Zaloguj siÄ™ lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj siÄ™!
Pseudonim: Lilka
Imię: αиєтα
O sobie: [...]dla nas, piszących, pisanie jest za każdym razem szaleńczą, ekscytującą przygodą, przeprawą malutkim czółnem przez pełne morze, samotnym szybowaniem w kosmos. Herman Hesse.
Napisanych prac:
- wiersze: 45
- recenzje: 1
- wywiady: 1
- proza: 25

Åšrednia ocen: 4.3
Użytkownik uzyskał: 221 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Krew na tęczy odc.1" 28.11.2010
"Adept śmierci 1.1" 24.02.2010
"Z pamiętnika Śmierci" 29.07.2009
"W grzywie wiatr, a w..." 31.05.2010
"Wiara" 18.01.2009

Inne prace tego autora:
"Krew na tęczy - Prolog" 14.11.2010
"Koszmar mojego brata" 08.10.2011
"Ulotność ideałów odc.4" 14.10.2011
"Krew na tęczy odc.1" 28.11.2010
"Ulotność ideałów odc.3" 06.04.2011

Najlepiej oceniona proza (30 dni):
"Dobre kobiety" - Agent - 6
"Cztery dobre wróżby - epilog" - Ironiczna - 6
"Zagubiona przeszłość" - Marybeth - 6
"Cztery dobre wróżby -..." - Ironiczna - 6
"Wiraże [4]" - subtelny demon - 5.66667

Najnowsza proza (wszystkie):
"Dobre kobiety" - Agent
"W zachodzie słońca cz.1" - Lilka
"Ektoplazma na tropie cz. 3" - Dawied
"Cztery dobre wróżby - epilog" - Ironiczna
"Zagubiona przeszłość" - Marybeth
"Anonymous" - Me_Gusta
"Cztery dobre wróżby -..." - Ironiczna
"Zew natury" - pasieczny14
"Wiraże [4]" - subtelny demon
"Blackwood Village" - Wolf Girl

Adept śmierci 1.1

Światło gwiazd pieściło nagą skórę Arii tysiącami promiennych kryształków. Iraj, musnąwszy wargami nagie ramię dziewczyny, przyglądał się grze błysków w zagłębieniu jej dłoni. Wiedział, że gdy tylko Aria się obudzi, zniknie rozanielony wyraz twarzy i pogodny uśmiech, które obudził w niej swoimi pokładami czułości. Jej słodkie oblicze znowu zostanie zasłonięte przez smutek, niepewność i strach. Piękne czarne oczy okryje zasłona bólu po utracie jedynego brata. Niepewność, kiedy on zajmie miejsce w pierwszym szeregu, uzbrojony jedynie w obosieczny miecz i tarczę. Strach, który na pewno ujrzy w jej spojrzeniu, gdy pierwsze szeregi najeźdźców pojawią się na przeciwległym wzgórzu. Później ten strach zniknie – skryje się gdzieś głęboko, zastąpiony determinacją i szaleńczą nadzieją, ale on będzie o nim pamiętał. Wiedział, co Aria wtedy zrobi – podejdzie do niego, opuszczając zaszczytne miejsce wśród czarodziei i magów, uniesie Płomień Zachodu i zmierzy się z przeznaczeniem. A on chwyci ją za rękę, by nie zgubić ukochanej pośród ogarniętych żądzą mordu żołnierzy…
- Iraj.
Podniósł wzrok i ujrzał mroczny ocean myśli. Z oczu Arii stopniowo znikała namiętność i euforia, gdy spojrzała przez okno, na zniszczoną mordem ziemię.
- Nie patrz tam, skarbie. Jeszcze nie teraz.
- Nie, Iraju. Teraz mogę tylko patrzeć… Mam prawo tylko patrzeć. Nie mam obowiązku przelewania krwi, nie muszę zatruwać cudzych myśli. Mogę po prostu patrzeć.
- Aria…
- Wiem.
- Pozwól mi to powiedzieć. Chociaż ten jeden, ostatni raz…
Chłodne palce zacisnęły się na jego ramieniu. Dziewczyna uniosła się na poduszkach, a kołdra zsunęła się z jej klatki piersiowej, odsłaniając jędrne piersi. Iraj spuścił na chwilę wzrok, po czym spojrzał w oczy ukochanej.
- Nigdy więcej tak nie mów. Nigdy. Te słowa niosą ze sobą śmierć.
Poczuł uścisk w gardle. Wojna, która pochłonęła dziesiątki tysięcy istnień, czekała na nowe ofiary. Za kilka godzin Śmierć znowu zacznie zbierać swoje krwawe żniwo.
Wschodzący księżyc oświetlił kobietę i mężczyznę – zakochanych bez pamięci, pełnych nadziei na wspólne jutro… straconych.
- Kocham ciÄ™, Ario.
- Iraj…
- Wiem, kochanie. Wiem.

Ray przyglądał się odrobinkom pyłu na sukni Czarnej Damy. Samuraj*, bawiąc się piaskiem osiadłym na brzegach jej mrocznej kreacji, tworzył odblaskowe znaki. Młody chłopak był zachwycony osobliwymi wzorami zwierząt, demonów oraz żołnierzy. Nie to jednak sprawiało, że nie był w stanie podnieść wzroku.
Gdy ujrzał Arię po raz pierwszy, zdumiał go ogrom bijących od niej emocji. Wiara w zwycięstwo, rozejm z Pohańbionymi, własne szczęście… teraz miał przed sobą świadectwo wojny. Smutek, krańcowe wyczerpanie i ból. Ta dziewczyna była odzwierciedleniem jego samego.
- Enia opowiadała mi o tobie. Podobno poczułeś w sobie moc… jak się nazywasz?
- Ray, pani.
Głos Ray’a był przesycony poczuciem winy. Aria spojrzała na niego spod długich rzęs. Wzdrygnął się, gdy napotkał jej wzrok. Miała takie piękne oczy… tak podobne do oczu Kerr’a.
- Skłamałem, pani. Jestem prostym żołnierzem, nigdy nie czułem w sobie żadnej magii.
Twarz dziewczyny wykrzywił gniew.
- Jak śmiałeś…
- Znałem Kerr’a, pani.
Cień przemknął po twarzy Arii. Kerr… tak bardzo za nim tęskniła. Jej ukochany brat, wieczny towarzysz, wierny przyjaciel. Jeden z Pohańbionych przebił jego bok włócznią. Pamiętała, jak sięgała po niego w stronę Doliny… widziała go, jak cały i zdrowy opiera się o korę kosodrzewiny. Podeszła wtedy do niego, a on…
- Odejdź, Ario. Jesteś zbyt cenna, by moja klątwa stała się twoją.
Opuścił ją. Wrzucił w przepaść codzienności, która bez niego nie była już taka sama.
Spojrzała na człowieka, który podawał się za jego towarzysza. Teraz go pamiętała… to on próbował ocalić Kerr’a przed śmiercią. Reanimował go… a gdy zobaczył, że serce chłopaka stygnie, a oczy stają się martwe, wyciągnął sztylet. Aria nie wiedziała, co było dalej. Opuściła ciało, by szukać swego Towarzysza w Pierwszej Warstwie Śmierci.
- Pani.
Spojrzała na Ray’a. Miał podkrążone oczy, z kropelkami ropy w kącikach. Spierzchnięte usta, twarz wykrzywiona w wiecznym grymasie i poszarpana tunika nie oddawały całego obrazu nędzy tego człowieka. To jego głos… przepełniony stratą i bezradnością wobec ścieżek losu.
- Mów, człowieku. Mów mi o Kerr’rze. Nie miałam czasu, aby porozmawiać z nim przed bitwą… - Aria przerwała nagle, gdy wspomnienia stały się zbyt bolesne. Przymknęła powieki, starając się zapanować nad swoim głosem – daj mi chociaż kilka wspomnień o nim.
- Pani?
Podniosła oczy. Enia podtrzymywała płachtę namiotu, patrząc na nią rozszerzonymi oczami. Spódnica i obszerna koszula wisiały na jej chudym ciele, piersi skurczyły się do rozmiarów jabłek. Brudne włosy ociekały tłuszczem, a fartuch pokrywała zeschła krew.
- Pani – powtórzyła zielarka – przybyli nasi sojusznicy z Baobany.
- To świetnie. Powszechnie sądzono, że wyrzekną się Przysięgi Wieczystego Sojuszu.
Ray spuścił wzrok. Aria nawet nie próbowała ukrywać swojej słabości – głos miała sztuczny, chropowaty. Od śmierci Kerr’a jedyny sojusz, w jaki wierzyła, dotyczył jej i Iraja.
- Pani – powiedziała Enia po raz trzeci – jeden z magów Baobany chce się z tobą natychmiast widzieć. Twierdzi, że…
Zawahała się. Zagryzła wargi. Umilkła.
- Co takiego? – Ray wiedział, ze właśnie stracił szansę, być może jedyną, by porozmawiać z Arią. Może jednak da radę ją odzyskać…
- Twierdzi, że zna sposób, aby przywrócić życie pańskiemu bratu.
Płomień Zachodu, który Aria dzierżyła w dłoni, nagle zapalił się czerwonymi jęzorami ognia. Z płomieni wyłoniły się ramiona, gotowe pochwycić Enię… zielarka krzyknęła przeraźliwie i odskoczyła, ale rozżarzone dłonie wciąż ją ścigały.
- Ighor!
W progu namiotu stał barczysty mężczyzna. Berło, które dzierżył w dłoni, dygotało przeraźliwie. Czarownik wykonał znak w powietrzu – nakreślił końcem różdżki okrąg, po czym narysował sztylet i pięcioramienną gwiazdę wewnątrz kręgu. Sztylet przywarł końcem rękojeści do bijącego serca gwiazdy, po czym wystrzelił w stronę płomiennych ramion.
Aria skrzywiła się z bólu, gdy czary czarownika spotkały jej magię. Ostrze pozbawiało ją palców, przecięło nadgarstki, sięgnęło w głąb kości… Zebrała z atfosmery cząsteczki siarki i zbiła je w kulę, która uderzyła w oręż maga. Ogniste kikuty znikły, rysunek przeciwnika spłynął na ziemię, pozbawiony życia.
- Sądziłem, że jesteś na tyle szlachetna, by nie atakować bezbronnych istot, które w dodatku chcą ci pomóc.
Czarownik miał głębokie, brązowe oczy i porcelanową cerę. Sine wargi były ściśnięte w wąską linię, a połyskujące matowo jasne włosy nadawały jego twarzy szlachetny wyraz. Był wysoko urodzony – świadczyła o tym zielona toga ozdobiona złocistymi nitkami. Nie miał na sobie żadnej zbroi. W lewej ręce dzierżył Linię Mocy – brzozowa różdżka i fioletowy kamień tworzyły przedziwną kombinację.
Aria pochyliła głowę w pozornym szacunku. W rzeczywistości chciała zatuszować swoje zdumienie. Brzoza, z której wykonano różdżkę maga, występowała jedynie na dalekim Południu, zamieszkiwanym przez Pohańbionych. Skąd mieszkańcy Baobany, osiedleni na północnym brzegu Azjaty, mogli zdobyć to święte drzewo?
Płomień Zachodu zadrżał jej w dłoni, by przypomniała sobie, co się dzieje. Za kilka godzin zacznie się krwawa bitwa, podczas której oboje z Irajem mogą stracić życie. Przyjaciel jej zamordowanego brata chciał z nią mówić. Do jej namiotu dostał się obcy czarownik.
- Nie tobie oceniać, kogo uważam za bezbronnego lub swego pomocnika.
- Rzeczywiście – nieznany mag przyglądał się jej z niezwykłą uwagą. Czując narastającą wściekłość, odwzajemniła jego spojrzenie, chcąc przeniknąć w głąb jego świadomości. Gdy dostrzegła płonący w jego sercu ogień namiętności, wycofała się. Odniosła wrażenie, ze obcy zarechotał pod nosem. Stosując paskudne sztuczki, zmuszał ją, by cofała się coraz dalej. W końcu odwróciła wzrok i przerwała tę niemą walkę. Przegrała.
- Wy dwoje, wyjdźcie – czarownik odwrócił się w stronę Enii i Ray’a. Aria poczuła, jak oprócz gorzkiego uczucia porażki przepełnia ją gniew. Nie miał prawa wypraszać ludzi z jej namiotu!
- Zostańcie, proszę.
Z zewnątrz sączyły się wiązki światła. Zmęczona twarz Arii miała szary odcień, a smutne oczy zapadły się. Chroniczne niedożywienie oblepiało jej żebra cienką, napiętą skórą. Mimo to dziewczyna wciąż miała w sobie wolę walki. Strata, jakiej ostatnio doświadczyła, oraz słowa jej Towarzysza, gdy chciała zawrócić go z Doliny, sprawiła, ze stała się żądna zemsty i krwi tego, który posłał w bój zabójcę jej brata. Dzika rządza na razie maskowała jej samotność i ból, jaki naprawdę odczuwała. Mag spojrzał na nią, przenikając długie, smoliste rzęsy. Skupił się na tym, co niewidoczne.
- Przestań. Skończ z tym w tej chwili – głos dziewczyny był twardy. – Jak cię zwą?
- Imię to odzwierciedlenie natury człowieka, a w szczególności maga – stwierdził filozoficznie, bawiąc się Linią Mocy – wybacz mi, Ario, nie mogę go zdradzić.
Stary, czarnoksięski chwyt. Znała sposoby na takich jak on.
- Wobec tego pozwolisz mi mówić na siebie Jego Ekscelencja?
Wystraszył się. Może nie przeraził, ale to, co w następnej chwili przesłoniło jego oblicze, niosło ze sobą zew strachu. Aria uśmiechnęła się w duchu. Jego Ekscelencja – Najwyższy Czarownik Elity, lub po prostu człowiek darzony ogromnym szacunkiem. Tyle że ,,po prostu’’, nie występowało w języku magów. Obcy zostanie uznany za pyszałka dybiącego na stanowisko Najwyższego i usunięty z Elity. Nie tylko z Elity – również z doczesnego życia.
- Możesz mi mówić Matt.
- Wobec tego, Matt, byłabym niezmiernie wdzięczna, gdybyś pozwolił mi porozmawiać z tym młodym człowiekiem. Po nim przyjdzie zaś kolej na ciebie. Rzecz jasna, o ile nie dostanę Wiadomości Sokoła.
Wiadomość Sokoła była tradycyjnym sposobem przekazywania informacji o zbliżającej się bitwie. Dotyczyła ona wyłącznie magów i to tylko wtedy, gdy większa część ludzi została wybita i nie można było przysłać posłańca.
Aria widziała, jak policzki Matta nabiegły krwią. Nie odczuwała satysfakcji, ale nie zamierzała pozwolić mu czuć się wyższym od niej. Szczególnie, ze miała już mgliste pojęcie o jego mocy – tylko potężny czarodziej był w stanie wezwać Gwiezdny Sztylet. Upokorzony mógł okazać się jeszcze gorszy.
- Zgoda. Przyślij po mnie, kiedy będziesz gotowa – Enia będzie wiedziała, gdzie mnie szukać.
Aria zamknęła oczy, słuchając oddalającego się dźwięku, jaki wydawały sandały w zetknięciu ze żwirem. Usłyszała, jak ktoś głęboko wciąga do płuc powietrze i powoli je wypuszcza.
- Chciałem porozmawiać, pani.
Zmusiła się, by rozewrzeć powieki. Ray wpatrzył się w czubki swoich wojennych sandałów, jego członki lekko drgały z emocji. Dziewczyna spojrzała młodzieńcowi w oczy – nie tylko po to, by spróbować wyczytać prawdę z jego spojrzenia. Chciała, żeby spojrzał na nią i dostrzegł to, co tak bardzo chciał zobaczyć – zrozumienie.
- Jednak jeśli nie masz czasu… to znaczy… jeśli nie ma pani czasu… można to przełożyć, to znaczy… jeśli przeżyję… pani.
Pod chłopakiem ugięły się kolana. Opadł na ziemię, a jego nogi bezwładnie rozeszły się na boki. Z trudem podparł się na łokciach. Jego głowa kiwała się w przód i w tył w jakimś koszmarnym rytmie.
- Czy zostałeś otruty?
Aria uklęknęła przy Ray’u. Próbowała go uspokoić, dotykając opuszkami palców czoła, ale jego twarz uderzyła w jej dłoń z taką siłą, że zrezygnowała. Na ziemi dostrzegła strzępki zaklęcia Matta…
- Ario!
Ray znieruchomiał. Jego wargi poruszały się nieustannie, tylko od czasu do czasu wydając zrozumiałe słowa. Aria poczuła drętwienie członków. Zawołały ją usta Ray’a. Jednak głos, który z siebie wydobywały, należał do Kerr’a.
- Ario…
- Jestem tutaj, Kerr.
Kerr nie żył. Nie chciał, żeby mu pomogła. A jednak przybył.
- Nie mam wiele czasu, Ario. Muszę… ci coś…
Ray zakrztusił się. Duch Kerr’a, który go opętał, słabł. To było nienaturalne… zmarli odzyskiwali po śmierci swoje moce. Kerr powinien być silny, zmaterializować się…
Odchodził. Zostawiał ją. Spomiędzy warg Ray’a wydobywała się srebrna mgiełka.
- Nie będą bezpieczni ci, którzy nie wiedzą, że są strzeżeni. Nie zazna spokoju ten, który nie znajdzie się w niebezpieczeństwie. Unikaj go! Unikaj… on chce cię skrzywdzić… unikaj… Mmm…
Ray zasłabł. Z całej siły uderzył głową w podłoże. Aria mogła zobaczyć białka jego oczu. Zmarł, nie przekazawszy jej tego, co tak bardzo chciał jej powiedzieć. Tego, co pragnęła usłyszeć.
Mroczne światło księżyca naznaczało twarz Ray’a upiornym grymasem. Wargi chłopaka otulała srebrna mgła zagłady i zniszczenia.
- Nie rób mi tego, Ray. Nie teraz! – Aria runęła na kolana obok chłopaka. Ciemna strużka krwi pociekła mu spomiędzy warg i zmieszała się z mgłą. Dziewczyna dotknęła lekko jego twarzy.
- Wróć, Ray – szepnęła cichym, błagalnym tonem – miałeś mi pomóc! Proszę cię. Ray!
Po policzku zmarłego pociekła czerwona ciecz. Aria cofnęła rękę, wystraszona. Spojrzała na swoje paznokcie, którymi nieświadomie rozorała twarz chłopaka. Jej serce krwawiło i pulsowało bezradnością. Zamknęła oczy, gdy po jej twarzy spłynęła pojedyncza łza. Srebrny, słony płyn spłynął jej po szyi wzorem wszechogarniającego smutku.
- Gdzie jesteś, Ray? – szepnęła. Nie mogła mu pomóc. On nie mógł jej pomóc. Wspomnienia o Kerr’rze dalej będą zacierać się w jej umyśle, a ona nigdy nie dowie się, czemu jej brat musiał zginąć.
Mogłeś uratować jeszcze wiele istnień, pomyślała Aria, po raz ostatni patrząc na Ray’a. Ale nie uratujesz nikogo. Mogłeś przeżyć tą bitwę, wygrać wojnę, wrócić do domu i założyć rodzinę. Jesteś martwy, Ray. Jesteś odebraną nadzieją przegranych.
Aria wciągnęła powietrze po płuc, czując wszechogarniający spokój. Musiała się opanować.
- Eniu!
Zielarka musiała mieć doskonały słuch – zjawiła się kilka chwil później. Patrzyła na swoje stopy, a gdy zamiast nich ujrzała twarz Ray’a, krzyknęła i odskoczyła. Aria przytrzymała ją za ramię, gdy ta potknęła się o skraj sukni.
- Odszedł. Mój brat wolał jego niż mnie – powiedziała tylko. Enia spojrzała na nią i kiwnęła głową na znak, że nie musi mówić nic więcej. Nie rozumie mnie, pomyślała Aria, obawia się ponownego ataku z mojej strony. A może, słysząc ból w jej głosie, nie chciała jej torturować.
- Przysłać ludzi do sekcji zwłok, pani?
- Nie trzeba – zdecydowała Aria i zgarnęła brzeg sukni – po prostu ma stąd zniknąć. Przyślij też jakiegoś maga, by usunął strzępki Gwiezdnego Sztyletu.
Enia zadrżała lekko i spojrzała na swoje ręce.
- Dobrze, pani.
- Dziękuję, Eniu.
Dziewczyna odwróciła się do zielarki plecami, po czym wzięła głęboki wdech i pozwoliła światłu księżyca objąć jej cierpienie chłodnymi wiązkami.

Mały chłopiec w kolczudze ciągnącej się po ziemi bawił się zabawkowym, drewnianym mieczykiem. Ostrze przecinało powietrze z tępym świstem, marszcząc je i drażniąc. Aria zacisnęła palce na fałdach sukni. Pamiętała, jak jako małe dziecko wycinała sobie różdżki z kory kosodrzewiny. Do niedawna śmiała się z tego wspomnienia – kosodrzewina była jednym z najbardziej pozbawionych mocy drzewem, jakie rosły na Szarudze. Mogła nim najwyżej wydłubać komuś oko. Ale ostatnio wszystko się zmieniło. Wspomnienia jej dzieciństwa wypełniał teraz jej brat. To on, gdy zamachnęła się na niego swoją ,,różdżką’’, zaśmiał się i pomachał specjalnie naostrzonym kijem.
- Chodź tutaj, papużko, pokruszę ci tę sadzonkę.
,,Papużka’’. Od dawna nikt tak jej nie nazywał. Aria westchnęła, widząc, jak chłopiec zawiedziony lichością wyciosanego miecza wbija go w piasek, po czym odchodzi. Przytrzymała go za ramię.
- Wyjmij swój miecz, żołnierzu. Jeszcze ktoś się o niego potknie.
Weteran, opuszczający właśnie Namiot Czerwonego Jastrzębia, spojrzał na nią zdumiony i zgorszony. Dziewczyna spojrzała na niego hardo.
- W tym obozie każdy z nas walczy o przetrwanie, niezależnie od ilości przeżytych wiosen oraz bitew. Ten chłopiec stał się żołnierzem po swojej pierwszej walce, nawet jeśli stoczył ją z powietrzem.
- Widzę, że pani intelekt równa się do urody – mruknął wojak – ale doświadczenia nie zdobywa się w walce, w której nie ma szans na przegraną.
- Masz rację – Aria zakryła oczy długimi rzęsami, wskazując głową miejsce, w które była wbita zabawka. Chłopiec spojrzał na nią nieśmiało i czmychnął po mieczyk – jednak widzę pewną różnicę między tobą a tym chłopcem.
- Jest młody i niedoświadczony.
- Nie. Jest prawdziwym żołnierzem, bo w odróżnieniu od ciebie i twoich towarzyszy chętnie zamieniłby powietrze w prawdziwego wroga.
Weteran wciągnął powietrze, zmieszany. Wiedział, że ma rację.
- Żegnam, pani.
- Odejdź w pokoju – dziecko wróciło i pociągnęło Arię za skraj sukni. Dziewczyna spojrzała na chłopca, po czym wzięła do ręki zabawkę. Żołnierz wytrzeszczył oczy – mam nadzieję, ze przeżyjesz. Uważaj, by twoje serce nie stało się kruche jak to ostrze – drewno złamało się w jej ręku. Chłopiec zapłakał – pozwól życiu je oszlifować – błysk niebieskiego światła. Drewno zmieniło się nagle w błyszczącą stal, a rękojeść otaczał cienki drut. Dla bezpieczeństwa pozostawiła tępe ostrze. Oddała broń brzdącowi. Weteran skłonił głowę z szacunkiem i odszedł.

W oczach Arii odbijało się światło Samuraja. Czerwień bijąca od jej tęczówek nie wywoływała na Mattcie wrażenia, uniemożliwiała mu jednak przejrzenie jej. Czarownik zazgrzytał zębami ze złości. Od początku czuł, że Aria będzie sprawiać problemy.
- Przychodzę z poselstwem od mojego władcy, Bebony.
Głos maga był cichy, przytłumiony.
- Mów więc.
Aria poruszała palcami odzianymi w mocne, skórzane rękawiczki, próbując opanować drżenie ramion. Czuła, że ta bitwa będzie jedną z najkrwawszych, jakie do tej pory stoczyła. Instynkt podpowiadał jej, że stanie się coś strasznego. Coś, co być może ujawni Ostrze Prawdy, które w niedługim czasie zamierzała wezwać.
- Wolą Bebony jest, żebyś dołączyła do nas w czasie konferencji. Pragnie zamienić z tobą kilka słów. Jeśli chcesz znać moje zdanie…
- Nie ma takiej potrzeby – przerwała Aria – wolę samodzielnie kształtować swoje opinie.
Mattowi drgnęła szczęka. Ledwie powstrzymywał się przed wybuchem, zatrzymywała go jednak świadomość, ze nie ma nad nią żadnej władzy. To tylko tymczasowe, pocieszył się w duchu. Jeszcze tylko kilka dni, a ta idiotyczna zabawa w kotka i myszkę wreszcie się skończy…
- Rozumiem to i szanuję – czemu czasami tak trudno skłamać? Jeszcze niedawno nie miał z tym żadnego problemu. No tak… wtedy nie musiał się uniżać. – Sądzę jednak… - ugryzł się w język. – Bebon nie chce czekać. Twoja sprawa nie jest jedyną, jaką musi załatwić w tym krótkim czasie, jaki nam pozostał.
Dziewczyna zmrużyła podejrzliwie śliczne oczy, gładząc jedną z metalowych płytek, które tworzyły jej zbroję.
- Nie mam do niego żadnej sprawy. Chyba, że on ma do mnie.
Pokonała go na myślenie. Umocniła swoją pozycję w hierarchii magów, jednocześnie nie wywyższając się ani obrażając nikogo. Matt pragnął, by poczuła przedsmak tego, co ją czeka, by poczuła się niedoinformowana i bezwolna. Nie ma sprawy, pomyślał mściwie czarownik, ciesz się niezależnością, póki jeszcze możesz.
- Mój władca wyraził się w tej sprawie dość jasno. Chce jak najszybciej się z tobą spotkać.
- Cóż pilnego sprowadziło Bebona do mojego namiotu? Czyżby jego podwładni nie potrafili dostarczyć mu wsparcia przed nadchodzącą bitwą?
Czarownik napiął wszystkie mięśnie, próbując zapanować nad gniewem. Aria była zupełnie obojętna, a perspektywa spotkania z wodzem swych największych sprzymierzeńców nie wywoływała na niej wrażenia. Gdyby tylko Samuraj nie świecił tak jasno… prawda biłaby z jej oczu.
- To, co potrafią niektórzy, może leżeć poza zasięgiem innych.
- Wybacz, nie pomyślałam o tym. Czego więc nie potrafią dokonać poddani naszego wspólnego przyjaciela?
Jej głos ociekał sarkazmem. Aria tuszowała prawdziwe emocje kąśliwością i fałszywym zainteresowaniem. Matt intuicyjnie wyczuwał jej cierpienie i strach. Spokój na myśl o tym, jak bardzo on będzie musiał ją zranić, burzyły resztki współczucia, jakie mu pozostały. Podstępem wdarła się do jego myśli, zakłócając ich stały rytm. Matt przymknął oczy. Miała prawo wiedzieć, za co pisane jest jej umrzeć. A może, jeśli będzie na tyle silna – nie umrzeć, tylko cierpieć. Osobiście wybrałby to pierwsze.
- Widzę, że martwisz się, że nie mogłeś pomóc swojemu władcy, i, bez wątpienia, przyjacielowi – głos Arii przerwał jego rozmyślania – radziłabym jednak wrócić do teraźniejszości.
- Ciekawe, jak czuje się ptak, któremu obcięto skrzydła? Żołnierz bez broni?
- Co takiego?
- Wybacz, głośno myślałem.
- Rozumiem… czy podczas bitwy również zastraszasz swoich wrogów głośnym myśleniem?
Szala przechylała się coraz bardziej na jej niekorzyść. Matt przełknął ślinę, coraz trudniej było mu zapanować nad swoim umysłem. A przecież wiedział, że musi się kontrolować. Spojrzał na dłonie dziewczyny, które wciąż wędrowały po lśniącym stopie. Była zdenerwowana, choć z całych sił starała się to zatuszować, przybierając Maskę Igora*.
- Chętnie wypróbowałbym tę metodę, gdybym w czasie bitwy miał czas na myślenie.
- Twój władca prosił o rozmowę. Proponuję, abyśmy już się do niego udali – rzuciła Aria. Myślał szybciej niż ona, ale nie zamierzała przegrać tej słownej potyczki – jeśli ma do mnie sprawę, wolałabym, aby przedstawił ją jasno, bez poczucia braku czasu.
Mag uśmiechnął się z ledwie widoczną ironią.
- Zatem chodźmy… pani.
Zignorował jej zdumione spojrzenie, gdy zaskoczona szacunkiem w jego głosie pochyliła się w jego stronę. Pozwolił jej wygrać bitwę, ale los wojny był już przesądzony.

Bebon był barczystym, potężnym mężczyzną. Mocne nogi chroniły ćwiekowane nagolenniki, a szeroką pierś osłaniał połyskujący napierśnik. Władca rozprostował z trzaskiem odziane w rękawiczki palce. Ćwieki błyszczały na knykciach jego palców, gdy skinął na Arię i Matta. Hardą twarz okalały krótkie, kasztanowe włosy. Pod pachą trzymał hełm z charakterystycznym rybim ogonem na czubku. Aria od zawsze była sceptycznie nastawiona do tego typu ,,znaków’’. Ogon symbolizował państwo zamieszkujące brzegi Azjaty – towarzyszy Bebona. Każdy z jego wojowników nosił go na hełmie, od najbardziej kolorowych, długich i różnokształtnych, jakich używała arystokracja, do prostych, jednobarwnych trójkątów, którymi zadowalali się chłopi. Ryba była ich znakiem rozpoznawczym, czymś, co trwale łączyło się z tym krajem.
Kompletna bzdura. Czy podczas bitwy żołnierz będzie patrzył ponad głową przeciwnika, by dowiedzieć się, czy nie zamierza zabić swojego sojusznika? Aria dobrze wiedziała, że nie. Nie widząc oznak w postaci specyficznych barw czy też odznaczeń, zacznie ciąć w brzuch i pierś, nie zauważając nawet, że stojący przed nim mężczyzna to jego brat.
Jego brat…
Dziewczyna spojrzała w ciemne oczy Bebona i zaskoczyła ją jasność jego spojrzenia. On jeszcze nie wie, jaki horror toczył się na tym pustkowiu, pomyślała. Nie zaznał uczucia bezradności, gdy Pohańbieni dziesiątkowali jego oddział z trzykrotnie mniejszymi stratami. Nie bał się śmierci, która czuwała za każdym pokonanym żołnierzem, czekając na chwilę jego słabości. Nagle zrobiło jej się żal tego człowieka. Nawet jeśli nie przypłaci wierności życiem, będzie musiał patrzeć, jak jego towarzysze giną, padając na zasłaną trupami pustynię. Poczuje, jak śmierć obmywa ich ciała lodowatym balsamem zagłady, gdy uklęknie przy ich boku, dochowując wierności w miejscu, gdzie wszystko się kończy.
Znała to uczucie. Poznawała się z nim przez długie lata, najpierw nie mogąc pozbierać się po śmiertelnym wypadku ojca, potem obserwując z ukrycia wraz z Kerr’em, jak jej matka umiera przeszyta czterema strzałami. Później, kiedy czuwała przy stygnącym ciele swojego brata, rozpaczliwie próbując wyczuć jego obecność…
Donośne chrząknięcie przerwało ciszę. Matt położył ciężką dłoń na ramieniu Arii, przypominając o upływie czasu. Dziewczyna drgnęła i odsunęła się od maga. Jego dotyk był dziwnie nieprzyjemny, jakby setki malutkich igiełek wbijały się w jej ramię. Ty werbalny prześladowco, wyszeptała samymi ustami. Wróciła na ścieżkę teraźniejszości, gdy głęboki baryton Bebona huknął:
- Konferencja jeszcze się nie rozpoczęła. Przywódca Szarych Ludzi przedłużył spotkanie ze swoim przewodnikiem duchowym. Sądzę, że miał pewne wątpliwości co do przebiegu tej bitwy i chciał z nim o tym porozmawiać.
Na wargach Arii wykwitł lekki uśmiech. Bebon puścił do niej perskie oczko.
- Lith jest powszechnie uważany za niezwykle religijnego człowieka – rzekła dyplomatycznie.
- Widzę, że zgadzamy się ze sobą w tej kwestii, pani. – Bebon wpatrywał się teraz zamyślony w ścianę namiotu. – Nalegałem na spotkanie z tobą, ponieważ mam pewną propozycję, którą mogę przedstawić jedynie doświadczonej i zaufanej czarodziejce.
Dziewczyna wciągnęła głęboko powietrze do płuc. Płomień Zachodu, już zabezpieczony Siedmioma Pieczęciami*, drżał w jej zaciśniętej dłoni, przeżywając wraz z nią rozterki i przezwyciężając zdumienie, strach i niepewność. Był przedłużeniem jej ręki – w chwili zagrożenia miał samodzielnie miotać zaklęcia. Nie była w stanie jednocześnie obserwować przebiegu walki o własne życie i przechylania się szali wygranej.
- Nie sądzę, abym mogła pomóc w poszukiwaniach.
- Ależ, pani – żachnął się Bebon – to o tobie mówiłem, mając na myśli kogoś doświadczonego i zaufanego.
- Ach. – Zamilkła na dłuższą chwilę – Rozumiem. To znaczy… nie rozumiem. Skąd możesz wiedzieć, że nie jestem szpiegiem w obozie wroga, panie?
Bebon zastukał opuszkiem palca w ćwiek na swojej rękawiczce, jakby chciał sprawdzić jego wytrzymałość. Wpatrywał się przy tym uważnie w Arię.
- Wiele osób w tym obozie wstawiało się za tobą. Również sam Lith był gotów poświadczyć o twojej uczciwości. Twierdził, że jesteś niezwykle inteligentna i gotowa walczyć po właściwej stronie, nawet jeśli jest ona z góry skazana na porażkę. Oczywiście nie zasugerował tego – dodał, a dziewczyna wyczuła w jego głosie ledwie wyczuwalną kpinę.
Spuściła wzrok, rozgrzebując żwir pod stopami jak wspomnienia kotłujące się w głowie. Lith był obdarzony niezwykłą pasją, jeśli chodzi o odwdzięczanie się. Nie tylko pięknym za nadobne, choć nikt nie odmówił mu nigdy ciętego języka. Od chwili, gdy blisko miesiąc temu Aria uwolniła władcę od zielarskich sztuczek Enii, gdy leżał ranny na polu bitwy, wykrwawiając się na śmierć i zasklepiła jego ranę kawałkiem skóry zdartej z koszuli martwego żołnierza, cieszyła się jego względami. Nie zdziwiło jej, że się za nią wstawił, zastanawiało ją jednak, czym, zdaniem Bebona, nie dorównywały jej czarodziejki Rybiego Ogona.
- Moje rodaczki w większości nie spełniały warunków do odbycia tej rozmowy – odezwał się nagle Bebon, jakby czytając jej w myślach – chciałem zaproponować ci pewien układ. Osobiście sądzę, że jest nad wyraz kuszący, jednak ostateczne zdanie wciąż należy do ciebie, pani – mówiąc to, władca Baobany podszedł do prowizorycznej ławy wyciosanej z kawałka drewna. Rolę krzeseł pełniły niewysokie, aczkolwiek solidne pnie z wyciosanymi siedzeniem i oparciem. Zajął jedno z nich, drugie zaś zaoferował Arii.
- Byłbym niezmiernie wdzięczny, Matt, gdybyś udał się do namiotu zielarki, która ostatnio parzyła mi zioła przeciw bólowi głowy i poprosił ją o recepturę na zwycięstwo.
Aria przycupnęła na ,,krześle’’, ze zdumieniem obserwując lekki uśmiech na wargach Bebony. Nagle zrozumiała - władca pragnął najwyraźniej pozbyć się Matta, by mogli spokojnie porozmawiać, przy okazji dając sobie może już ostatnią okazję do rozbawienia przed bitwą.
- Enia niedawno usiłowała nauczyć mnie przyrządzania tego eliksiru – powiedziała głośno – zapewne ucieszy się, gdy w końcu znajdzie ucznia.
- Doskonale – złowrogi błysk pojawił się w spojrzeniu Matta – z chęcią poznam tajemnice naszej zielarki.
Bebon odchrząknął, jakby tłumił śmiech, jednak Aria znieruchomiała, patrząc prosto w brązowe, ponure oczy maga. Odnosiła wrażenie, że czarownik ma na sumieniu jakąś intrygę. Zacisnęła wargi, przeklinając w duchu swoją podwójną intuicję. Jako czarodziejka nie myliła się nigdy, natomiast jako kobieta – prawie zawsze. Nie potrafiła jedynie wyczuć tej subtelnej różnicy, jaka je dzieliła.
Tunika Matta załopotała na porywistym wietrze, który wtargnął do namiotu, gdy czarodziej odchylił jego płachtę i wyszedł na oświetlone krwawym blaskiem księżyca pustkowie.
- Czasem odnoszę nieodparte wrażenie, że Matt coś przede mną ukrywa – Bebon w zamyśleniu potarł podbródek - mój doradca sugerował ostatnio, że w stolicy w Baobabie zostawił kobietę i bardzo mu ciąży jej brak.
Aria stłumiła prychnięcie.
- Nie popędzam cię, panie, ale myślę, że mamy mało czasu - mruknęła.
- Och tak, rzeczywiście. Wybacz, zamyśliłem się. Otóż, mam dla ciebie, pani, pewną propozycje…
- Proszę mówić jaśniej.
Bebon uniósł wzrok i ich spojrzenia się spotkały. Aria miała podkrążone oczy, naznaczone fioletowym piętnem, a przekrwione białka konkurowały z szarością twarzy. Władca nie wiedział, czy dziewczyna podoła brzemieniu, jakie zamierzał zrzucić na jej barki, ale zdawał sobie sprawę, że nie zdąży znaleźć nikogo innego. Wziął głęboki wdech, po czym rozluźnił napięte mięśnie ramion i zaczął mówić.
- W moim pałacu panoszy się pewna przestarzała legenda. Opowiada ona o czarodzieju imieniem Mathias, który w czasie Wielkiej Powodzi oddał się medytacji, której skutkiem miało być znalezienie sposobu na uchronienie ludności przed nieuniknioną śmiercią. Byłem wtedy dzieckiem, moje wiosny można było policzyć na palcach jednej ręki. Jednak pozyskałem już sympatię Mathiasa, który pozwolił mi czuwać przy sobie, gdy przebywał w stanie nieważkości. Przebudził się po dwóch dniach, a z jego oczu biło coś dziwnego. Dopiero kilka lat później zrozumiałem, że tym czymś było szaleństwo.
Mathias zmarł kilka dni później. Wił się w okropnej agonii, nie mogąc znieść dotyku codzienności. Byłem przy nim, mały szkrab, patrząc wielkimi oczyma, jak powoli odbiera sobie życie. Nagle, widząc, jak zbliża dłoń do oczu, jakby chciał je sobie wydrapać, chwyciłem go za rękę. Była lodowato zimna. Zacząłem bezmyślnie krzyczeć, a on spojrzał na mnie błękitnie i powiedział: ,,Cale życie zmarnowałem na poszukiwaniu wiedzy, która nie była dla mnie przeznaczona. Potęgą człowieka jest miłość. To jedyna prawda, wiedza i ochrona, która nigdy nie zawodzi''.
Te słowa zapisano w Rejestrze* jako jego ostatnie. Pozornie były pozbawione sensu, dowodem obłędu, który osaczył umysł wielkiego czarownika. Dopiero po wielu latach, gdy władałem już niepodzielnie Baobaną, zrozumiałem swój błąd. Mathias naprawdę odkrył sposób, w jaki można było ocalić Baobanę od zagłady. Miłość. Takie niepozorne słowo, nieprawdaż? A jednak… od kilku pokoleń moi najlepsi magowie usiłowali znaleźć sposób, by wykorzystać wiedzę Mathiasa, którą podarował ludzkości przed śmiercią. Wielu z nich straciło życie w licznych eksperymentach i pozbawionych logiki doświadczeń. W końcu przeraziłem się, że może sam popadam w szaleństwo i kazałem przerwać tą rzeź. Kto spodziewałby się, że w ostatnim dniu legalnych badań zagadka zostanie rozwiązana? Pewien anonimowy czarodziej, przybrany w długi do ziemi płaszcz i szeroki kaptur, wkradł się kilka dni później do mojej sypialni i szeptem przekazał mi wyniki swoich badan, po czym czmychnął jak złodziej. Pani, ten człowiek jako jedyny potrafił sformułować treść zaklęcia, które okazało się wręcz banalne. To zabawne. Banał potrafiący uchronić przed śmiercią wszystkich, którzy… kochali. Niewinna formuła umacniająca każdego godnego miana człowieka.
Zapewne uznasz, że proszę o zbyt wiele, pani. Otóż… chciałem poprosić cię, abyś przyjęła piekące piętno odpowiedzialności i rzuciła jako pierwsza w historii doczesnego świata Zaklęcia Mathiasa.

Iraj przestępował niecierpliwie z nogi na nogę, drżąc lekko w zimnym świetle księżyca. Blaszaną tarczę obracał jedną ręką, czekając na Arię. Już wczoraj wieczorem umówili się na to spotkanie. Zwykle to on się spóźniał, ale tym razem dziewczyna pozostawiła ukochanego na pastwę losu. Mroczne myśli kotłowały się w głowie chłopaka. Czyżby wezwała już Ostrze Prawdy i sądziła, że nie ma sensu się z nim widzieć, że to byłoby zbędne i niepotrzebne? A może… może czuła, że nie przetrwa tej bitwy, i chciała zapamiętać go takim, jakim widziała go rano, a nie w poszarpanej, wojskowej tunice?
Iraj czuł, że musi ją zobaczyć. Nawet wtedy, a może szczególnie wtedy, kiedy miało to być ich ostatnie spotkanie. Pragnął znowu poczuć rozkoszny chłód jej warg, dotyk dłoni, którymi tak często obejmowała go, szukając pocieszenia. Chciał ponownie scałować łzy z jej rzęs, nim zawalczy o ich wspólną przyszłość. Zatopić ramiona w głębi jej talii, kiedy przytuli ją na pożegnanie…
- Iraj!
Potężna siła wytrąciła boleśnie z jego ręki tarczę, która gruchnęła o ziemię z dzikim hałasem. Czyjeś rozgrzane niepewnością ciało przylgnęło do jego torsu, a palce odziane w rękawiczki dotknęły szyi.
- Przyszłaś – powiedział zaskoczony chłopak, kładąc dłoń na plecach Arii. Dziewczyna jeszcze mocniej wtuliła się w niego.
- Musiałam, Iraj. Nie wybaczyłabym sobie nieobecności. Nigdy nie byłam gotowa jej wybaczyć.
Chłopak zmarszczył gęste brwi, sięgając do swojej szyi. Zdjął z niej ramiona Arii, po czym odsunął się, by przyjrzeć się jej twarzy. Dostrzegł w niej coś dziwnego, ale dziewczyna szybko odwróciła wzrok. Zaintrygowany ujął jej twarz w dłonie i lekko uniósł. Skupił się na wyrazie jej oczu, usiłując nie poddać się przyjemności, jaką sprawiał mu jej dotyk.
- Powiedz mi, co się stało.
- Wiele rzeczy, Iraju. Wiele rzeczy… - Aria westchnęła i zakryła oczy powiekami. Gdy ponownie je otworzyła, poczucie zagubienia znikło – widziałam się z Bebonem.
- Czekaj. Widziałaś się z władcą Baobany?
- Tak. Chciał spotkać się ze mną, więc poszłam do jego namiotu i… - dziewczyna usiłowała wyswobodzić się delikatnie, ale Iraj nie zamierzał jej puścić.
- Dobrze wiesz, że nie musiałaś tego robić. On nie jest twoim przełożonym.
W głosie Iraja słychać było ledwie wyczuwalne podenerwowanie i żal. Aria położyła swoją dłoń na jego.
- Chodzi ci o to, że się spóźniłam, tak?
- Wstyd się przyznać, ale trafiłaś w sedno.
Dziewczyna zaśmiała się perliście. Chłopak rozluźnił się lekko, a jego wargi wygięły się w nieśmiałym uśmiechu. Ostatnio bardzo rzadko miał okazję słyszeć jej śmiech. Aria była jego całym światem, który niesamowicie kochał, a miłością nie rządziły prawa logiki. Czy mógł pozostawać w niewzruszonym przygnębieniu, kiedy jego bogini choć na chwilę pozostawała radosna?
- Iraj… - jego ukochana umilkła i spoglądała na niego niepewnie, nerwowo bawiąc się palcami – podczas mojej wizyty Bebon złożył mi pewną osobliwą propozycję.
- PropozycjÄ™?
- Trudno byłoby mi powtórzyć jego słowa, ale… sedno tkwi w tym, że wyraził wolę, abym rzuciła zaklęcie, hmm… Zaklęcie Mathiasa.
- Widzę, że przechodzisz na język magów. Możesz mi powiedzieć to tak, abym cię zrozumiał, skarbie?
- Och… oczywiście – Aria, zmieszana, zaczęła szarpać sponiewierane już brzegi rękawiczek – Bebon opowiadał mi historię swojego dzieciństwa i… tak, dzieciństwa, Iraj. Mówił, jak czuwał przy czarowniku Mathiasie w jego ostatniej godzinie, powtórzył nawet jego słowa, które znał na pamięć. Nie byłoby w tym nic niezwykłego ani godnego uwagi, gdyby Mathias nie wypowiedział słowo-klucza do zaklęcia, które było w stanie ocalić setki, jeśli nie tysiące żyjących ludzi. Prawdziwych ludzi, Iraj, jeśli wiesz, co chcę przez to powiedzieć.
- Dobrze, rozumiem. Ale co ty masz z tym wspólnego?
- Iraj… - szepnęła Aria – to zaklęcie zostało sformułowane tuż przed wymarszem wojsk Bebona z kraju. Czarownik, który mógł je rzucić, musiał mieć przy sobie ukochaną osobę… kogoś, dla którego byłby w stanie zrobić wszystko. Sęk tkwi w tym, że żaden z magów ani czarodziejek Bebona nie wziął ze sobą nikogo, kogo kochał, bo bał się o ich życie. Chociaż gdyby dowiedzieli się na czas…
Widząc poruszenie na twarzy dziewczyny, chłopak dotknął jej policzka. Był ciepły, pod skórą Arii żarzyły się węgle podniecenia.
- Co my mamy w tym wspólnego? Chyba nie chcesz powiedzieć, ze…
- Iraj, kocham cię i z chęcią bym za ciebie umarła – dziewczyna stanęła na palcach i pocałowała go delikatnie – gdyby wszystko znikło, a ty byś pozostał, nie zauważyłabym w ogóle, że czegoś mi brakuje. Proszę cię, pomóż mi.
Pocałunek Arii poruszył zmysły chłopaka, który przyciągnął ją do siebie i wpił się w jej usta. Przesunął językiem po jej wardze, żałując, że nie ma już czasu, by należycie uhonorować jej deklarację, po czym dotknął czołem jej czoła i wyszeptał:
- Jestem do twojej dyspozycji.

- Wiesz co? – zagadnął Iraj, muskając jej szyję.
- Tak? – spytała leniwie dziewczyna, z zadowoleniem opierając się plecami o jego tors.
- Sądzę, że główną część Ostrza Prawdy już wyjawiłaś, ale to, co zostało, również chętnie poznam.
Roześmiała się po raz kolejny tego dnia. Czyżby jej podświadomość usiłowała ochronić ją przed posępnymi wizjami, wygrzebując ukryte pokłady radości? Iraj mógł mieć tylko nadzieję, że nie są na wyczerpaniu.
- Musisz jeszcze pomóc mi przy tym zaklęciu – przypomniała mu, szczypiąc go delikatnie w policzek – mogę to zrobić, ale zastanów się, czy na pewno chcesz znać prawdę, całą prawdę i tylko prawdę – zażartowała.
- Zdaje się, że zaryzykuję.
Westchnęła z rezygnacją.
- No dobrze.
Podniosła się do akompaniamentu metalowych blaszek. Iraj stanął za nią i rytualnie położył dłonie na jej ramionach.
- Chcę znać prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, kochanie – wymruczał jej słodko do ucha. Aria zadrżała lekko, po czym odwróciła się i oparła głowę na jego piersi. Wezwała kumulujące się głęboko w jej jestestwie pokłady energii, po czym wyciągnęła dłonie, by pochwycić niewidzialny Sztylet.
- Diament – szeptała cicho słowa zaklęcia – diament esse geh shi lerassa argetaie, arakne geh jakr fall kremr*.
Przez zaciśnięte powieki Aria zobaczyła blade światło. Mentalna broń materializowała się wysadzaną rubinami rękojeścią. Szarpnęła, połyskujące ostrze wysunęło się z Rzeki Umarłych. Cięta niczym metal powierzchnia wody ukazywała krwawe wizje i odblaski pełnych cierpienia wydarzeń.
Aria puściła ostrze, kiedy przygwoździło ją do ziemi ciężarem bytu. Jej ręce mdlały, głowa pochyliła się do przodu, a ciało drżało w potwornych konwulsjach.
Odpłynęła na skrzydłach przyszłości.

Zimny kompres naznaczał blade czoło Arii przezroczystym całunem. Iraj, obejmując ją ramieniem, wyczuwał problem, z którym nie miała sił samotnie się borykać.
- Czterdzieści tysięcy ludzi ruszy na dwudziestotysięcznych żołnierzy Litha – szeptała Aria – ludzie z widłami, oszczepami, sieciami… taplający się w błocie wyrzutkowie staną do walki z Ostatnią Barierą przed Przejściem.
- Wygramy? – spytał poruszony Iraj.
- Wiesz dobrze, że nie mam pojęcia, Iraju. Widziałam tylko stosy trupów niemożliwe do uprzątnięcia ani tym bardziej pogrzebu. Przesiąknięta krwią ziemia sprawi, że Pohańbiony będzie płakał nad ciałem któregoś z naszych żołnierzy. Ale… Sztylet ujawnił mi jeszcze coś, tajemnicę, która nie powinna wypłynąć na powierzchnię… nawet jeśli wygramy, życie każdego z nas będzie wisieć na włosku, Iraju.
- Tak to już jest – szepnął Iraj, gładząc skórę na nagim ramieniu Arii – bitwa za bitwą, a pustynia, o dziwo, jeszcze nie zaczęła pluć krwią zabitych. Poza tym, może aż do śmierci nad każdym z nas unosić się będzie aureola zagrożenia.
- Nigdy czegoÅ› takiego nie...
Aria potrząsnęła głową, nie mając siły dokończyć zdania.
- Przegramy. Nie muszę używać czarów, aby to widzieć.
Gorzkie łzy pozostawiały na jej policzkach kanaliki wilgoci. Iraj scałowywał je po kolei, burząc rozpacz czułością.
- Nie ufasz swojemu instynktowi, Ario. Jak to możliwe?
Spytał, gdy już oderwał wargi od jej twarzy.
- Nie wiem. Ja już nie mam żadnej nadziei, Iraj. Nie mam zaufania do Płomienia Zachodu, do swojej woli walki.
Oparł się policzkiem o jej skroń.
- A mi ufasz?
- Tylko tobie.
Gorący oddech chłopaka rozwiał włosy Arii. Zatknął jej kosmyk za ucho, rozkoszując się jej bliskością i spokojem, który panował w namiocie.
- Jesteś moją nadzieją na lepsze życie, które może już niedługo zacznie toczyć się poza terenami tego obozowiska – mruknął Iraj z wargami tuż przy jej uchu – czy będziesz czuła się lepiej, wiedząc, że walczę za ciebie?
Prychnęła.
- Nie bałabym się spojrzeć samej śmierci w oczy. Ale nigdy, dopóki ty pozostaniesz bez ochrony, nie poddam się zgiełkowi bitwy. Nigdy, rozumiesz?
Z uśmiechem sięgnął po jej dłoń i przyłożył sobie do piersi, tak, że czuła i słyszała bicie jego serca.
- Każde jego uderzenie to dla ciebie jeden zabity wróg – powiedział poważnym, melancholijnym tonem, ściskając jej dłoń - każde zaklęcie, które rzucisz, to minuta dla mojego życia.
Cichy krzyk Arii stłumił dotyk ust Iraja i ich ostatni miłosny uścisk, zanim kochankowie opuścili swój azyl i udali się do miejsca, gdzie miało wypełnić się ich przeznaczenie.

*Samuraj - nazwa księżyca na Szarudze
*Maska Igora – tuszowanie emocji na niekorzyść innych
*Siedem Pieczęci – tradycyjny sposób, w jaki magowie przed bitwą zaklinają swoje Linie Mocy, by z nimi współpracowały
*Rejestr – inaczej Wielka Księga Zmarłych w Baobanie
* Diament esse geh shi lerassa argetaie, arakne geh jakr fall kremr - Prawda ukrywa się w królestwie ludzi, płynie po tafli zakłamania.



Ocena: 6
Liczba komentarzy: 6    
Data dodania: 24.02.2010r.

1     

Lilka 27 02 2010 (23:28:40)

Rozumiem, co chciałeś powiedzieć. Myśli Matta mogą być rozchwiane, przyznaję się bez bicia, ale nie są pochopne, bo już niedługo wyjdzie na jaw jego intryga, która pozwalała mu na myśli o cierpieniu Arii i tym podobnych. Pewnych rzeczy też nie mogłam wyjaśnić, niemniej znajdę dla nich rozwiązanie przed końcem pierwszej części.

Dawied 27 02 2010 (23:11:47)

Rozumiem, że na pewno ma to jakiś zabieg, ale mimo wszystko, byłoby to lżejsze gdybyś odrobinkę te emocje rozluźniła. Po za tym zauważ, że strasznie tak skaczesz od radości do osamotnienia. Za dużo tego dla mnie. Nie chce Cię krytykować, tylko powiedzieć co mi nie pasowało. Tak samo zachowanie tego maga, jego myśli i emocje - troszkę chyba zbyt pochopne, zbyt rozchwiane, a przez to, że tak to rozciągasz, gdzie ginie akcja, gdzieś przesłanie i samo wrażenie z tego jak opisujesz postać. Nie wiem czy zrozumiale piszę o co mi tu chodzi. Lżej, troszkę te emocje rozłożyć. Jeżeli ktoś jest zły to ta złość nie mija w ułamku sekund, jeżeli ktoś kocha nie może czuć się całkowicie osamotniony.

Lilka 27 02 2010 (22:58:09)

Cóż, każdy ma chwilę słabości, kiedy traci resztki wiary, a potem zazwyczaj znajduje w sobie chociaż trochę siły. Skupiłam się na jej bracie, ponieważ odegra jeszcze ważną rolę i chciałam zrobić tak, by czytelnik przyzwyczaił się do niego. A zależność między zachowaniem Arii w towarzystwie Mata a Iraja jest po to, żeby lepiej zaznaczyć zmianę, którą przejdzie.

Dawied 27 02 2010 (17:22:12)

Kurcze samo zarysowanie postaci, świata całkiem niezłe, choć wciąż zostaje dużo pytań i niedomówień, które już teraz mogłaś nieco rozwikłać. Najbardziej mnie raziły relacje między postaciami. Może to rzecz gustu, ale obsesyjna miłość do zmarłego brata i jednocześnie to ciągłe czarnowidztwo troszkę przesadzone. Z jednej strony główna bohaterka jest twardą negocjatorką z drugiej beksą, która nie wierzy, że ktokolwiek przeżyje i jednocześnie podejmuje szaleńczą walkę, trochę to tak za bardzo przekombinowane i jak dla mnie zbyt tak... hm nie wiem nie chodzi o emocje tylko chyba o ich sposób ujęcia, który sprawia wrażenie natrętnego. Ciągły płacz, ciągłe powtarzanie o tym biednym bracie i jest taki przesyt tego. Gdyby jej refleksje rozłożyć w czasie i nieco poprzeplatać innymi wydarzeniami, choćby zarysowaniem świata byłoby jeszcze ciekawiej.

Groszek 26 02 2010 (21:06:22)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Czytało się szybko, bardzo się wciągnęłam. Bardzo dokładnie wszystko opisałaś, podobało mi się, to, że umieściłaś przypisy - teraz wiem, o co Ci chodziło w danym fragmencie, były chyba 2 literówki, ale poza nimi nie znalazłam żadnych błędów. Przeszłaś samą siebie! Przyznam szczerze, że nie chciało mi się czytać, gdy zobaczyłam ile tego jest. :D Jednak, gdy się wczytałam i skapłam, że już mi to wysyłałaś, zainteresowałam się. Przede wszystkim muszę zwrócić uwagę na oryginalne imiona postaci. I w tym przypadku nie poszłaś na łatwiznę. Widzę w Tobie potencjał. Lilczka! Jesteś wielka!

Zerowa 25 02 2010 (21:45:47)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Jeśli są tu jakieś błędy, to bez bicia przyznaję się, że wypatrzyłam tylko kilka literówek (brak ogonków i kropeczek, które można zliczyć na palcach jednej ręki). Reszta pozostała nie zauważona (przeze mnie). Opowiadanie przeczytałam niemalże jednym tchem. Wciągnęło mnie. Gdy w mojej głowie rodziło się jakieś pytanie, Ty, jakby podświadomie, zaraz je wyjaśniałaś. Opisy pozwoliły mi zbudować w miarę dokładny obraz w mojej wyobraźni. Czułam się jak przed telewizorem, oglądając dobry serial. Jestem pełna podziwu dla Twojej techniki - dobrze wyważone elementy; zachowanie proporcji między dialogiem a opisem. Podoba mi się Twój język, ten nie koniecznie związany z zarysowaniem magicznego świata Arii. Mam na myśli to, że lekko mi się czyta Twoją prozę, co jest zasługą tych podstawowych słów. Oczywiście szczegóły pochodzące tylko i wyłącznie z Twojej wyobraźni też są ważne - to od nich zależy, czy praca będzie wyjątkowa i oryginalna. Ja chcę jednak zwrócić uwagę na prostotę przekazu. Nie musiałam cofać się w tekście, by zrozumieć to, co miałam przed oczami. Z czystym sumieniem stawiam 6.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7333 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42670 | Użytkownicy: 3312
Online(27): 17 gości i 10 zarejestrowanych: pasieczny14, Krzyku_1993, Evil_Angel, subtelny demon, agis44, Zoso, dusfluran, quovadis, RattyAdalan, Totek

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl