Zaloguj się lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj się!
Pseudonim: Dawied
Imię: Dawid
Skąd: 5237660
O sobie: "Matko! czy są gdzieś jeszcze te ciche godziny Snów o sławie, zwycięstwie, życiu-bezklęsce, marzone i zaklęte: z Bogiem, sławą, synem. Matko! czy są gdzieś jeszcze te jasne godziny? Godziny...zgonów, życia podeptane butem, rozbite na minuty i sekundy bólu, w ostrza broni i walki potrzebą przekute..." K.K. Baczyński "Do matki" Przepraszam z góry za ortografię. A poza tym kwiatek jest kwiatkiem naważniejszym i jest wspaniały, że daje sobie czasami się sprzeciwić i pokłócić (i tak
Napisanych prac:
- wiersze: 112
- recenzje: 3
- wywiady: 3
- proza: 71

Średnia ocen: 5.1
Użytkownik uzyskał: 629 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Brązowy" 22.01.2012
"Wymyśliłam się" 31.12.2011
"Kłamca cz. 6" 04.01.2010
"Kłamca cz. 5" 03.01.2010
"Wieczne miasto odc.5" 19.08.2009

Inne prace tego autora:
"Listy " 21.12.2008
"Marlen cz. 7" 01.02.2009
"Wieczne miasto odc.5" 19.08.2009
"Kłamca cz. 6" 04.01.2010
"Uwierzcie cz.2" 09.04.2009

Najlepiej oceniona proza (30 dni):
"Dobre kobiety" - Agent - 6
"Cztery dobre wróżby - epilog" - Ironiczna - 6
"Zagubiona przeszłość" - Marybeth - 6
"Cztery dobre wróżby -..." - Ironiczna - 6
"Wiraże [4]" - subtelny demon - 5.66667

Najnowsza proza (wszystkie):
"Dobre kobiety" - Agent
"W zachodzie słońca cz.1" - Lilka
"Ektoplazma na tropie cz. 3" - Dawied
"Cztery dobre wróżby - epilog" - Ironiczna
"Zagubiona przeszłość" - Marybeth
"Anonymous" - Me_Gusta
"Cztery dobre wróżby -..." - Ironiczna
"Zew natury" - pasieczny14
"Wiraże [4]" - subtelny demon
"Blackwood Village" - Wolf Girl

40 mln dobrych uczynków cz. 6

Nietoperz jakoś bez celu szybował nad Krakowem. Nawet machać skrzydłami mu się nie chciało i tak sunął przez przestworza wąskimi uliczkami Podgórza, niczym tramwaj po niewidocznym torze. Leżąc na zstępujących prądach ciepłego powietrza, wpatrywał się w gwiazdy. Znał je na pamięć, dlatego znudzony co rusz ziewał, starając się nie zasnąć. Nie patrzył na zalane betonem i wyłożone kostką miasto, ale tylko czekał na okazję do psikusa. Bycie diabłem - nietoperzem ma wiele plusów. Można sobie polatać i widzieć za wiele nie trzeba, niby pędzi się na oślep, a jednak do zamierzonego celu. Bachus czuł się w tej skórze, jak w swojej własnej i czasami dziwił się, czemu został pomagierem Świeczki, a nie zwykłym ssakiem. Na zmianę marudząc, to znów zachwycając się swoim losem, jak zły omen krążył nad urokliwym Starym Miastem.
Przy okazji lotu nad Krakowem ponarzekajmy na nadmiar gołębi, marnowanie energii elektrycznej przez wszechobecne lampy, ciasne ulice, małą ilość miejsc parkingowych i dziury. Nie cierpimy dziur na drogach!
W końcu cała draka zaczęła się na Estakadzie Opolskiej. Bachus zmęczony lotem usiadł na słupie sygnalizacji świetlnej i chcąc poznać algorytm migania barw, zaczął je ustawiać po swojemu. Wiadomo, że odpowiada za to skomplikowany system elektroniczny, ale nietoperze to inteligentne stworzenia, więc nasz bohater machając pyszczkiem w rytm tylko sobie znanej muzyki, zmieniał częstotliwość światła. Zielone dla ludzi mieniło się czerwonym, a jeszcze częściej czerwone zielonym. Żółte mu się nie podobało, więc na niebieskie je zamienił. Gdyby ktoś był bystry, by zauważył, że coś jest nie tak. Ale szatan bystrość wyłączył. Nim ruch całkiem ustał, prawie pięćdziesiąt aut musiało się zderzyć.
Bachus płakał ze śmiechu. Przewracał się w powietrzu, tarzał z radości, słysząc te wszystkie krzyki, narzekania i wrzaski. Nim syreny zawyły gdzieś w oddali, wielki harmider wypełnił całą ciszę nocnego nieba. Oczywiście nietoperz nie byłby sobą, gdyby nie sfrunął w głąb tego szaleństwa i swym ciętym językiem nie napędził bardziej zamieszania. Usiadł na ramieniu mężczyzny po czterdziestce i powiedział przyjaznym tonem:
- Proszę pana, proszę się nie patyczkować i niech pan bije w twarz. W twarz i zrozumie, że to jego wina.
- Tak, masz pan rację! - chłop już się zamachnął, ale jego przeciwnik zmiękł w minucie i kończąc z obelgami, zaczął uciekać.
- Ależ mu pokazałeś - ekscytacja pomieszana z kpiną była u Bachusa mistrzostwem.
- Boże – mężczyzna padł na kolana. – Toż to nietoperz gadający.
- Wreszcie – łzy popłynęły po włochatej mordce nietoperza. – odkrył ktoś moją boskość. Mam wyznawcę – szaleńczy śmiech nikł w krzykach tłumu.
- … - mężczyzna z rozdziawionymi ustami powstał, ale cały się trząsł.
- Na kolana niewolniku – ryknął Bachus.
- Ej, nie będzie mi mówił, jakiś kurduplowaty nietoperz co mam robić! - znikło przerażenie z twarzy pierwszego wiernego Nietopecyzmu i zastąpiła je złość.
- No tak... i znów strącony przez wiernych – nietoperz rzekł ostatnie słowa znudzonym tonem i nie dając się złapać mężczyźnie, wzniósł się wyżej.
- Co pan robi? To zwierzę jest chronione – odezwał się jakiś studencik z rozbitym czołem. Skasował mercedesa, a jego maluszka zmiażdżył Lexus, więc nie bardzo miał się czym przejmować.
- Ale gada, gada i głupio na dodatek – odparł były wierny Bachusa.
- Nieprawda. Jest pan zdenerwowany, bo doszło do karambolu, ale jutro wszyscy będą to przeżywać i niech w niczym nie czuje się pan lepszy - Bachus usiadł na maluszku i zwrócił się do studenta. – Dziękuję, jest tak mało miejsca we współczesnym świecie na inność, dobrze, że Bóg widzi i zsyła... – nie dokończył, bo potężnym trzepnięciem powitał go niedawny obrońca i nasz bohater mignął jak pocisk wśród obojętnego tłumu.
- A nie mówiłem, że to nasienie diabelskie? - rozchichotał się pierwszy dżentelmen, a student kiwnięciem przyznał mu rację.
- I znów oberwałem. Co za dzień! - oburzył się Bachus, kiedy wreszcie przestał lecieć. Wzniósł się nad tłumem i krzyknął gardłowym głosem – Kto chce jeszcze uderzyć nietoperza? - tłum jednak dalej kurwował.
- Nie widzisz, jak jedziesz głupia babo? - krzyknął łysiejący profesor etyki.
- Gdybyś cymbale nie jechał tak szybko i nie przypierdolił w ten słup, zdążyłabym zahamować! - wrzasnęła jednym tchem polonistka szkoły podstawowej.
- Kto ci dał prawo jazdy?! Wiedziałem, wiedziałem, że jak baba siedzi ci na dupie całą drogę, to nic dobrego z tego – wyrzucił ręce w górę i zawył. – nie wyniknie!
- Bracia, zachowajcie spokój. Bóg was kocha – młody kleryk po ciosach w splot słoneczny i w nos, upadł bez życia, a uratowało go przed stratowaniem szczęście, gdyż ludzie uciekali przed armatkami w drugą stronę.
- Wydaje mi się, że dżentelmen powinien damie ustąpić – Bachus wyrecytował i usiadł na rudej głowie polonistki.
- Niech pan go weźmie – jęknęła kobieta, a profesor czując się w obowiązku, rzucił się jej na ratunek.
- Złaź z niej, potworze! - ryczał rozjuszony mężczyzna, przeskakując po masce swojego samochodu.
- Cóż, pora uciekać - Bachus uniósł się wraz z peruką nauczycielki, a niedoszły obrońca kobiecego piękna, zdołał jedynie chwycić sztuczne włosy.
- Aaa! - jęknęła zatrwożona kobieta, a mężczyzna ryknął śmiechem.
- Nie ma za grosz współczucia na tym świecie – zawiedziony tonem, ale z rozbawioną miną jęknął Bachus.
Z góry ludzie wyglądali jak rodzynki, poupychane między rozbitymi autami. Całe rodziny się obwiniały, a dzieci szarpały za włosy. Na obronę dodajmy, że obecność kompana Świeczki miała wymierny wpływ na ich zachowanie. Żeby było weselej, po przyjeździe policji, z nieba zaczęły lecieć dolary. Prawdziwe dolary, a nie jakieś pospolite euro. Euro każdy może z nieba zrzucać.
Korki i zamieszanie trwały do rana. Nie obyło się bez interwencji sił specjalnych straży miejskiej, a uprzątanie samochodów wymagało zaangażowania kilku firm związanych z pomocą drogową. Armatki wodne poszły w ruch, aresztowano wszystkich uczestników, a pieniądze zarekwirowano na fundusz społeczny. To była pamiętna noc dla Krakowa. Mieszkańcy Prądnika do dziś dzień w rocznicę tego dnia wkładają zatyczki do uszu, przerażeni, że ta noc może się powtórzyć. Było głośno.
Osoby, które twierdziły, że widziały latającego nietoperza, zostały skierowane na badania psychiatryczne.
Bachus unosił się w powietrzu.

Artur spał spokojnie. Zrezygnowałam z nieba, bo bałam się, że klientowi może się coś stać. Taki kobiecy instynkt podpowiadał, że Świeczka może przyjść, a nie chciałam spaprać pierwszej roboty po powrocie. Noce na ziemi nawet nie są takie złe. Zwłaszcza jak wasz robakowaty gatunek milknie. Nie jest to niebo, ale unosząc się i wpatrując w gwiazdy można troszkę odsapnąć, uspokoić się. Aniołowie mają wiele wad, ale najbardziej mnie wkurza ten nasz wszechogarniający zmysł wiedzenia co się dzieje. Ach i gdyby nie nowe przepisy o traktowaniu nietoperzy z piekła, połamałabym tym razem Bachusowi wszystkie gnaty. Specjalnie zrobił takie zamieszanie, a naprawdę ciężko się wyłączyć na wasz świat, gdy zaczyna się w nim coś naprawdę interesującego dziać.
O świcie, nim pierwsze promienie słońca wbiły się do pokoju, do rzeczywistości przywróciły mnie kroki taty Artura. To irytujące, że musicie się tak zwracać do osób, które was urodziły. Nie można by było po imieniu im mówić? Przecież, gdyby przyjąć takie normy zachowania, nic złego w tym by nie było. A nie musiałabym ciągle powtarzać tej słodyczy... tato, mamo, tatusiu, mamusiu – ja pierdolę. Naprawdę, aż mdli. I bielizna.. czemu musi być taka ciasna?
W piżamce grzecznie leżałam na swoim posłaniu, gdy ocknął się klient. Przetarł oczy i odwrócił się na drugi bok. Też mi coś, wypinać się na anioła. Powtórzyłam sztuczkę z wnikaniem do głowy i z całych sił ryknęłam, a trzeba dodać, że mam czym oddychać, więc i krzyczeć nieźle umiem. Artur jak poparzony podskoczył i z przerażeniem w oczach zwrócił się do mnie:
- Proszę, nie rób tego więcej.
- Wstawaj, pieniądze musimy zarabiać.
- Gadasz jak finansista, z którym nigdy nie miałem ochoty przebywać.
- Gdybyś nie leciał z Bogiem w kulki nie musiałabym Ci brzęczeć nad uchem. Gódź się szybko z rodzicami i idziemy – poderwałam się tak szybko, całkiem zapominając o nieznośnym staniku, że ramiączko strzeliło.
- Masz za duży biust – rzucił Artur i obleśnie wyciągając bokserki spomiędzy pośladków, skierował się do łazienki.
- … - milczałam, hamując po raz kolejny złość na klienta.
Rozmowa przebiegła spokojniej. Śniadanie spędzili na gawędzeniu i opowiadaniu mi o tym, jakim Artur był uroczym dzieckiem, jak lubił po ulicy ganiać bez ubrania i płacząc uciekać przed matką. Podobno nawet nie krzyczał, jak dostawał w dupę po takich zabawach. Mało mnie to interesowało. Po tylko latach życiach nie jedno się widziało i słyszało. Nudzą takie historie i tyle mam do powiedzenia. Zresztą, instynkt macierzyński jeszcze się we mnie nie obudził. Chociaż jakby pomyśleć i zastanowić się, to na samą myśl o dziecku Świeczki bierze mnie rozrzewnienie. Ciekawe czy byłby podobny do taty, pewnie miałby urocze dołeczki i jakby go tak po brzuszku pogłaskać to by się śmiał, tak głośno, że słońca mogłyby gasnąć z zachwytu.
W końcu mężczyźni wyprosili nas z pokoju – też mi coś, mnie, Sanuelamaletakalrateitsa Kelerratella wypraszać z pokoju! Nie uniosłam się i w pokoju Artura spokojnie podsłuchiwałam.
- Tato, chcę wam pomóc, dlatego proszę Cię, weź to – Artur na stole położył plik pieniędzy, które widocznie odłożył przed wpłatą do banku na drobne dobre uczynki.
- Artur... - ojciec szepnął i dodał nieco spokojniej – Nie chodziło mi nigdy o twoje pieniądze, ale...
- One są złe tato. Zawsze się kłóciliśmy, ale widzisz, co one wczoraj z nami poczęły robić?
- …
- To prawie 300 tys. Możecie z mamą dzięki nim spokojniej żyć, wynająć nowe mieszkanie.
- Co chcesz zrobić synu? - ojciec patrzył podejrzewając najgorsze.
- Chcę je oddać, pozbyć się. 40 mln nie dało mi, ani za grosz prawdziwego szczęścia...
- To szaleństwo – zaczął ojciec i się poderwał, ale po chwili opadł na krzesło, patrząc na niewzruszoną twarz syna.
- Nie, tato, Bóg tego chce...
- Nie wierzę w niego – rzuciła hardo głowa rodziny. – i nie pamiętam kiedy Ty zacząłeś tak gorliwie wierzyć – eh, komunista z przekonania, któremu nawkładano głupot do głowy, zawsze komunistą pozostanie. Co gorsza z głupotami nawkładanymi do głowy pomnożonymi przez zużycie materiału, własne poglądy, które niczego innego jak zawartość przepranego mózgu nie odzwierciadlają. Nie zarzucajcie mi niechęci do czerwonych. Akurat osobiście bardzo lubiłam ten ustrój. Do twarzy mi było we fladze ZSRR na pochodzie równości w niebie.
- Sani... - zaczął nieśmiało, a ja miałam ochotę wpaść i go tam udusić, jeżeli jeszcze raz zdobędzie się na prawdę absolutną. – Nie zrozumiesz....
- Pewnie masz rację – ojciec spuścił wzrok, ale kontynuował spokojnie. – Nie będę próbował cię przekonywać. Jeżeli ma dać ci to szczęście... zawsze byłeś inny niż ja.
- … - po chwili ciszy Artur szepnął – dziękuję Ci tato.
Wyszedł z pokoju, pożegnał się z matką i uściskał ojca. I z uśmiechem na twarzy obiecał, że wróci jak najszybciej. Poprosił jeszcze mamę o ukochaną szarlotkę, jak się zjawi i obiecał, że teraz będzie już tylko lepiej. Typowe, nudne i beznadziejne pożegnanie w którym musiałam uczestniczyć. Dobrze, że moja rola zaraz za progiem się skończyła i mogłam rozprostować skrzydła. Znikłam dając się słyszeć tylko Arturowi.
- Twój pierwszy dobry uczynek - chciałam dodać jeszcze, że bezcenny, ale przerwał mi chamsko.
- Jak masz zamiar mi wypominać opieszałość, to wiem. "Aniołowie zrobiliby to lepiej" - bezwstydnie mnie przedrzeźniał.
Zacisnęłam zęby i choć przykro mi się zrobiło, zasłużył, żeby to przemilczeć.
Musiałam go poprowadzić po dziesięć milinów.

Justynie podróż w towarzystwie naszego drogiego przyjaciela Świeczki minęła bardzo szybko. Przesiedli się w Lublinie, po drodze zgarniając Ag - dziewczynę rezolutną, energiczną i szaleńczo zakochaną. O ile czar Niosącego światło na Justynę działał bezbłędnie, o tyle jej przyjaciółka już od pierwszego zdania go nie polubiła. Oj, znała ona doskonale te szachrajskie przyklejone uśmiechy, piękne słowa wykute z fałszu i kłamstwa, ukrytą pod delikatnymi gestami złość i niezaspokojoną żądzę, która kryła się w oczach. U dziwnego towarzysza ich podróży w tęczówkach lśnił jakby cały wszechświat. Nie umiała sobie tego wytłumaczyć, ale bezwzględnie widziała masy niespokojnej materii przelewającej się po czarnym nieboskłonie, niezliczone mgławice gwiazd, które przyciągały, pochłaniały, jakby wyrzucając duszę w czeluści tego mroku.
Ag postanowiła unikać jego spojrzenia. W przekonaniu, że jest w stanie bronić swoją przyjaciółkę, usiadła w przedziale między nią, a Świeczką. W pociągu do Krakowa było zdecydowanie przestronniej. Nikt na nikim nie siedział, nikt nikogo nie gniótł, a starsze panie, których żaden zdrowy człowiek nie lubił, akurat zrezygnowały z podróży do miasta królów polskich.
A Świeczka co rusz deklamował wiersze, podśpiewywał pieśni i nucił, ale robił to wszystko tak niepospolicie, że niczym żyrafa z krótką szyją w zoo, wydawał się nierealny i coraz bardziej pociągający. Justyna była gotowa pewnie się nawet w nim zakochać. Nie roztrząsając jej przeszłości (rany zbyt świeże, by o nich mówić) dodajmy jedynie, że jej pragnienie miłości było jak... potrzeba ochrony klimatu – cokolwiek to znaczy.
Za oknami świat zgasł, mrok schronił się we mgle i jedynie ich jasny przedział lśnił jak świetlik w trawie. Gwiazdy schowały się za chmurami i wszystko utonęło niczym w gęstej smole. Oczywiście nie dopatrujmy się ingerencji Świeczki w te zdarzenia meteorologiczne. Nie był potworem, lubił gwiazdy jak każdy.
Podróż od czasu do czasu "umilało” im złowrogie pohukiwanie sowy. Justyna wsłuchana w gładkie słowa Świeczki nie reagowała, ale Ag za każdym razem aż podskakiwała. Coraz bardziej czuła, że nic dobrego się tu nie dzieje. Niech tylko dojadą do Krakowa, to już ona się pozbędzie przybłędy.
- Diabli by nadali tą pogodę – rzuciła jakoś odruchowo Ag, gdy po raz kolejny czerń za oknem zmroziła jej krew w żyłach.
- Agnieszko, moja droga – Świeczka przerwał opowieść o swoich podróżach i zwrócił się do Ag: – Zapewniam cię, że na pewno żaden diabeł nie chciałby takiej pogody. Wyobrażasz sobie kuszenie w taką mgłę i mrok? - zrobił pauzę i dodał – ja na przykład nie. W żadnym wypadku. Kuszenie największą frajdę sprawia w słoneczny dzień.
- Ciekawe, skąd się tak znasz na diabelskich sztuczkach – półserio odpowiedziała, ale gdy spoglądała na głównie jego laski, odniosła wrażenie, że niczym magma, przelewa się w niej czerwień i żar. – Ta laska...
- Podoba się panience?
- Ag? - Big Big Justice zaniepokojona spojrzeniem swojej przyjaciółki, zaczęła przyglądać się lasce jegomościa, ale niczego niezwykłego w niej nie zobaczyła. – Przerażasz mnie... Co się stało?
- Pewnie to przez ten mrok – zagadnął weselej Świeczka. – Moja droga Justynko, nie martw się - uśmiechnął się szelmowsko.
- Ag! - Justyna poruszała swoją przyjaciółką, ale ta jakby zahipnotyzowana nawet nie drgnęła – Co jej zrobiłeś? - rzuciła złowrogo w kierunku Niosącego Światło.
- Ależ Justynko, po prostu patrzyła na moją laskę. Widziałaś moje ręce. Przecież to nimi trzymałem twoje. Nie mogłem nic zrobić.
- Kim jesteś Lucjanie Fer? - zapytała tym swoim złowrogim tonem, a po chwili zastanowienia dodała – moje ręce?
- Podróżuję...
- Nie o to pytałam, kim naprawdę jesteś? - podejrzliwe spojrzenia bawiły Świeczkę.
- Ag! - poruszał nią – Ag – w końcu dziewczyna się otrząsnęła.
- Agnieszka! Co to było? - zapytała zszokowana przyjaciółka.
- Nic, przepraszam cię, zamyśliłam się – uśmiechnęła się niepewnie, ale wcale Justyny nie uspokoiła – Ma pan piękną laskę.
- Nie tak piękną jak oczy Justyny. Powinienem krzyczeć!
- Niech pan... Lucjanie przestań – Justyna z wypiekami na twarzy zahamowała temperament i łagodniej dodała zalotnie – Ty masz piękne – kokieteryjnie się rozpromieniła.
Nie mamy do czynienia z pustą, niezaradną dziewczyną, ale ze słodką jak owoce czereśni niewinnością, może troszkę nadtrawioną przez los schwytany w rękach piekieł. Pod tym słodem jest jednak stanowczość twarda jak pestka, nieustępliwa jak burza. Jest po prostu rozsądnie skrywana.
- Umie pan podrywać dziewczyny – rzuciła z całą złością Ag.
- Ależ już tyle razy cię prosiłem, żebyś mówiła mi Lucek. Nawet nie wiesz, ile przyjemności mi sprawia, gdy młode osoby mówią do mnie po imieniu. Zobacz, przecież ja się nie krępuję i odrzucam nieznośną etykietę. Dla wygody, moja droga panno! – uśmiechnął się szeroko i skierował swoje słowa do Big Big Justice - Justyno, skończyć ci tą opowieść, czy raczej masz zamiar dalej wierzyć, że jestem złem wcielonym, diabłem, który zstąpił z samych piekieł, żeby podróżować PKP?
- … - Justyna się roześmiała i powiedziała: – Przepraszam. Masz rację. To niedorzeczne. Agnieszka posłuchaj jego opowieści, wiesz, że Lucek był na Broadway'u?
- Fajnie – rzuciła na odczepkę Agnieszka i dodała. – Kiepsko się czuję. Jestem zmęczona i powinnam się chyba położyć – spojrzała nierozważnie znów w oczy Lucyfera i dodała hardo: – Dalej myślę, że powinieneś dać nam spokój!
Justyna zmierzyła wzrokiem swoją koleżankę. W oczach jej coś zalśniło i w końcu patrząc na Świeczkę, który niczym posąg, z nogą na nodze i z miną pełną ciepła, ale i przebiegłości, czekał, aby móc kontynuować, Justice Big Big zrozumiała, że Ag może mieć rację.
- Mów Lucku – uśmiechnęła się i wpatrzona na niego, jak w obrazek słuchała.
- Na czym to skończyłem? - zaczął niepewnie, ale szybko podjął temat – A tak, to jakoś pod koniec lat dziewięćdziesiątych było. Akurat po przedstawieniu "Chicago” spotkałem Millosa Formana. Strasznie miły człowiek. Nie sądziłem, że twórca Cher może chcieć zaprosić mnie na drinka. Odmówiłem, bo pędziłem na Safari do Afryki, a poza tym chciałem wrażeniami o spektaklu podzielić się z przyjacielem, Bachusem. Niezwykły dżentelmen...
I tak Świeczka snuł swe opowieści o świecie całym, opowiadał anegdoty, nie krępując się sypał cierpkim dowcipem, szeptał świństewka, które w jego ustach był czyste jak letni puch lśniący na błękicie nieba.
Ag śniły się latynoskie tańce. I chwała jej za to. Narrator musi wspomnieć o seksownych ruchach, spoconych ciałach i ekstazie zmysłów, ale nie czuję się zobligowany do pikantnych relacji. Może w następnym opowiadaniu...
Kraków o świcie wyglądał pięknie. Tym bardziej, jak się nie widziało zbiegu ulicy Opolskiej i Alei Dwudziestego Dziewiątego Listopada...

Kraków jeszcze nigdy tak jak dziś, nie miał w sobie takiej siły...”

Chłopak życzył sobie, by pociąg się wykoleił, a że Bóg słucha naszych próśb, to doszło do katastrofy kolejowej. Przeczytał o tym zaraz po powrocie do domu, na portalu informacyjno - plotkarskim, który pisze o bzdurach. Fakt faktem, zdarzenie miało miejsce po drugiej stronie naszego pięknego kraju, ale nasz bohater wziął to bardzo do siebie i postanowił się zabić. Nie zważając na rodziców, dziadków, wujostwo i zbyt liczne, żeby zliczyć kuzynostwo chciał się utopić albo otruć, albo powiesić. Cokolwiek tylko, żeby nie myśleć, że jest się odpowiedzialnym za śmierć prawie dwustu osób. Oczywiście bądźmy poważni i wspomnijmy, że chłopak bardziej chciał zrobić z siebie męczennika niż uspokoić sumienie. Tak mało jest bohaterów wokół, więc on choć pośrednio chciał do nich nawiązać i za swój haniebny czyn ponieść karę. Wzruszające.
Nie udało mu się, bo w domu spadł ze schodów i połamany wylądował w szpitalu. Życie przemknęło przed oczyma, całkiem odmieniając duszę. Do końca dni za to miał w pamięci swoje życzenie. Każde kolejne było roztropniejsze.



        Dedykacja: Justynie

Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 22.03.2010r.

1     

amymone 23 03 2010 (21:52:32)

Kurcze...po pierwsze - co złego w tym zdaniu pod względem składniowym i rzeczowym? nie ma sensu powtarzać opisanego faktu, elipsa jest właściwa, skoro każdy wie, że nietoperz sobie gada, 'a muzom'. Jak Sani z jej zdegradowanym zachowaniem, z jej przeszłością może przejmować się przeszłością 'klienta'? Niedorzeczne, wystarczy wg mnie poprawnie zrozumieć jej nonszalanckie zachowanie. To tylko moje zdanie.

Groszek 23 03 2010 (19:34:58)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Zacząłeś pięknie - od części związanej z nietoperzem. Uwielbiam te momenty, bo zawsze nieźle się uśmieję z tego :) Przedstawiasz to tak genialnie, że wyraźnie widać i czuć komizm zarówno w samym zachowaniu Bachusa, jak i w dialogach pomiędzy ludźmi. Dzięki temu, że na początku zasmakowałam czegoś cudownego, ustosunkowałam się do reszty opowiadania. Mam jeszcze jednak jedno ale co do treści: "Osoby, które twierdziły, że widziały latającego nietoperza, zostały skierowane na badania psychiatryczne" - podejrzewam, że chciałeś napisać, że widzieli gadającego nietoperza, bo to że nietoperz lata jest oczywiste. Dobra, przejdźmy dalej. Wyszło bardzo ciekawie i naturalnie, chociaż trochę dziwny jest ten świat, w którym aniołowie nie przejmują się klientami i ich przeszłością. Np., gdy Sani nie obchodzi dzieciństwo Artura.. ale to tylko moja refleksja ;) Może mam zbyt wyidealizowane wyobrażenia, jeśli chodzi o anioły. Ogólnie jednak podoba mi się ta idea pojednania pomiędzy ojcem, a synem. Może syn był nastawiony do tego dość sceptycznie, ale liczy się sam fakt. Nieźle zarysowałeś postać Agi - widać, że to dziewczyna o ogromnej intuicji i szczerze mówiąc wolę ją od Justyny... Podziałeś na moje zmysły cytując Myslovitz. Dziękuję Ci za to, momentalnie zaczęłam nucić, bo uwielbiam ten kawałek. Nie mogę się doczekać części w której wreszcie ujrzę te upragnione wiadomości :D A na dziś dzień piątka z plusem (za Bachusa).


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7336 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42679 | Użytkownicy: 3318
Online(11): 11 gości i 0 zarejestrowanych:

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl