warto go przeczytać
Pseudonim: Anonymous
Zaczęło swędzieć. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że wjazd jest tuż, tuż. DXM, ten niezwykły narkotyk, o jakim większość ludzi nie ma pojęcia, a który jest legalnie dostępny w naszym kochanym kraju, powoli zaczął pokazywać pazurki. To dziwne uczucie w głowie zaczęło coraz bardziej wibrować. Nogi stawały się coraz bardziej nie moje. Nieznane się zbliżało. Wyłączyłam więc komputer, wskoczyłam do łóżka i włączyłam TV w oczekiwaniu na to, co miało nadejść, a co przeszło moje najśmielsze, i tak duże, oczekiwania. Oglądałam film i czułam, że akcja coraz mniej mnie interesuje. Coraz więcej uwagi poświęcałem na to, co się dzieje z moim ciałem. Nagle, około północy, czyli tak jak planowałam, poczułam zbliżające się trzęsienie ziemi. Następnie wielki huk... I łóżko, na którym leżałam, odleciało gdzieś daleko, a ja zaczęłam frunąć po pokoju. Od tego momentu nic nie działo się naprawdę. W tle leciała muzyka Enyi. Lepszej nie mogłam sobie wymarzyć. Jej łagodny głos, jej skoczna muzyka sprawiła, że poczęłam płynąć przez ocean wszechświata. W rytm jej muzyki podrygiwać zaczął On – chłopak ze snów. Poprowadził mnie za sobą. Trzymał się zwisającej z chmur drabiny. Niczym Małgorzata z powieści Bułhakowa, fruwał sobie nad ziemią i skakał po balkonach. Wiedziałam, że jest doskonałym złodziejem i planuje jakiś skok. Zaczęłam gonić go po chmurach i razem frunęliśmy po zielonych, szkockich równinach. Wkrótce potem ochłonęłam i doszłam do wniosku, że DXM już działa. Otuliłam się mocniej kołdrą i przymknęłam oczy. Po chwili wyciągnęłam szklaną rurkę, na której były pozostałości po pewnej roślinie i postanowiłam poprawić. Gdy zapaliłam zapalniczkę w ciemnym pokoju, rurka ta zapaliła się na fioletowo i rozciągnęła na długość trzech kilometrów. Cały pokój rozświetlił się błyskami i gwiazdkami. Nie wypuszczając jeszcze dymu z płuc, wrzuciłam rurkę do swojej szafki i rzuciłam się na łóżko. Wypuściłam dym, a na efekty nie trzeba było długo czekać.
W jednym momencie znalazłam się w prehistorycznej dżungli. Byłam człowiekiem pierwotnym, potwornie głodnym, uzbrojonym tylko w dzidę. Przede mną stał żubr – ogromny, dziki, gotów walczyć o życie. Mam w głowie prymitywny tok myślowy: jeść – żubr – zabić. Z dzikim wrzaskiem skaczę na niego i wbijam mu dzidę w brzuch. Żubr z rykiem odwraca się i z przerażeniem stwierdzam, że złamałam tę dzidę. Już po mnie. Klękam przed nim i modlę się do swojego bożka by mnie uratował. Nic to nie daje. Żubr naciera na mnie i... W momencie śmierci moja dusza odlatuje i znów podziwiam cudowne widoki naszej planety. Wielki Kanion, ośnieżone szczyty Himalajów, wydmy Sahary – to wszystko widzę przewracając się z boku na bok na łóżku. Uśmiecham się do siebie i swojej załogi – plastikowej butelki wody, latarki, walkmana i zeszytu, w którym zapisuję co ciekawsze rzeczy, które widzę.
Nagle znajduję się w Afryce. Jakieś prymitywne plemię. Jeden z czarnoskórych wojowników zabił swojego sąsiada. Zadał mu śmierć. Unicestwił go. Pozbawił go istnienia, tamtego już nie ma. Wszyscy stoją w kole i obgadują los mordercy. „Śmierć za śmierć”– mówi wódz i wbija mu nóż w brzuch. „To sprawiedliwe”– myślę. Zaczynam się zastanawiać skąd się bierze zło i nieszczęście na świecie. Dlaczego seryjny morderca zabijając dziewczynę jest szczęśliwy, ale ją unieszczęśliwia? Dlaczego chłopak, który przeliże zakochaną w nim dziewczynę jest szczęśliwy, ale unieszczęśliwia ją, która miała nadzieję na coś więcej? Dlaczego pijak napadający dziecko, by zdobyć pieniądze na jabola jest szczęśliwy, gdy go dostanie, ale dziecko nie? Wynika to ze sprzeczności interesów i tego, że ludzie przykładają inną wagę do tej samej rzeczy. Dla mordercy to tylko cel nr 37, a dla dziewczyny to sprawa życia i śmierci. To oczywiste, ale co zrobić, by to zniwelować? Dać potrzebującym, to, czego pragną!! Dla morderców porobić sztuczne ofiary, dla pijaków darmowe jabole. Teraz jest to niemożliwe, gdyż za wiele by to kosztowało, ale kiedyś w przyszłości...
Przyszłość po raz pierwszy jest dla mnie pełna nadziei. Postanawiam wymyślić sobie jakiegoś boga. Hatomon – brzmi ładnie. Zaraz wyrzeźbię mu posąg z drewna i będę mordowała zwierzęta by oddawać mu cześć. Ale to głupie – dociera do mnie po chwili. Czemu sobie nie ustalić, że to JA jestem bogiem? Tak będzie najprościej. Tak, jestem bogiem i mogę wszystko. Macham ręką, bełkocząc coś pod nosem i odlatuję dalej. Przed oczami stają mi pradawne sceny, kiedy szamani i prorocy, odurzeni psychoaktywnymi roślinami, widzieli bogów i opowiadali swoim braciom, którzy brali je za prawdziwych. Jacy ludzie są głupi! Dociera to do mnie w ułamku sekundy. Jeden naćpany wymyślił sobie Jahwe na izraelskiej łące, drugi naćpany wymyślił sobie Allaha na arabskiej pustyni, a ludzie mordują się o to przez 2000 lat! Po chwili dociera do mnie drugi absurd. Jeden narkotyk (alkohol) uważany jest za symbol dobrej zabawy, a wszystkie inne za symbol zła i śmierci. Skąd to się bierze? Wydaje mi się, że z odmienności geograficznej w różnych kulturach. My na przykład nieufnie jesteśmy nastawieni do kokainy, podczas gdy w Ameryce Południowej ludzie jedzą liście koki na drugie śniadanie. Wszystkie problemy są chyba związane właśnie z odmiennością kulturową. Droga do ogólnego szczęścia prowadzi chyba przez zupełne zjednoczenie, ale jak daleką mamy tę drogę, skoro dopiero założyliśmy Unię Europejską. Europa to tak mały skrawek naszego świata. A powinniśmy być zjednoczeni wszyscy. Cała planeta. Dlaczego tylko planeta? Cały wszechświat powinien być jednością! Wzbijam się w powietrze. Drzewa zmieniają się w lasy, lasy w puszcze, puszcze w niziny, niziny w kontynenty, aż wreszcie cała planeta staje się malutkim punktem. Przelatuję koło Słońca, tej wspaniałej kuli ognia, która daje nam życie. Słońce uśmiecha się do mnie. Macham do niego ręką i daję znak, że muszę lecieć dalej. Tam, gdzie kończą się granice ludzkiego poznania. Czy aby nie przesadzam? Wylatywanie poza Układ Słoneczny jest już nierozsądne. Otwieram oczy i widzę, że DXM jest w szczytowej fazie. Jestem spocona jak mysz, a serce wali tak szybko, że aż całe łóżko podskakuje. „Jeszcze jeden buch”– myślę sobie. Jeszcze jeden buch, a zobaczę coś, czego nikt nie zobaczył. Nadludzkim wysiłkiem wstaję z łóżka i stwierdzam, że praktycznie nie mogę się poruszać. Moje ręce bezwiednie pływają w muzyce, a nogi wykonują mechaniczne ruchy, jak roboty z lat 50-tych. W dodatku zupełnie nie mam poczucia równowagi. Na kolanach czołgam się do szafki.
Otwieram ją, ale mojej szklanej rurki w niej nie ma. Święcę latarką przez kilka minut, ale jej naprawdę nie ma! To wprowadza chaos w moje myśli. Już mniejsza o tego bucha, ale muszę ją znaleźć, bo jak ktoś rano wejdzie do mojego pokoju i zastanie ją leżącą na podłodze?! Powoli, centymetr po centymetrze, przeszukuję podłogę, trzymając latarkę w ręce. Ku mojej frustracji stwierdzam, że jej nie ma! Spokojnie, rzeczy nie giną bez śladu. Gdzieś to musi być. Dochodzę do wniosku, że skoro nie ma jej w pokoju, to chyba musi być na dole. A co jak rodzice się obudzą? Lepiej żeby się teraz obudzili, niżby mieli ją znaleźć rano. Schodzę na czworakach po schodach, prześwietlając każdy centymetr. Kiedy jestem już na dole, myślę jednak, że skoro nie schodziłem wcześniej na dół, to nie ma siły, żeby ona tam była. Nie wiem jakim cudem nikt się nie obudził. Wchodzę więc z powrotem na górę, doczołguję się do szafki i co widzę? Leży sobie tam, gdzie ją zostawiłam. Spokojnie, to tylko DXM. Czasem robi takie głupie figle. Obiecuję sobie, że już się tak głupio nie wkręcę, po czym siadam na łóżku i łapię bucha. Tym razem iskra zapalniczki wywołuje prawdziwy taniec chochlików w moim pokoju. Łuny świetlne, zorza polarna i pełno bożków i krasnoludków. Nie widzę już nawet, co podpalam, sugeruję się tylko dymem, stopniowo przedostającym się do mojego gardła.
Przynajmniej co do jednego miałam rację. Ten jeden buch przeważył szalę. W jednej sekundzie zorientowałam się, że jestem młodziutką Indianką z plemienia Azteków, która leżała na stosie ofiarnym. Nie miałam w ogóle swojej osobowości, byłam nią od zawsze. Czułam się kobietą i było to tak naturalne, jak naturalnie czuję się mężczyzną. Gdzieś w tłumie stała moja indiańska matka, opłakująca mnie. Ja byłam zrozpaczona. W sercu miałam strach i żal wobec tej niesprawiedliwości świata. Dlaczego spośród tylu kobiet musiano wylosować na coroczne obrzędy akurat mnie? Na widok kapłana z nożem ogarnął mnie paniczny strach. Niech on mnie nie zabija! Błagam! Zaczęłam krzyczeć coś do niego, ale on był nieubłagany. Pamiętam tę ostatnią chwilę i to smutne uczucie, że to już koniec. Więcej nic nie będzie. Kapłan przyłożył mi nóż do szyi. Znów nie widziałam momentu swojej śmierci. Znów frunęłam gdzieś nad lasami, a rytmy muzyki z morza zaczęły wyłaniać się katedry i głowy biskupów rzeźbione w kamieniu. Otworzyłam oczy. Spojrzałam na zegarek, kolejnego członka mojej załogi i spostrzegłam, że od momentu, kiedy paliłam upłynęło... 40 sekund. Wszystkie wizje były błyskawiczne, trwały kilka sekund, jednak były niesamowicie intensywne. Położyłam się wygodnie i otworzyłam oczy. Ku mojemu zdumieniu, na suficie zobaczyłam plażę. Była to największa plaża na świecie, gdzieś nad oceanem. Wszyscy ludzie byli na niej zgromadzeni. Tańczące dziewczyny w bikini, grupy przyjaciół pijące piwo, matki z wózkami, ojcowie uczący dzieci pływać. Wszyscy tam byli. Ku mojemu zdumieniu zauważyłam, że w przeciwieństwie do innych wizji, plaża nie znika. Patrzyłam na nią cały czas, a ona miała się w najlepsze. Nagle chłopacy zaczęli do mnie machać:. „Cześć Ala!”– Słyszałam ich głosy. Pomachałam im z uśmiechem. Pomyślałam sobie, że nikt na świecie nie ma plaży na suficie. Znów zamknęłam oczy. I znów zaczęłam frunąć gdzieś po polach, mijając po drodze jarmarki, wesołe miasteczka. Ale kiedy otworzyłam oczy, plaża wciąż tam była, a chłopacy wciąż machali. Znów im pomachałam, po czym wzbiłam się wysoko w powietrze. Tym razem Układ Słoneczny mignął mi jak błyskawica. Ja leciałam dalej i dalej z niewyobrażalną szybkością. Naraz wyhamowałam, widząc jakieś drzwi utkane z gwiazd. „No wchodzisz czy nie?”– Usłyszałam i poczułam, że obok mnie są 2 istoty. Nie miały ciał, ale wyczuwałam ich obecność. „Czy mogę ze sobą zabrać jednego ziemianina?” – „Nie. Wchodzisz sama albo zostajesz. Nikt inny nie zasługuje na to, żeby tu wejść”. „Spokojnie”– powiedziałam sobie. „Jesteś w pokoju i wzięłaś DXM. Jeśli tu wejdziesz, to możesz nie wrócić na ziemię. Co wtedy zrobią Twoi przyjaciele?”- Myślałam. Po chwili jednak wrodzona ciekawość zwyciężyła. Zwinęłam się w pozycję prenatalną i wleciałam przez gwiezdne drzwi. Nagle poczułam, że jestem w jakiejś lepkiej mazi i zrozumiałam, że się rodzę. Przypomniałam sobie to potworne uczucie, ten straszny świat, w którym się właśnie pojawiałam, te wstrętne istoty obok mnie.
Poderwałam się z łóżka, bo wcale nie miałam ochoty na ponowne przeżycie tego. Oparłam się na łóżku, włączyłem TV, ale po chwili wyłączyłam, gdyż nie było tam nic ciekawego. Spróbowałam wstać i zorientowałam się, że chodzę jak ptak. Ręce miałam zwinięte w skrzydła, a za każdym krokiem napinałam mięśnie brzucha i ruszałam tułowiem do przodu. Robiłam to zupełnie instynktownie, nie myśląc o tym. Zrozumiałam, że w jakimś tam procencie mózgu, który DXM uaktywniło, a który normalnie jest nieczynny, (bo przecież używamy małej części mózgu) jestem ptakiem. Zastanowiłam się, czy i inne zwierzęta mam w sobie.. Dosyć tego! A jak tak zostanie? Położyłam się znowu w łóżku i popatrzyłam na swoją kochaną plażę. Wśród radosnych krzyków usłyszałam niepasujące do innych głosy. „Wsadzamy go do autobusu?” – „Dobra, bierz go za ręce”. Zaraz, zaraz, to po polsku! To się dzieje naprawdę! Rozejrzałam się, ale w pokoju nikogo nie było, poszłam do okna, ale tam również nie mogłam nikogo zobaczyć. Wzięłam kamerę, nastawiłam na maksymalne zbliżenie i zobaczyłam, że na przystanku, jakieś 500-600 metrów ode mnie dwóch kolesi wsadza trzeciego do nocnego. Słyszałam wyraźnie na 500 metrów! „No nie, tego już za wiele”– pomyślałam. Naprawdę jestem bogiem. Mogę wszystko. Wróciłam z powrotem do swojej plaży. Zamknęłam oczy i znów afrykańskie równiny stanęły przede mną otworem. Właśnie lądowałam gdzieś w RPA. Przypomniałam sobie autentyczną historię sprzed 3-4 lat, kiedy młode polskie małżeństwo pojechało na miesiąc miodowy do RPA i tam miejscowy zastrzelił faceta, a dziewczynę zgwałcili i zarazili AIDS`em. Nagle zobaczyłam zaprzyjaźnioną ze mną parę, która pojechała na wycieczkę do RPA. Widziałam jak ich samochód zostaje zatrzymany przez bandę uzbrojonych bandytów. Widziałam, jak jego zastrzelili, a ją wyciągnęli z samochodu i zaciągnęli do drewnianej chatki. Nie widziałam, co było w chatce, ale słyszałam jej krzyki. Wkrótce potem usłyszałam strzał. Nie mogłam nic zrobić. Byłam zrozpaczona. Dwójka moich przyjaciół nie żyje. Świat jest już uboższy. Jak oni mogli ich zabić? Jak człowiek może zabić człowieka? Przecież tego nie da się cofnąć! Debilu! Dotarło do mnie po chwili. To tylko DXM, oni żyją! Tak się ucieszyłam ze swego odkrycia, że zaczęłam znów pływać w rytm piosenki Enyi. Skakałam po dachach razem z szalonym złodziejem, trzymaliśmy się chmur i zjeżdżaliśmy po tęczy. Otworzyłam oczy, żeby ocenić czas. Wszystko szło świetnie, czas płynął powolutku, każda sekunda była nieskończona. Poczułam wyraźnie, że prostuję nogę, mimo iż widziałam, że noga cały czas była zgięta. Zrozumiałam, że DXM bawi się partiami mózgu odpowiedzialnymi za poruszanie kończynami. Czułam, jak łóżko się rozciąga wraz z nogą, a jednocześnie wzrokiem kontrolowałam sytuację. Każdą część swojego ciała mogłam odczuwać, gdy się na niej skupiłam.
Kontrolowałam pracę nerek. Czułam krew przepływającą mi po całym ciele. Nagle moja uwaga skupiła się na sercu i to był błąd. Poczułam jak wali z prędkością 2-3 razy szybszą niż normalnie. Zważywszy na to, że mój oddech był dużo wolniejszy niż zwykle, kontrast był ogromny. Cała moja uwaga skupiona była na sercu i pomyślałam, że chyba mam atak. Przypomniały mi się słowa kolegi, który powiedział, że podczas zawału boli lewa ręka i w tej samej chwili poczułam straszny ból lewej ręki. Zrozumiałam, że umieram. W głowie odezwał się alarmujący dzwonek. Ja nie chcę! To tylko DXM, powiedziałam sobie po raz kolejny i szybko przewróciłam się na drugi bok. Serce mnie już nie obchodziło, bardziej interesowała mnie bujna sierść wyrastająca ze ściany. Podążyłam za nią wzrokiem i zobaczyłam powietrze, z którego uciekła pewna bańka. Wraz z tą bańką poczułam, jak trzeźwieję o jakieś 20%. Od razu ogarnął mnie spokój, znów popłynęłam w głosie Enyi i przy cudownej piosence „Carribean Blue” widziałam rzeczy, o jakich się wam, ludziom nie śniło. Widziałam herbatniki w kształcie liści zwisające z drzew. Widziałam lustra obejmujące się wystającymi z nich rękami i przeglądające się w sobie w idealnie różowym pokoju. Widziałam gromady pająków w magicznym kręgu, który stanowił Matkę Ziemię. Widziałam tkaniny, których frędzle tworzyły wielopiętrowe bloki. Nie wspomnę już o tak banalnych rzeczach, jak moje rajdy z przyjaciółmi po amerykańskich preriach, papież uśmiechający się do wszystkich ludzi i posyłający im znak pokoju, jak Woland z Małgorzatą lecący ponad Moskwą i machający do mnie z uśmiechem. I tak czując powoli słabnącą moc boskiego nektaru DXM, pływałam w muzyce lecąc nad światem, pełna radości, widząc rzeczy, jakich nikt nie zobaczy. Możecie o mnie myśleć, co chcecie. Ale i tak...
Wy nie macie plaży na suficie!
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 13.10.2008r.
Statystyki: Wiersze: 7336 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42679 | Użytkownicy: 3318
Online(10): 9 gości i 1 zarejestrowanych:
Ismo