy stali nieopodal. Nieco dalej znajdowało się dziesięciu żandarmów i pięciu SA-manów. Wszyscy uzbrojeni i gotowi do natychmiastowej akcji.
- To co znajduje się w tym budynku to nie człowiek.- Powiedział głośno Wolfram Sievers.- Może i wygląda jak 7 letnie dziecko, ale w rzeczywistości to żydowski pomiot. Zostaliście specjalnie wyszkoleni do likwidacji tego typu istot- zwrócił się bezpośrednio do członków Ahnenerbe.- Więc jeśli zaistnieje zagrożenie dla życia naszych żołnierzy, nie wahajcie się jej zlikwidować.

Sara Zalmanowicz poderwała się gwałtownie z posłania. Była cała zlana potem, oddychała ciężko. Coś było nie tak, bardzo nie tak.
Co właściwie ją przebudziło? Nieznośny, jak na wrzesień upał, czy zły sen? Raczej sen...
- Stało się coś?- zapytała zaspana Agnieszka.
- Nie, nic.- Sara wymusiła uśmiech i pogładziła ją po włosach.- Śpij dalej.
Agnieszka ziewnęła przeciągle i przewróciła się na drugi bok. Zasnęła.
Sara wstała z ich wspólnego barłogu i narzuciła swoją koszulę na nagie ciało. Wyszła z pomieszczenia sypialnego i obeszła cały magazyn. Wszystko wydawało się być na swoim miejscu, Zalmanowicz trochę się uspokoiła.
Weszła do dawnej kanciapy stróża nocnego, za drewnianym biurkiem siedział ostatni dozorca tego obiektu. Jego głowa, z wybałuszonymi oczami leżała na biurku. Tuż pod oknem leżeli dwaj policjanci niemieccy. O dziwo, obaj w całości.
- Będziemy musieli się pożegnać.- Powiedziała cicho.- Zaczynacie powoli śmierdzieć, chłopaki. - Uśmiechnęła się mimowolnie.
Wyszła na korytarz i podeszła do okna. Oparła ręce na parapecie i patrzyła smutno na krajobraz za oknem. Powoli nadchodził kolejny dzień... Ostatni dzień, w tym magazynie.
Rozmyślania Sary zostały przerwane przez krzyk.
Krzyk dziewczynki.
Agnieszka...
Sara natychmiast poderwała się i biegiem ruszyła w kierunku ich sypialni. Jej lewa dłoń przybrała kształt ostrza, przyśpieszyła bieg.
Na schodach wpadła na mężczyznę w mundurze SA, ten chwycił ją za kark i krzyknął:
- Panie Sievers! Mam drugą!
Pierwszy cios przebił klatkę piersiową, z twarzy SA-mana spełzł uśmiech Drugie uderzenie rozcięło mu gardło, trzecie przepołowiło czaszkę na pół.
Sara nie myślała, wiedziała tylko, że jej przyjaciółka była zagrożona. I nic innego poza jej uratowaniem nie liczyło się. Na szczycie schodów natknęła się na dwóch żandarmów. Tym razem nie bawiła się w humanitaryzm: pierwszy został przecięty na pół, a drugi stracił nogi od kolan w dół. Sara zostawiła go, wykrwawi się za parę minut.

Przyśpieszyła.

Następny Niemiec był przygotowany na jej atak, dobył pistoletu i wystrzelił dwukrotnie. Pierwszy pocisk chybił, a drugi został idealnie sparowany ostrzem. Hitlerowski pachołek oberwał własną kulką prosto w skroń.

Drugi krzyk. Dwa wystrzały i cisza.

Przyśpieszyła. Poczuła łzy napływające do oczu.

Przed drzwiami do ich sypialni stało dwóch SA-manów, jeden z nich rzucił się na nią, z nożem w ręku. Sara uchyliła się przed nim i cięła go w podgardle. Drugiemu zdekapitowała.

Wpadła do sypialni.

Na podłodze, w kałuży krwi, leżała Agnieszka.
Żyła.
Jeszcze żyła.
Stało nad nią dwóch SS-manów w czarno-szkarłatnych płaszczach, pod oknem stał, ze skrzyżowanymi rękoma wysoki Niemiec, ze spiczastą brodą. Oprócz nich w pomieszczeniu znajdowało się jeszcze pięciu żandarmów.
Na jej widok wszyscy wycelowali w nią broń. Tylko ten z brodą uśmiechnął się kpiąco.
- Witamy naszą gwiazdę wieczoru.
- Puśćcie ją!- Ryknęła wściekła Sara.- To mnie szukacie!
- Fakt. - Dowódca oddziału pokiwał głową. - Zlikwidujcie ją. - Polecił jednemu z SS-manów.
- Nie!
Sara rzuciła się na niego.

O dziwo, sparował jej uderzenie, a drugi zaatakował z lewej strony.

Facet, ze spiczastą brodą odprawił gestem żandarmów. Widocznie uznał, że będą przeszkadzać.

Pojedynek trwał kilka minut. Niemcy zaskakująco dobrze radzili sobie z dziewczynką. Parowali jej ciosy, i błyskawicznie oddawali. Byli przy tym niesamowicie szybcy i precyzyjni.
W pewnym momencie Sara została przyparta do ściany, spróbowała pozbawić jednego z SS-manów kończyny. Bezskutecznie, byli odporni na jej telekinezę. Jeden z Niemców zaszarżował, Zalmanowicz w ostatniej chwili uchyliła się przed jego ciosem, ale wtedy drugi z nich uderzył ją w ramię.

Zawyła z bólu.

Drugi cios. Tym razem w udo.

Sara padła na ziemię. Krew tryskała. Miała przeciętą tętnicę udową.
- Spokojnie.- Powiedział dowódca.- Potrzebujemy cię, będziesz żyć. Ale ty...
Podszedł do Agnieszki i kopnął ją w brzuch.
Sara spróbowała uciąć mu nogę, ale ostrze jednego z SS-manów, przystawione do jej gardła skutecznie odwiodło ją od tego zamiaru.
Niemiec kopnął dziewczynkę w skroń.
Sara zamknęła oczy, nie chciała na to patrzeć.
Jeszcze kilka sekund Agnieszka cicho jęczała z bólu. W końcu zamilkła.
- Zdechła szybciej niż myślałem.- Zdziwił się nieszczerze Sievers.- A ile krwi...
Sara Zalmanowicz rozpłakała się.


05.07.1948
Chęciny
Teren Ekshumacji

- Won! - warknęła Matylda Zawadzka do pułkownika Jankowskiego wchodząc do prowizorycznej celi.
Jankowski chciał jej coś odpowiedzieć, ale powstrzymał się. Zawadzka przypięła do piersi order bohatera Związku Radzieckiego, a wyraz jej twarzy wskazywał, że nie oczekuje z jego strony żadnej dyskusji. Rad nie rad pułkownik wyszedł z celi.
Matylda odprowadziła go wzrokiem i zamknęła za nim drzwi.
Karen Sievers siedziała przy biurku ze skutymi rękoma. Wpatrywała się w sufit niewidzącym wzrokiem.
Zawadzka obeszła całe pomieszczenie w poszukiwaniu podsłuchu. Nie znalazła żadnej. Widać było że więzienie jest prowincjonalne i prowizoryczne. Matylda wyłączyła nagrywanie, nie chciała by UB odsłuchiwało ich rozmowę.
Zasiadła naprzeciw dziewczyny.
- Karen? - zagadnęła łagodnie. - Chcesz się czegoś napić?
Córka Wolframa Sieversa drgnęła lekko i spojrzała nań.
- Twa twarz znajoma mi się wydaje... - Powiedziała smutno. - Skąd? Znamy się?
- Tropiłam cię, przez pewien okres czasu...
- Berlin? Kwiecień 1945?
- Dokładnie.
- Chciałaś mnie zabić, suko!- ryknęła Karen uderzając pięścią w stół.
Matylda zdziwiła się. Nie spodziewała się takiego wybuchu złości.
- Nie radzę zaczynać naszej znajomości od wyzwisk. - Powiedziała spokojnie. - Jestem tu po to by ci pomóc.
Karen przetaksowała ją wzrokiem, nie było już śladu po tej katatoniczce sprzed chwili. To była dawna Sievers, ulubienica Himmlera i córka Wolframa.
- Pomóc? - uśmiechnęła się kpiąco.- W czym, niby? Że mnie powieszą teraz, a nie dajmy za pół roku? Bo że mnie chcecie uniewinnić to nie uwierzę.
- Moglibyśmy sprowokować twą ucieczkę...
- Gdzie? I po co?
- Tam gdzie Eichmann i Mengele, do Ameryki Południowej.
Sievers przetrawiła jej słowa.
- W zamian za co?
Matylda bez słowa podsunęła jej zdjęcie medalionu zawieszonego na złotym łańcuszku. Karen obejrzała fotografię.
- Tak czułam, że właśnie tego potrzebujecie. Ale muszę cię rozczarować, wysłałam go mojemu bratu w czasie bitwy o Berlin. Zdaje się, że spotkałyśmy się dzień później?
- Tak. Posłałaś go do Nadrenii, ale on tam nigdy nie dotarł. Został przechwycony przez Amerykanów w środkowych Niemczech.
- Nie wiem, gdzie on jest. - Powiedziała z rozgoryczeniem Karen. - A gdyby nawet, nawet jeśli bym wiedziała to nie jestem pewna czy chciałabym, żebyście coś takiego dostali.
Matylda zapaliła papierosa i poczęstowała Karen, ku jej zaskoczeniu Niemka nie odmówiła.
- W gruncie rzeczy my jesteśmy tacy sami jak wy.
- Ciekawa teoria.- Sievers uśmiechnęła się. - Czym ją motywujesz?
- To proste, my zajmujemy się zjawiskami paranormalnymi, wy też to robiliście. Fakt, w mocno wypaczonej formie i służące złym celom, ale jednak. Ty i ja wierzymy w coś, w konkretną ideologię. Obie chcemy coś zmienić, o coś walczyć. To dobra cecha, trochę archaiczna, nie przystająca do naszych nowych, pragmatycznych czasów, ale dobra.
Sievers milczała, wpatrywała się w swoją oponentkę, z dużym skupieniem.
- Mogę cię o coś zapytać, Karen?
- Pytaj.
- Ty nie jesteś głupia i wielu Niemców też nie było. Powiedz mi więc, czy wy naprawdę w to wierzyliście. W Hitlera i narodowy socjalizm? W to, że jeśli usuniecie rasy niższe odzyskacie status pół bogów?
- Ja wierzyłam. - Powiedziała po namyśle Karen. - Ja w to naprawdę wierzyłam, w idee zawartą „Mein Kampf”.
- Wszyscy w to wierzyli?
- Nie wygłupiaj się. - Sievers skrzywiła się. - Na palcach jednej ręki można policzyć, ilu prawdziwych narodowych socjalistów było w najbliższym otoczeniu Hitlera. Większość nazistów to zwykli karierowicze i konformiści, którym nareszcie pozwolono zabijać.
- Ciekawe...
- Ciekawe jest to, że dwa tysiące lat cywilizacji europejskiej zostało przekreślone w ciągu 6 lat. Opadła maska pozorów i człowiek pokazał swoją prawdziwą twarz. Człowiek to beznadziejny bydlak, który zgodnie z logiką ewolucji winien wyginąć i ustąpić miejsca rasie panów.
Milczały przez chwilę.
- Więc tak się dzieli niemiecki naród? Na nazistów i oportunistów? Nie było żadnego oporu przeciw NSDAP?
- My nie jesteśmy zdolni do oporu przeciw legalnej władzy. - Powiedziała stanowczo Karen. - Każda władza, nie ważne czy to fuhrera, czy kaizera, jest święta. Władza musi być silna i stanowcza. I bogowie to popierają.
- Gelobt sei was hart macht?
- Dokładnie. Tak nas uczył ojciec, mnie i Wilhelma.
- Chciałam ci złożyć kondolencje z powodu jego śmierci.
Dopiero po chwili Matylda uświadomiła sobie sens tych słów. Współczuła zbrodniarce wojennej śmierci jej ojca, jednego z największych morderców w historii świata. To było nienormalne.
- Ojciec, jako żołnierz SS nie powinien przeżyć fuhrera. - Powiedziała twardo Karen. - Dobrze, że zginął. Wilhelm miał więcej honoru, popełnił samobójstwo w momencie poddania się armii Modela.
- A ty?
- Ja nie byłam członkinią SS.
- To wykręty, które nie przystoją rasie panów. - Powiedziała Zawadzka oskarżycielskim tonem.
- Trochę żałuje, że nie urodziłaś się w Niemczech. - Karen uśmiechnęła się. - Zrobiłabyś karierę, może nawet zaprzyjaźniłybyśmy się.
- Potraktuję to jako komplement, Karen. - Matylda skrzywiła się. - Bo robienie kariery w nazistowskim aparacie państwowym, to nie jest powód do chluby.
Sievers roześmiała się.
- Sama mówiłaś, ty i ja to jedność. Jesteśmy zjawiskami symetrycznymi, gdybym się urodziła w Polsce, Francji, lub w Wielkiej Brytanii, najprawdopodobniej byłabym na twym miejscu. A gdybyś ty urodziła się w Rzeszy, byłabyś członkinią Ahnenerbe. To ciekawe, nie sądzisz?
- Co niby?
- To jak nasze życie jest warunkowane przez urodzenie, przez czasy, w których nam przyszło żyć.
- Skończymy te rozmowę na dziś. - Matylda wstała. - Przemyśl to co powiedziałam.
- Przemyślę. - Obiecała Karen. - Możesz być tego pewna.


18.05.1944
Wewelsburg
Główna siedziba SS

- Wasz projekt nie ma szans powodzenia.- Skwitował ponuro Himmler.
- Dlaczego?- Wolfram Sievers spojrzał zaniepokojony na swoją córkę.
- Fuhrer w życiu nie zaakceptuje faktu, że nadczłowiekiem jest żydowskie dziecko. To niewyobrażalne i niedopuszczalne dla prawdziwego aryjczyka.
- Możemy przeszczepić gen Sary Zalmanowicz na prawdziwych Niemców...- Zaooponowała Karen.
- Nie wiadomo jak się przyjmie.- Uciął szybko Reichsfuhrer.- Jak już mówiłem fuhrera bardziej interesuje projekt profesor Hirtscha.
- Tego nekromanty!?- Wściekł się Sievers.- Ten idiota kopie prądem zwłoki. Jest nienormalny!
- Dość Sievers.- Warknął Himmler.- Sytuacja na froncie robi się coraz trudniejsza i nie ma czasu, ani środków potrzebnych na wasze pseudo eksperymenty. Lada dzień Rosjanie mogą znaleźć się na linii granicznej z 1941 roku. Partyzantka w Polsce i na Bałkanach robi się coraz silniejsza, największe miasta Rzeszy są bombardowane. Bardziej przydalibyście się w SS, niż w laboratoriach.
- Nasz projekt może być przełomowy dla rasy aryjskiej...- Zaoponowała Karen.
- Gówno tam. Rozkazuje wam przerwanie tego projektu, niesubordynacja będzie surowo karana. Koniec audiencji. Do widzenia.
Wolfram Sievers skinął na córkę i oboje opuścili gabinet Reichsfuhrera.
- Jak patrzę na Himmlera to przypomina się taki dowcip.- Powiedział szef Ahnenerbe.
- Jaki?
- Prawdziwy aryjczyk jest blondynem jak Hitler, szczupły jak Goering i wysoki jak Goebbels.
- Głupie.- Karen skrzywiła się.- Co robimy z naszym projektem?
- Zdanie Reichsfuhrera mnie nie obchodzi. Jeśli trzeba będzie sfinansuje projekt z własnej kieszeni i osobiście poddam się eksperymentom. Wszystko ku chwale wielkiej Rzeszy.


21.09.1942
Dachau
Obóz koncentracyjny

- Mówiłem że przeżyjesz.- Powiedział Wolfram Sievers patrząc na kartę zdrowia.
Sara Zalmanowicz nie odpowiedziała, była związana kilkudziesięcioma pasami bezpieczeństwa, połączonymi z generatorami prądu, co powodowało porażenie przy najmniejszym ruchu. Dodatkowo miała metalową obrożą na szyi, która nie pozwalała użyć telekinezy.
- Wiesz, bardzo długo badałem twój przypadek i wiesz do jakich wniosków doszedłem?
Sara nie odpowiedziała.
- I tak ci powiem: jesteś protoplastą nowego gatunku, Ewą nowej rasy panów. Dasz władzę narodowi niemieckiemu.
- Masz rodzinę?- zapytała nieoczekiwanie Sara.
Wolfram Sievers został lekko zbity z tropu. Nie spodziewał się, by Sara w ogóle się odezwała. Po co jej było to wiedzieć? Co to w ogóle za pytanie? Sievers spojrzał na nią. Po jej twarzy spływały łzy, szczęka lekko jej drżała.
- Moja żona nie żyje, ale mam dwójkę dzieci. - Powiedział cicho. - Po co ci to wiedzieć?
- Nie zabiję cię.
- Co?
- Pewnego dnia, doświadczysz tą samą rzecz przez, którą ja przeszłam. Wymażę wszystko co miało z tobą cokolwiek wspólnego. Pewnego dnia... na pewno.
Wolfram Sievers uczuł ukłucie niepokoju w sercu, z dziewczynki emanowała jakaś wewnętrzna siła, ukryta moc, potencjał.
Spojrzał na stojące na biurko zdjęcia swoich dzieci. Pierwsze z nich przedstawiało ponurego mężczyznę, w mundurze Waffen SS. Wpatrywał się zimno w obiektyw aparatu. Druga fotografia przedstawiała uroczą nastoletnią dziewczynę w mundurze Związku Dziewcząt Niemieckich. Wolfram Sievers żałował, że nie ma jej aktualnego zdjęcia.
Nigdy.- Powiedział zimno.- Nie pozwolę ci skrzywdzić Wilhelma i Karen. Nigdy!



Ocena: 3
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 12.07.2010r.

1     

Lilka 16 07 2010 (19:31:24)

Użytkownik ocenił pracę na 3

Zacznę od strony technicznej. Trochę nabałaganiłeś z przecinkami. Tych nie powinno być, tam ich zabrakło. Trochę go irytuje i rozprasza, przeszkadza w czytaniu. Było jeszcze kilka pomyłek, na przykład ,,nie'' z przymiotnikiem pisze się łącznie, a nie rozdzielnie. Zdarzyło się jeszcze trochę pomyłek - tam nie postawiłeś przerwy, tutaj zgubiłeś ogonek. Starałam się na bieżąco poprawiać, ale mogłam coś przeoczyć albo sama się pomylić. Kilka zdań wydawało się dziwnie poprzekręcanych, dlatego po prostu, że nieraz zgubiłeś gdzieś literę. To drobne błędy, ale na dłuższą metę mogą naprawdę przeszkadzać w czytaniu. Poza tym kiepsko brzmią zdania zaczynane od spójników, a u Ciebie jest ich dosyć dużo i to też nie wygląda zbyt estetycznie. ,,Spojrzał na dwóch żołnierzy Ahnenerbe w czarno-szkarłatnych mundurach, stojących nieopodal'' PO pierwsze powinno być bez przecinka, po drugie to brzmi tak, jakby chodziło o mundury, a nie o żołnierzy. ,,Jego głowa, z wybałuszonymi głowami leżała na biurku.'' Chyba chodziło o oczy? Poza pisze się razem. Szyk w kilku momentach też wyglądał nie za wesoło... nie przeszkadza to szczególnie w czytaniu, ale jak ktoś wypatruje błędów, to je wypatrzy. Całą masę. Ale np. powtórzenie widziałam tylko jedno. Ogólnie wydaje mi się, że jej mniej błędów niż w poprzednim rozdziale. Mimo wszystko radziłabym zapoznać się z zasadami ortografii. Styl pozostawia wiele do życzenia, czyta się trochę nudnawo, brakuje czegoś, co zachęca do czytania kolejnego zdania. Akcja nie jest płynna, tylko monotonna. Pomysł jest ciekawy, ale wykonanie trochę kuleje. Opisy są trochę mało dokładne, a dialogi wydają się niedopracowane i nieco puste, banalne. Trochę mocniej moża by zarysować postacie, szczególnie Karen i jej najbliższe otoczenie, bo wydają się płaskie i bez charakteru. Klimat taki sobie, jakby go wcale nie było. Ale pomysł jest niezły, choć do doskonałości daleka droga. Trójka. Nieproszony co prawda wymienił podstawowe błędy, ale już nie będę kasować części komentarza.

Kamil M. Jaszczak 16 07 2010 (19:04:38)

Użytkownik ocenił pracę na 3


Powiem tak: było ciężko. A to dlatego, że zrobiłeś ogrom błędów, które postaram się wyliczyć:
- stawianie myślnika w dialogach tuż przy kropce. Pomiędzy pierwszym a drugim powinna być spacja;
- powtórzenia wyrazowe oraz mnogość określeń oczywistych takich jak: "zaoponowała Karen", "zapytał SA-mana". Imiona bądź określenia są w tych przypadkach zbędne. To samo otrzymalibyśmy, gdyby usunąć "Karen" i "SA-mana";
- interpunkcja, jest dobrze, ale zawsze może być lepiej. Pamiętaj, przed spójnikami (np. i, a (= i), oraz, tudzież, lub, albo, bądź, czy, ani, ni) nigdy nie stawiamy przecinka, chyba, że używamy ich dwu- lub wielokrotnie w zdaniu;
- w języku polskim istnieje coś takiego, jak przesunięcie przecinka i np. stosujemy je w poniższym przykładzie:
"Poszedłem do sklepu, w którym sprzedawała pani Basia." Jak widzisz przecinek jest podstawiony przed "w", a nie bezpośrednio przed "którym";
- błędny zapis dialogów. Pozwolę sobie odesłać Cię do miejsca, gdzie zobaczysz, jak wiele jest możliwości poprawnego zapisu dialogu -> http://www.gwendy.fora.pl/o-czym-pisarz-wiedziec-powinien,3/o-dialogach-krotko-mowiac,17.html ;
To chyba tyle. Jeśli natomiast chodzi o treść, to przyznam szczerze, że opowiadanie nawet mi się podobało. Całkiem ciekawe przedstawienie wojennych hmm... kuluarów z różnej perspektywy. Wciągające, choć mnogość błędów, o których wspomniałem sprawiła, iż zmuszony byłem przerywać czytanie na rzecz ich poprawy. No, ale cóż wszystkiego mieć nie można. Od teraz Karen będzie moją ulubioną postacią w tej opowieści. Życzę dalszego, owocnego pisania. Pozdrawiam i zostawiam trójeczkę.



Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7333 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42667 | Użytkownicy: 3313
Online(32): 20 gości i 12 zarejestrowanych: subtelny demon, dusfluran, Leer, Me_Gusta, Ironiczna, Dawied, Totek, Sofie, Kaj, Groszek, quovadis, RattyAdalan

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl