Zaloguj się lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj się!
Pseudonim: Dawied
Imię: Dawid
Skąd: 5237660
O sobie: "Matko! czy są gdzieś jeszcze te ciche godziny Snów o sławie, zwycięstwie, życiu-bezklęsce, marzone i zaklęte: z Bogiem, sławą, synem. Matko! czy są gdzieś jeszcze te jasne godziny? Godziny...zgonów, życia podeptane butem, rozbite na minuty i sekundy bólu, w ostrza broni i walki potrzebą przekute..." K.K. Baczyński "Do matki" Przepraszam z góry za ortografię. A poza tym kwiatek jest kwiatkiem naważniejszym i jest wspaniały, że daje sobie czasami się sprzeciwić i pokłócić (i tak
Napisanych prac:
- wiersze: 112
- recenzje: 3
- wywiady: 3
- proza: 71

Średnia ocen: 5.1
Użytkownik uzyskał: 629 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Brązowy" 22.01.2012
"Wymyśliłam się" 31.12.2011
"Kłamca cz. 6" 04.01.2010
"Kłamca cz. 5" 03.01.2010
"Wieczne miasto odc.5" 19.08.2009

Inne prace tego autora:
"Listy " 21.12.2008
"Marlen cz. 2" 04.01.2009
"40 mln dobrych uczynków cz. 3" 10.03.2010
"Uwierzcie cz.5" 25.04.2009
"Kłamca cz. 6" 04.01.2010

Najlepiej oceniona proza (30 dni):
"Dobre kobiety" - Agent - 6
"Cztery dobre wróżby - epilog" - Ironiczna - 6
"Zagubiona przeszłość" - Marybeth - 6
"Cztery dobre wróżby -..." - Ironiczna - 6
"Wiraże [4]" - subtelny demon - 5.66667

Najnowsza proza (wszystkie):
"Dobre kobiety" - Agent
"W zachodzie słońca cz.1" - Lilka
"Ektoplazma na tropie cz. 3" - Dawied
"Cztery dobre wróżby - epilog" - Ironiczna
"Zagubiona przeszłość" - Marybeth
"Anonymous" - Me_Gusta
"Cztery dobre wróżby -..." - Ironiczna
"Zew natury" - pasieczny14
"Wiraże [4]" - subtelny demon
"Blackwood Village" - Wolf Girl

40 mln dobrych uczynków cz. 7

Dzień zaczął się normalnie. Wspominałam o tym wcześniej, a jeżeli nie, to i tak jest to najmniej ważne. Ważniejsze było to, co rozpoczęło się o godzinie 10.00 czasu lokalnego w Krakowie. Nie wiem, co Bóg wyprawiał, ale znając go już tyle lat, podejrzewałam, że pewnie kogoś podglądał. Na jego miejscu, mając okazję patrzeć na genialne poczynania Świeczki też bym tak pewniakiem robiła, ale nie jestem, więc nie będzie taryfy ulgowej. Jest w końcu Bogiem i nie może sobie zapominać o tym, by ściągnąć księżyc z nieba. Wiecie co się zaczęło dziać na ziemi(no tak, mieszkacie to wiecie, chyba, że nie macie telewizji)? Ludzie wpadli w panikę, siły NASA szykowały bombę atomową, żeby zniszczyć naturalną satelitę ziemi, rządy godziły się, a kościół modlił. No dobrze, może nie modlił, ale wzywał Stworzyciela. Słońce po mojej lewej, księżyc po prawej jasny jak ciemną nocą... nawet ja podskoczyłam z przerażenia. Artur jakoś specjalnie się tym nie przejął, uważając, że to na pewno jakieś zjawisko załamania światła w atmosferze. Mówiłam już, że jesteście absurdalni? Nawet nie chcę myśleć, co się działo po drugiej stronie globu.
Aleje w Krakowie kipiały negatywną energią. Jedni za wszelką cenę chcieli uciec z miasta, inni porzucili swoje auta i wrócili do mieszkań, wierząc, że tam nic złego stać się im nie może. Korki(no tak, głupi argument na niezwykłość sytuacji, przecież w tym zapyziałym mieście zawsze są korki, kto znalazł się na ulicy Prądnickiej wie doskonale o czym mówię), krzyki, płacze – na Alejach nie jest to jakimś wielkim wydarzeniem, ale tym razem przyczyna była zgoła inna. Aniołowie mieli urwanie głowy, pewnie archiwa się przepełniały, a sama góra drżała co się stanie, jeżeli Bóg czegoś z tym nie zrobi. Gdyby Gabriel miał jaja to by uświadomił Stwórcę, że się lekko zagapił. Ja bym to zrobiła, piękna niszczyć nie można, a chóry niebiańskie takie właśnie są. Gabriel nie ma gadanego, dlatego pewnie rządzi tym syfem na górze. Prawie jak wasz prezydent. Nikomu się sprzeciwić sensownie nie umie.
Robaki w panice biegały, więc musiałam bronić nieporadnego Artura. Nawet własnym ciałem. Chyba mu się podobało. Za to napastnicy nabawili się kilku niezłych siniaków. Aniołowie...
Albo nie! Kobiety jeśli nie chcą, delikatne być nie muszą.
- Sani, jak ja zdobędę tę kasę?
- Pójdziesz do ładnego budynku, otworzysz sejf i ją weźmiesz – powiedziałam niczym dobra babcia wnusiowi, opowiadając bajkę.
- Tak po prostu?
- Nom.
- To dobrze, czyli znaczy się, że to jeszcze nie koniec świata – szepnął.
- No jasne, że nie, robaku. Po co miałabym sobie głowę zawracać tobą, gdyby wszystko miało się skończyć? - warknęłam. Chciał się spoufalić - głupi.
Unikając głównych ulic, udało nam się wyrwać z tłumu. Artur miał dość, przed wszystkim ochronić go nie mogłam, choć chciałam... Ludzie biegli na złamanie karku. Kto się przewrócił już nie wstawał. Potrącali się wzajemnie, okładali pięściami, myśląc tylko o sobie. Tak, wielka mi rzecz. Księżyc świecił koło słońca i czy to było warte takiego szaleństwa? Chyba to lubicie i za to ja was tak nie trawię, znaczy się nie lubię.
Nagle wszystko się skończyło. Bóg widocznie rozprostował kości i zauważył, że coś jest nie tak, że zapomniał ściągnąć tego ogryzka z nieba. Dobrze, że umie tak szybko wszystko naprawić. Muszę pogadać ze Świeczką, następnym razem przez jego pojawienie może stać się coś naprawdę niedobrego.
Cisza, śmiech i my schronieni w ciemnym przejściu. Szał jest wynikiem nie tylko strachu, ale i ulgi, a i ktoś musiał posprzątać ten syf. Nic nie mówiłam, Artur dreptał nerwowo, próbując kilka razy zacząć rozmowę, ale gdy spoglądał ukradkiem, kiwał tylko głową z przekonaniem, że to nie ma sensu. Miał rację, nie miało. Żadnego spoufalania z klientami. Z drugiej strony, czasami rodzi się potrzeba powiedzenia czegokolwiek, żeby tylko móc to zrobić. Nawet mi się to zdarzało, a teraz, będąc po takiej długiej przerwie na ziemi, poczułam się... Nieważne, ale zagadnąć musiałam, żeby nie zacząć roznosić miasta w perzynę.
- Co zrobisz, jak skończymy? - no co? To lepsze pytanie niż "Jaka piękna pogoda za oknem, prawda?"
- Nie wiem. Zobaczę co zrobią moi przyjaciele, po tym jak się zachowałem. No i najpierw musi się skończyć to szaleństwo na górze – spojrzał w ziemię i kopnął jakiś bezbronny kamień.
- Robi się już ciszej. Przez to zamieszanie, nie wiem czy uda nam się znaleźć odpowiedniego człowieka - spojrzałam na niego jakby inaczej, sympatyczniej.
- Okradniemy kogoś? - zagadnął nagle, pokazując bystrość swego umysłu.
- … - kłamać czy nie kłamać? Oto jest pytanie – Tak.
- W niebie nie możesz sprawdzić, gdzie jest ten człowiek? - bałam się trochę tego pytania.
- Mogę, ale... – westchnęłam, nabierając powietrza.
- Ale co? - dopytywał się.
- Ale nie chcę ich prosić. O nic - odwróciłam wzrok.
Zapanowała przez chwilę nieznośna cisza. Nienawidzę jej. Boję się wtedy irracjonalnie, że powinnam ją przerwać, że nie ma prawa bytu. Na górze ucichło i żeby uciec z tej matni niedopowiedzeń i pytań, bez słowa wskazałam mu drogę na górę. Zniknęłam pewna, że sobie poradzi już sam. Pewnie i tak by to zrobił, a może ja staję się nadopiekuńcza?
Na ulicy, jakby nic się nie stało, ludzie szli nie wiadomo dokąd i po co. Bóg pewnie też w tym namieszał. Można narzekać na Niego, ale on jest naprawdę ok. Nie wiedziałam jak zacząć swoje poszukiwania. Zaczepić może kogoś i zapytać? Podobno kto pyta nie błądzi. Podobno nie ma też głupich pytań, a jednak tekst w stylu: ,,Przepraszam, nie wie pani/pan gdzie znajdę szefa mafii, który ma 10 mln?'' – wydawał mi się głupi. Aniołowie podobno są mądrzy, ale ja chyba jednak jestem tępa. Pewnie z wiekiem znudziło mnie używanie szarych komórek i teraz jak ich potrzebuje to nie umiem spiąć obwodu, żeby jakieś impulsiki popłynęły:
- Cholera, kurwa twoja mać – jęknęłam bez zastanowienia, nie myśląc o tym, że Artur mnie słyszy.
- Sani - westchnął i z rozbawieniem dodał – Skoro sobie nie umiesz poradzić, może byś jednak poprosiła o pomoc takiego robaka jak ja? - wyszczerzył zęby.
- … - zatkało mnie, ale nie straciłam animuszu i niczym wiatr porwałam go podmuchem w powietrze i przerażonego upuściłam tuż przed chodnikiem, amortyzując upadek.
- Mogłaś wprost powiedzieć nie - pomasował sobie tyłek, nie tracąc spokoju. Podobało mi się to. Po chwili dodał – zresztą, sam i tak nie wiem jak się za to zabrać – westchnął.
- Wiesz, że gdyby nie NIK, już byś miał połamane kończyny i żebra? – zapytałam, udając rozbawienie i spokój.
- NIK?
- Niebiańska Izba Kontroli. Największe szuje w niebie, ale nieprzekupne – wspomnienia zalały mnie i ciężko było powstrzymać złość.
- Nie bój się, broniłbym cię - i chciał mnie już poklepać po ramieniu, ale szybko się zorientował, że jestem tylko głosem w jego głowie.
- Ludzie na ciebie dziwnie patrzą – zaśmiałam się – może chodźmy już?
- Dobra. Proszę cię, nie zrzucaj mnie więcej z takiej wysokości.
- Nie ma sprawy, uniosę cię wyżej – zażartowałam.
- Ech... anioły.
Los, a może to Bóg wreszcie chciał mi pomóc, zesłał podrzędnego dilera. Widać od razu tą podejrzaną aurę, pełną moralnej zgnilizny i zagubienia. Nie, nie chodzi wcale o moje nadludzkie zdolności, ale o ten wyraz twarzy, spoconą gębę i chaotyczne ruchy rąk. Nawet Artur musiał to widzieć. Chociaż patrząc na jego obojętny wyraz twarzy, mogę mieć spore wątpliwości. Spokój to on miał za dwóch, ale bystry był jak woda w miejskim klozecie – czasami nigdy nie płynie. Kłopotliwe pytanie: co ja tam robiłam, prawda? No cóż, poznawałam naturę ludzką! Żadnych więcej pytań na ten temat.
Sfrunęłam jak anioł śmierci na najnowszych hollywoodzkich produkcjach. Wiatr nabierał kształtu, a później koloru jakby lepionego z niesionego pyłu i tuż przed oczyma podrzędnego ćpuna zjawiłam się ja. Straszna jak nigdy, z napuszonymi włosami i miną gotową zabijać, a na dodatek miałam duże piersi.
- Ale czad – jęknął ćpun, a mi ręce opadły i skończyło się tzw. dobre wrażenie.
- Przepraszam pana – skoro nie strach, bo jest naćpany, to może choć kultura i obycie?
- Jej, ale masz wielkie cycki. Jesteś najbardziej cycatym snem jaki kiedykolwiek miałem na haju – i wyciągał ręce żeby dotknąć. Wiem, że trzeba pomagać bliźnim, ale nad altruizm wolałam jednak tradycyjne kopnięcie w krocze, cios w szczękę i złamanie nosa kolanem.
- Potrzebuję szefa wszystkich szefów – zagadnęłam grzecznie.
- Kurcze, no sen mnie bije. Ja pierdolę, ależ towar – zaśmiał się, a mi ręce opadły.
- Nie mam czasu, ani humoru, ani nawet niebo nie będzie miało nic przeciwko, jeżeli trochę się nad tobą poznęcam, więc powiedz mi gdzie jest.
- Szef jest w niebie – rzekł z poważną miną, patrząc na bezchmurne przestworza.
- Co za świat – jęknęłam ciszej i miałam już zamiar jeszcze raz mu przyłożyć, ale powstrzymał mnie głos Artura.
- Mam lepszy pomysł – odwróciłam się zdziwiona i zbladłam.
Artur stał poważny, z miną, która mieszała w sobie złość, powagę i coś czego wcześniej u niego nie dostrzegałam – siłę. Chyba miał to gdzieś w sobie zawsze, wbrew prymitywnym pobudkom i chęciom. Nie zniszczył tego ten rok i te pieniądze, bo to był on. Bez tego pewnie przestałby istnieć. Bez tej wrodzonej charyzmy, której pewnie nie lubił, i którą bardzo głęboko skrywał byłby pyłem, o który Bóg z takim zacięciem by nie walczył. I coś wbrew waszej słabej naturze, pozwalało mu patrzeć na mnie z wyrzutem.
- Nim skatujesz tego ćpuna, który i tak na pewno nic nie wie, zastanów się trochę – wrzasnął i dodał – podoba ci się znęcanie nad słabszymi?
Wiem, że może to wydawać się banalne, ale w jego ustach wcale tak nie brzmiało. Co gorsze miał rację, ale ani przez sekundę nie chciałam mu jej przyznać. Po raz pierwszy chyba naprawdę mi zaimponował. Można by powiedzieć, że właśnie zrobił kolejny dobry uczynek, może nawet piękniejszy niż to wszystko co uczyni dzięki tym pieniądzom. Zostawiłam zwijającego się z bólu i... śmiechu narkomana i podeszłam z hardą miną do Artura.
Ludzie przystawali i patrzyli na całą tą sytuację z zaciekawieniem. Niejeden zainteresował się i zgłosił moje wybryki straży miejskiej. Społeczeństwo nie jest obojętne na los bliźniego, zwłaszcza jak może wyniknąć z tego zamieszanie.
Spoglądałam w jego oczy, a gdy nie miękł ani przez sekundę, jakoś lżej mi się robiło. W końcu, odstawiając całkiem interesującą rolę w stylu Harry Calahan, powiedziałam:
- Co proponujesz? - kusiło mnie, żeby splunąć mu na buty jak w dobrych westernach(ach, jak żałuje, że gdy był ich największy rozkwit, musiałam siedzieć zamknięta w czyśćcu).
- Chodź – rozpromienił się i było to chyba najbardziej irracjonalne, co mógł w tej sytuacji zrobić – w końcu nas zgarną za pobicie.
Ruszyliśmy szybkim krokiem. Tłum, który zostawiliśmy za sobą musiał być naprawdę skołowany. Najpierw księżyc ze słońcem widoczny na całej kuli ziemskiej, później panika, następnie coś czego nazwać nie umieli, a sprawiło, że przeszli nad wszystkim do porządku dziennego i w końcu ja, pojawiająca się znikąd i katująca jakiegoś chudego biedaka. Jezu, ale to kurwa komicznie brzmi.
Na rynku, w tłumie turystów, którzy niczego dziwnego w całym tym pięknym letnim dniu nie zauważył, Artur poczuł się spokojniej. Wizyta w areszcie i zawiasy za pobicie średnio mu się uśmiechały, a wiedział doskonale, że skoro tłum go widział ze sprawczynią to i jego już osądził. Mentalność ludzka nie zna granic. Jest piękna.
Kłamałam. Wasze podejście do życia i bliźniego jest beznadziejne, żeby nie rzec chujowe(nie powiem tego, żeby nie urazić uczuć osób wrażliwych, spokojnych, którzy wiedzą, że tak mówić się nie powinno, bo jakiś opętany papież tak sobie zażyczył).
- Powiesz mi wreszcie co to za pomysł? - i zirytowana tym, że się ogląda za jakąś dziewczyną (śliczną szczerze powiedziawszy... ależ zgrabny tyłek) miałam mu znów dołożyć, ale się powstrzymałam.
Obok dziewczyny szedł boski Świeczka. Chyba miałam otwarte usta, bo klient dostrzegł moją reakcją i począł mną szarpać. A Niosący Światło uśmiechnął się jak do napotkanej przypadkowo osoby, puścił oczko i nie pozwalając się odwrócić dziewczynie, pomaszerował z nią w tłum. W głowie zabrzmiało mi to imię. Justyna.
Artur już dawno odpuścił sobie szukanie jej wzrokiem, gdy do mnie dopiero zaczęły docierać jego słowa. Zastanawiałam się jeszcze przez chwilę czy nie rozszarpać dziewczyny, ale szybko zdałam sobie sprawę, że nie chodzi o nią, a o Artura. Skupiłam myśli i postanowiłam za wszelką cenę się nie rozpraszać. Skoro był tu Świeczka to i Bachus musiał krążyć w powietrzu. Może jego obecność tak mnie rozsierdziła na widok Niosącego Światło z inną kobietą, a może... może to, że Świeczka trzymał tą całą Justynę za rękę.
- Słuchasz mnie w ogóle? – Artur zniecierpliwiony w końcu uniósł głos.
- Przepraszam, zamyśliłam się – odchrząknąłem i wreszcie, patrząc na Artura, zdałam sobie sprawę, że coraz mniej czasu mieliśmy na zdobycie pieniędzy. Dzień szybko się kończył – Powiesz mi wreszcie co za genialny plan wymyśliłeś? – ostry ton pasował do naszych relacji, a poza tym maskował moje zakłopotanie.
- Ładnie się uśmiechasz, wiesz? – rzucił jakoś dziwnie Artur i nim zaczął kontynuować, wtrąciłam.
- Nie próbuj nawet mnie podrywać.
- Taka stara – uśmiechnął się szeroko, a ja zdzieliłam go kopniakiem w kostkę – znaczy się doświadczona, a nie wie, że między mężczyzną, a kobietą aniołem może istnieć przyjaźń - doskonale wiedziałam, że nie może, ale żeby uniknąć głupiego wałkowania tematu nie skomentowałam tego.
- Mów, jaki masz plan – westchnęłam, zmęczona powtarzaniem się.
- Znajdziemy odpowiedniego człowieka na spotkaniu anonimowych seksoholików z problemem alkoholowym – wyszczerzył zęby dumny ze swojego pomysłu, a mi ręce opadły.
- Boże, czy w kraju, gdzie tyle mówi się w telewizji o mafii, musi być tak ciężko znaleźć bogatego mafiosa? - ryknęłam i kilka osób nawet się odwróciło, ale pewnie nie rozumiało ani słowa po polsku.
- Biedny kraj to i biedni mafiosi... - zarzucił szybko wątek i z ekscytacją zaczął objaśniać plan jak błyskawicznie znaleźć kogoś tak nadzianego i złego. – Wiem, że wydaje ci się to durnym pomysłem, ale wstęp na takie spotkanie grubo kosztuje, jeżeli nie znajdziemy tam bandyty to polityka, a przecież to chyba niewielka różnica. Chciałem się tam nawet zapisać ze dwa miesiące temu, bo czułem, że mogę mieć ten problem – zaczerwienił się lekko i dodał – ale jak krzyknęli mi za dwie godziny dziesięć tysięcy, bo spotkanie prowadził Hinduski guru, zrezygnowałem. Poza tym – zastanowił się, a gdy to robił gładził brodę i dodał – ten problem bywa całkiem przyjemny – uśmiechnął się szelmowsko.
- … - milczałam, analizując jego słowa. Wydawało mi się to absurdalne, ale na ziemi wszystko mieni mi się irracjonalnym podejściem, dlatego w końcu rzekłam – chodźmy.
- To daleko. Pojedziemy autobusem. Kraków pod tym względem zajmuje dziewiąte miejsce na świecie – wydął twarz w uśmiech, który wydał mi się co najmniej podejrzany.
- Może lepiej taxi – zastanowiłam się, czując w tym podstęp.
- Nie. Oszczędzamy.
Jak się okazało, najpierw czekaliśmy dokładnie sześć minut na szybki tramwaj, żeby przemieścić się na Krowodrzą Górkę. Bilety udało nam się kupić po dziesięciu minutach w nieprzyjaznym automacie i nim zdążyliśmy je skasować, musieliśmy wysiadać. Artur powiedział, że to nie oszustwo, a radzenie sobie i muszę mu chyba przyznać rację. Dużo dowiedziałam się wtedy o automatach. Poza tym fajny ten wynalazek ''szybki tramwaj”, ale szkoda, że jest taki wolny, tak piszczy, a w tv pokazują wciąż te same informacje. Na początku tak mi się to spodobało, że chciałam zostać na dłużej. Niestety, na ziemi raczej nie ma niczego, co mogłoby mnie przytrzymać.
Na pętli przesiadaliśmy się do autobusu i tutaj niestety fajnie nie było. Nienawidzę korków i kierowców, którzy na pomarańczowym nie dodają gazu (Artur tak mówił). Naszym celem była podkrakowska Zielonka. Wieś zabita dechami i oaza burżuazji, gdzie całe te spotkania miały miejsce. Miałam się wyrwać z tego ścisku, rozprostować w końcu skrzydła i unosić się nad pojazdem (ależ za tym tęskniłam), ale Artur złapał mnie za rękę i powiedział poważnie:
- Moglibyśmy tą podróż w końcu na coś wykorzystać i porozmawiać spokojnie...
- O czym chcesz rozmawiać? - zapytałam zaciekawiona i zdziwiona, bo od wielu, bardzo wielu klientów, żaden nie chciał rozmawiać.
- O czym... - nie skończył, bo jakaś dziewczyna miała problem z wejściem do autobusu.
Była chora, ręce i nogi odmawiały posłuszeństwa. Mała dziewczynka, która z nią była próbowała jej pomóc, ale miała za mało siły, za wątłe ciałko.
- Renia, no chodź – stęknęło dziecko.
- Artur – miałam go poganiać, ale klient skoczył szybko na schody, podał rękę dziewczynie i chwytając pod pachę, pomógł wejść do środka.
- Proszę – uśmiechnął się do niej.
- Dziękuję – jak na swoją chorobę i tą mroczną aurę wokół wydawała się pogodna.
Dodam uczciwie, że jeszcze jeden młody pan poderwał się z końca autobusu. Artur miał po prostu bliżej. Zawsze mnie rozczulają takie gesty i wydaje mi się to sprzeczne z waszą naturą, pełną egoizmu i pychy. Nie powinnam tak do tego podchodzić i trzymać dystans. Wyrosłam z zaufania i wiary w bezgraniczne dobro i bezinteresowność. Wiem, że są tylko zasady i prawo, które trzeba wypełniać, żeby się to wszystko nie rozleciało. Chłopak na pewno chciał się popisać przede mną albo cokolwiek. Przecież nigdy więcej miało nie być człowieka w kliencie.
Rozczulam się, ale jestem też kobietą. Nie zawsze wszystko łatwo jest mi ogarnąć. Może i wybaczyłam przeszłość, ale nigdy jej nie zapomniałam.
Trochę żałowałam, że nie pojawił się Bachus. Kto jak kto, ale on mógłbym popsuć atmosferę, a mnie już aż mdliło od tej słodyczy w głosie Artura kiedy wypytywał dziewczynę dokąd jedzie i po co, i o setkę innych pojebanie nieistotnych rzeczy. Kurwa, bo jeszcze uwierzę, że ten robak jest porządnym człowiekiem.
Nieważne moje wątpliwości związane z przeszłością. Miałam zadanie i tylko to powinno się liczyć. Zamiast typowo ludzkim rozmyślaniom skupiłam się na podziwianiu drogi. Co rusz zatrzymywaliśmy się. Pasażerowie bez słowa 'przepraszam' i 'dziękuję' przepychali się, jedynie pod nosem mrucząc jakieś przekleństwa czy skargi. Duchota była straszna, bo przecież szyberdach się popsuł. Trzęsło jak cholera, bo przecież dziur w drodze nikt nie naprawił. Śmierdziało, bo kurwa jakiś menel musiał obok mnie stanąć. Nie cierpię komunikacji miejskiej. Widzieliście 'Dzień świra'? Aż chce się powiedzieć: ja pierdolę, kurwa!”. Lubię Konrada.
W końcu dotarliśmy na miejsce. Spacerkiem do dużej willi na wzgórzu było może piętnaście minut. Na początku milczeliśmy, ale w końcu przemówił Artur:
- Coś znów mina ci zrzedła – spojrzałam na niego – zawsze jesteś taką marudą?
- … - uśmiechnęłam się i dodałam – Nie. O czym chciałeś porozmawiać?
- Jesteś aniołem i pewnie dużo widziałaś, no i chciałem trochę zaciągnąć języka.
- … - spojrzałam na niego z byka. – Naprawdę cię to interesuje?
- Jasne, że tak. Nim zostałem bogaczem, byłem studentem żądnym wiedzy – uśmiechnął się szeroko i dodał. – No, może nie siedziałem w bibliotekach, ale kserowałem notatki.
- No tak... Polscy studenci... piekło powinno być wami wybrukowane.
- Bo jest – zawył w moje głowie Bachus, a mi się aż włosy zjeżyły. To nie był przypadek, wierny kompan Świeczki musiał cały czas czuwać nad planem pieprzonego zła.
- Opowiedz o Nostradamusie, palił zioło? - miałam Niosącego Światło na głowie, 10 mln do zdobycia i jeszcze trafił mi się idiota.
- Ale pytanie... - westchnęłam, próbując wypatrzeć Bachusa.
- Wiem, że może wydawać się idiotyczne, ale chodzi mi o to, skąd tyle wiedział. – I teraz wydało mi się to zdecydowanie przyjaźniejsze pytanie.
- Nie mam pojęcia – odpowiedziałam szczerze – nie interesował mnie za bardzo.
- … - Artur zamyślił się.
- Ale poznałam Dante Alighieri. Nawet fajny gość jak na Włocha.
- Poważnie spotkałaś go? I jaki był?
- Nudny jak cholera. Ciągle tylko Beatrycze i Beatrycze, a ona się gziła z każdym parobkiem we wsi. A zazdrosny był bardzo, gdyby pewnie wiedział, że Wergiliusz był taki przystojny, wziąłby sobie ślepego Homera za przewodnika.
- To on zszedł do nieba, piekła i tak dalej?
- Skąd – krzyknęłam – naopowiadałam mu bajek i to wszystko kupił. W końcu na jego urodzinach... zobaczył ją nagą na czworaka udającą psa.
- I co?
- I przekonałam go, że po pijaku mu się wydawało, a ona szukała guzika do sukni i że nie lubi bielizny.
- W tamtych czasach bez bielizny?
- Jak się udaje psa to trzeba być nago – westchnęłam mając dość opowieści – i tak powstała Boska komedia.
- Teraz rozumiem co w niej boskiego... Ty – uśmiechnął się i wskazał na olbrzymi budynek, schowany za kutą bramą i wysokim płotem – To tu.
- Ok – strzeliłam kostkami i hardo ruszyłem do przodu gotowa roznieść pensjonat w pył.
- Nie – powstrzymał mnie ręką – zrobimy to po mojemu.
- To znaczy jak? - zapytałam przerażona samą myślą o tym pomyśle.
- Słuchaj...

- Dziś w naszym studiu gościmy wybitnego złego bohatera, wielokrotnego okrutnika, legendę piekła, samego Niosącego Światło.
- Witam państwa.
- Słuchacze naszego radia z pewnością są ciekawi, jak udaje ci się przez tyle lat zachować nienaganną kondycję w kuszeniu i namawianiu do złego. Skąd ten wdzięk i szyk, któremu wiele nawet współczesnych podręczników jest poświęconych.
- Na wstępie chciałem pozdrowić swoich fanów z całego piekła. Cóż, jestem zajebisty po prostu. Kocham to co robię i każdy przypadek nakłaniania do złego traktuję indywidualnie.
- W ministerstwie często się mówi, że twoje metody bywają archaiczne i przestarzałe.
- Niech mówią co chcą. Są do dupy i mi zazdroszczą. Mam najlepszą skuteczność w historii i najdłuższy staż pracy. Wiadomo, że teraz można przez internet czy komórkę, ale prawdziwe piękno tej pracy polega na bezpośrednim kontakcie z obiektem. Nie jakieś zwykłe nagabywanie, ale wystąpienie bez maski i własnym wdziękiem omamienie. To iskra, talent, tego nie da się nauczyć w szkołach powszechnych, które zabijają indywidualizm i wybitność.
- Głośno było o programie pańskich reform ostatnio. Wolność dla pospolitych diabłów, równość w kuszeniu. To dość utopijne pomysły.
- Było głośno, bo rząd na czele z Szatanem jest opieszały i zbyt konserwatywny. Ssie mnie.
- Wszyscy widzą problemy, ale pańskie pomysły są dość radykalne...
- Nie, ssie mnie z głodu. Rząd jest po prostu chujowy.
- Ostre słowa. Przejdźmy może do twojego romansu z Sani. Ile jest w tym prawdy, czy dalej coś was łączy?
- Sani jest najlepszym aniołem jakiego spotkałem...
- Dodasz coś do tego?
- Tak... gdyby wszystkie anielice były tak gorące, częściej bywałbym w niebie. Sani jest niezła dupa i myślę, że chce mnie bardzo.
- Dzięki, o wielki za wizytę w naszym studiu. Wiele pytań zostało jeszcze niezadanych, ale wiemy, że gonią cię obowiązki. Na koniec telefon od fanów. Słuchamy.
- Hej Świeczka, jestem Beatrycze i my wszystkie cię kochamy (dziewczęcy pisk).
- Ja też was kocham. War and sex.
- Dzięki jeszcze raz za rozmowę. Moim i państwa gościem był Niosący światło.



        Dedykacja: Justynce

Ocena: 5
Liczba komentarzy: 4    
Data dodania: 28.03.2010r.

1     

Lilka 30 03 2010 (17:52:05)

Tak, dla mnie to jest rozpisany tekst i to akurat bardzo dobrze. Dla Ciebie to nie sztuka, napisać pracę takiej długości... ale ja patrzyłam na ogół i w tym kontekście ta praca jest długa. Dlaczego napisałam, że fabuła ciekawa i że nie sposób się pogubić? Bo naprawdę treść mnie zaciekawiła, pozwoliła się odnaleźć i nawet obiecałam sobie, że przeczytam poprzednie części i w razie czego poprawię komentarz. Niosący Światło pomylił mi się z Bachusem, bo wydawali mi się w pewnym momencie podobni. I nie pisałam komentarza na zasadzie ' o, nie komentowałam jeszcze tego opowiadania, wezmę się dzisiaj, nie ruszajcie'. Zobaczyłam opowiadanie w Oczekujących, zaciekawiłam się, przeczytałam - i napisałam komentarz. ,,Tyle razy powtarzałaś, że cenisz mój styl i treść opowiadań o czym świadczą komentarze, a teraz po prostu pokazujesz, że czytasz ze zwykłej konieczności, a nie przyjemności.'' Bo cenię je sobie, naprawdę. Styl wydał mi się jakiś inny, ale może dlatego, że dawno nie czytałam żadnej Twojej pracy, a treści się przyczepiłam? Jeśli tak, to... chyba mnie ktoś podmienił. Nie wiem, co było ze mną, kiedy pisałam komentarz, ale gdybyś trochę się wstrzymał, to zdążyłabym przeczytać całość, co planowałam i napisać komentarz od nowa. Co nie znaczy, że tego nie zrobię. Ale jeśli myślisz, że jestem hipokrytką, to się mylisz. Wiem, że zrobiłam błąd, ale chciałam go w najbliższym czasie naprawić.

Dawied 29 03 2010 (21:21:53)

Po raz pierwszy muszę Lilka przyznać, że jest mi przykro po Twoim komentarzu. Tyle razy powtarzałaś, że cenisz mój styl i treść opowiadań o czym świadczą komentarze, a teraz po prostu pokazujesz, że czytasz ze zwykłej konieczności, a nie przyjemności. To jest zwyczajna hipokryzja. Nie przypominam sobie, żebym kiedyś czymś podobnym Cie zaszczycił.

amymone 29 03 2010 (21:15:09)

Uczucie nasycenia pozostaje, gdy czyta się z pewna dozą szacunku i zaangażowania [ nie wspomnę o profesjonalizmie] opowiadanie od początku. Rozpisał się? Nie, to dopiero 1/7 rozpisania. Szyk zdań może by nie raził, gdybyś przyzwyczaiła się do tego stylu kilka części wcześniej. Interesuje mnie jak możesz pisać, że fabuła ciekawa, że nie sposób się pogubić - to nie jest telenowela mająca x odcinków. Dziwi mnie to bardzo - nie interesował Cię początek wszystkich wątków, czemu w ten sposób się rozwijają? Wg mnie to w najczystszej postaci ignorancja. 'i jak mu tam... Niosącego Światło'... nie, przesada. Czy komukolwiek byłoby miło, gdyby jego opowiadania były czytane nieuważnie lub od połowy? Szczerze wątpię. Bo opowiadanie to historia, a one nie bez powodu mają swoje prologi, rozwinięcia i epilogi. Łatwo mówić o błędach, przy których zastosuje się mało wymagającą metodę 'kopiuj-wklej'. O wiele trudniej wypowiedzieć się na temat treści, wgłębić się w motywy, dać pewne wskazówki konkretne. Reszty już nie neguję. I nie zwróciłam na Twoje podejście uwagi, bo opowiadanie Dawida jest dla mnie ważne. Chodzi o szacunek. Tu nie chodzi o coś typu ' o, nie komentowałam jeszcze tego opowiadania, wezmę się dzisiaj, nie ruszajcie'. Myślę, że nie zależy mu jedynie na Twej opinii o tej części, ale jak ona wypada na tle innych. Czy jest stosunkowo coraz bardziej wciągająca itd. Po prostu podejście karygodne i Tobie jako autorce Adepta nie życzę czegoś podobnego.

Lilka 29 03 2010 (20:19:00)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Czytałam, czytałam i czytałam... rozpisałeś się. Przynajmniej czytelnikowi pozostaje uczucie nasycenia. Było sporo błędów interpunkcyjnych, jeśli dobrze pamiętam. W kilku miejscach raził mnie szyk zdania. Autor czasami specjalnie ''przekręca'' szyk, aby dodać autentyczności postaci, i wydawało mi się, że raz czy dwa dostrzegłam taki celowy zabieg, natomiast zdarzyło się również, że szyk mnie raził. Poza tym czytało się lekko i przyjemnie, no i oczywiście płynnie. Fabuła bardzo mnie zaciekawiła, jak i również sposób wypowiadania się bohaterki, Artura i jak mu tam... Niosącego Światło ;) to właściwie pierwsza część jaką czytam w całości, ale piszesz tak, że nie sposób się pogubić i nawet ja odnalazłam się w treści. Ogólnie ciężko się oderwać, choć nad tym można by jeszcze ciut popracować, ale mniejsza. Było kilka zwrotów akcji, i podoba mi się, że tak to piszesz, a nie ciągniesz, wałkujesz ciągle to samo. I co mogę jeszcze powiedzieć? Ciekawisz, wciągasz. Przekleństw nie było wcale tak dużo, ale i tak w pewnych momentach wydają się zbędne. Świetnie kreujesz postać anioła i postawę Artura. Ode mnie pięć.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7336 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42679 | Użytkownicy: 3318
Online(10): 9 gości i 1 zarejestrowanych: Ismo

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl