Zaloguj się lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj się!
Pseudonim: Dawied
Imię: Dawid
Skąd: 5237660
O sobie: "Matko! czy są gdzieś jeszcze te ciche godziny Snów o sławie, zwycięstwie, życiu-bezklęsce, marzone i zaklęte: z Bogiem, sławą, synem. Matko! czy są gdzieś jeszcze te jasne godziny? Godziny...zgonów, życia podeptane butem, rozbite na minuty i sekundy bólu, w ostrza broni i walki potrzebą przekute..." K.K. Baczyński "Do matki" Przepraszam z góry za ortografię. A poza tym kwiatek jest kwiatkiem naważniejszym i jest wspaniały, że daje sobie czasami się sprzeciwić i pokłócić (i tak
Napisanych prac:
- wiersze: 112
- recenzje: 3
- wywiady: 3
- proza: 71

Średnia ocen: 5.1
Użytkownik uzyskał: 629 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Brązowy" 22.01.2012
"Wymyśliłam się" 31.12.2011
"Kłamca cz. 6" 04.01.2010
"Kłamca cz. 5" 03.01.2010
"Wieczne miasto odc.5" 19.08.2009

Inne prace tego autora:
"Ektoplazma na tropie cz. 2" 22.01.2012
"Pamiętnik cz. 1" 30.05.2009
"Pamiętnik cz. 4" 04.08.2009
"Kłamca cz. 7" 08.01.2010
"Marlen cz. 9" 18.02.2009

Najlepiej oceniona proza (30 dni):
"Dobre kobiety" - Agent - 6
"Cztery dobre wróżby - epilog" - Ironiczna - 6
"Zagubiona przeszłość" - Marybeth - 6
"Cztery dobre wróżby -..." - Ironiczna - 6
"Wiraże [4]" - subtelny demon - 5.66667

Najnowsza proza (wszystkie):
"Dobre kobiety" - Agent
"W zachodzie słońca cz.1" - Lilka
"Ektoplazma na tropie cz. 3" - Dawied
"Cztery dobre wróżby - epilog" - Ironiczna
"Zagubiona przeszłość" - Marybeth
"Anonymous" - Me_Gusta
"Cztery dobre wróżby -..." - Ironiczna
"Zew natury" - pasieczny14
"Wiraże [4]" - subtelny demon
"Blackwood Village" - Wolf Girl

40 mln dobrych uczynków cz. 5

Wieczorem byłam padnięta, ale można uznać, że pobiliśmy jakiś rekord w sprzedaży wypasionych gratów. Arturowi pewnie stopy odpadały, ale nie skarżył się nawet za wiele. Problem pojawił się przy zwrocie Fendera. Dobre pół godziny kłóciliśmy się jak szaleńcy, a zaskoczony właściciel lombardu z rozwartymi szeroko ustami przysłuchiwał się coraz to wymyślniejszym obelgom. W końcu Artur po kilku mocnych ciosach puścił swój ukochany skarb i gitara wylądowała na wystawie, mając nowe zadanie – przyciągać kupców. Klient aż się rozpłakał. W sumie nawet mu się nie dziwię. Kto raz miał gitarę, ten wie, jaka miłość potrafi się zrodzić między instrumentem a jego właścicielem.
Po zliczeniu wszystkiego, okazało się, że w majątku trwałym Artur zachował nieco więcej niż się spodziewałam. Na koniec dnia w sumie mieliśmy równiutkie trzydzieści milionów złotych, właściwie to jeszcze 24 złote 52 gorsze, ale pozwoliłam zaszaleć i coś zjeść. Reszty nie oddał, a godność nie pozwala mi się upominać. Brakującą kasę powinno być łatwo i gładko zdobyć. Teraz każdy nawet przeciętny bandzior dysponuje takimi finansami, więc szukać nie będzie trzeba daleko. Polityków też jest sporo do wyboru.
Już mili niedowiarkowie wyjaśniam, jakim sposobem załatwiliśmy to tak szybko. Zamieniłam się kilka razy w odpowiednich notariuszy, urzędników, podrobiłam parę podpisów (tylko w celach szlachetnej walki z biurokracją) i w kilka godzin udało się sprzedać sprzęt wart prawie osiem milionów. Arturowi pieniądze do tego stopnia uderzyły do głowy, że kupił kilka bezcennych znaczków, które miały powędrować na koperty z życzeniami na najbliższe święta... Jako niedoszły filantrop, koperty zaadresował do przypadkowych osób.
Jeżeli mogę coś powiedzieć od siebie, to w życiu nie widziałam większego idioty i kretyna w wydawaniu pieniędzy. Czasami w wolnych chwilach człowiek śledził możnych tego świata, ale ani Ludwik XIV, ani Maria Antonina nie przepuścili takiej waluty na takie pierdółki. Brakowało jeszcze lotu na księżyc. Pytanie oczywiste - po co wam to robaki? Odpowiedź filozofom się nie śniła.
Nie powinnam pewnie komentować tak głośno waszej miernej postawy i słabego kręgosłupa moralnego w sposób tak oczywiście nieprzyjemny, ale muszę to powiedzieć dla czystego sumienia i ku chwale Boga:
Pojebało was? Co wy macie z życia?
Jak się głębiej zastanowić i wspomnieć troszkę na moją przeszłość, to zimna kąpiel w złotych monetach, może być przyjemna, ale przecież do tego można by było miejskie łaźnie otworzyć. Argument, że Rzym takie miał i upadł wcale do mnie nie trafia.
- Gdzie będziemy nocować? - zapytał wciąż nadąsany Artur.
- U twoich rodziców – powiedziałam z uśmiechem, dumna ze swego planu.
- Co?! - nie wiem czy Artur wrzasnął czy bardziej zapytał, ale nie wyglądał na zadowolonego i spokojnego.
- Dzwoniłam i zapowiedziałam cię, to starsi ludzie i nie chciałam psuć ich planów nagłą wizytą.
- Chyba nie znasz moich rodziców. Boże, co za horror – ożywił się klient i wcale nie podobało mi się to. – Będą pytać i dręczyć tymi swoimi głupimi pretensjami. Nawet nie wiesz, jak bardzo chcieli zgarnąć te pieniądze, zawłaszczyć sobie i mną manipulować. Tak postępują według ciebie rodzice? - chodził jak szalony w tą i z powrotem energicznie machając rękami. – Oni mnie nienawidzą. Powiedziałem im, że nie chcę ich znać – na samo wspomnienie oczy zaczęły mu się szklić.
- Jesteś żałosny. Chodź, nie chcę, żeby kolacja twojej mamy wystygła.
- Czemu ty mi to robisz? - zapytał zrozpaczony.
Zatrzymałam się nagle i prawie we mnie uderzył. Zbadałam dokładnie jego fizjonomię, niechlujne ubranie, skrzywiony wyraz twarzy i nawet sterczące włosy, wyrażające żal do wszystkich z wyjątkiem siebie. Wiem, że nie powinnam i wiem, że już raz za to mi się oberwało, ale taka złość we mnie narosła, że musiała eksplodować i potężnym prawym sierpem zwaliłam go na uliczny bruk.
- Głupku, następnym razem złamię nos. Nie lubię łzawych przedstawień! Jasne? - kiwnął posłusznie głową – nie mam zamiaru ci wszystkiego tłumaczyć... zrozumiałeś!? - znów posłuszne przytaknięcie. – Nie widzisz łajzo, że teraz twoja stara matka robi dla ciebie smakołyki, a ojciec pewnie nerwowo przekłada strony gazet? Jak słucham cię imbecylu, to zastanawiam się, za co Bóg każe mi pracować z takim matołem. Jej! Wstawaj, bo zaraz ci poprawię – cała irytacja na świat spadła w tej chwili na niego.
- Anioły mogą bić klientów? - zapytał zdezorientowany Artur szybko wstając.
- Nie, ale spróbuj na mnie donieść to złamię nie tylko nos!
- Nie unoś się. Dotarło do mnie. Przyznaję, należało mi się, ale po prostu spanikowałem. Wiesz, to takie ludzkie – przyśpieszył i pogardliwie mnie minął.
- … - jak myślał, że weźmie mnie na wyrzuty sumienia, to grubo się mylił. Aniołowie nie mają sumienia, aniołowie są sumieniem.
Rodzina Artura mieszkała w starej kamienicy. Większość lokatorów dawno się wyniosła, bo mówiąc bardzo delikatnie, w tym dziadostwie nie dało się żyć. Klientowi głupio było tu wejść. W pamięci pewnie niewiele się zachowało z obrazu nędzy, na jaką skazał swoich rodzicieli, a teraz stojąc u jej progu miał żal do siebie. Cytując akta: "Po co ci na stare lata nowe mieszkanie, źle ci tu?”.
Rodzice Artura byli w podeszłym wieku i utrzymywali się z niewielkiej emerytury. Starszy syn, dawno już wyjechał i rzadko się odzywał. Miał swoje szalone życie i pewnie nawet za dobrze nie pamiętał, jak jego młodszy brat wygląda. Nie jestem ekspertką, ale pewnie nie ma sensu przypominać całej genealogii rodziny klienta, zawiłej historii pełnej tajemnic, niedopowiedzeń. Byłaby to saga o zdradzie, miłości, oddaniu i poświęceniu... no dobra znów mnie poniosło. Przepraszam, już wracam do głównego wątku.
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to niebywała schludność maleńkiego mieszkania. Niby wszystko już stare i podniszczone, ale jednak czyste i ciepłe. Jak... w domu. Rodzice chłopaka stali w drzwiach do kuchni i widząc swojego syna śmiali się. Nie jestem ani pedantyczna, ani zbyt płaczliwa, by ta scena mnie wzruszyła, ale czułam, że klient jest jakby bardziej szczęśliwy. Oczywiście nie weszłam tam normalnie ubrana. Choć nie lubię ziemskich ciuchów, to jednak wcisnęłam się dla nieznośnej pruderyjności w jeansy i trochę zmniejszyłam rozmiar piersi, żeby mogły się schować w luźnym podkoszulku. Włosy uczesałam w kok, a właściwie to same na moją prośbę się uczesały. I dla dopełnienia tego obrazu nędzy i rozpaczy, założyłam białe skarpetki pod kostkę. Bałam się jedynie, że może zdradzić mnie nieznajomość wszystkich nowinek i cudów waszej olśniewającej techniki. Mówię serio, nawet w niebie są zachwyceni Internetem, naszą - klasą i telefonami z odtwarzaczami mp3 – czymkolwiek oczywiście to jest. Zapomniałabym wspomnieć, że największą furorę robią kartony z zakrętkami, oczywiście w moim mniemaniu. Kurcze, aż się prosi, żeby to miejsce tekstu bez pomysłu wykorzystać na reklamy. Jeżeli jesteście zainteresowani, piszcie. Zawsze to kilka złotych mniej do oddania, jakby mafia nas przyczaiła.
Artur zrobił krok naprzód i udając pewnego siebie, powiedział:
- Cześć mamo.
- Cześć synku – szepnęła kobieta.
- … - ojciec podszedł, zmierzył syna dziwnym, ale ciekawym spojrzeniem, którego nie mogłam rozszyfrować i przytulił do siebie.
Matka miała ciemne jak smoła włosy, tylko pojedyncze kępki naznaczone były siwizną, która dodawała powagi. Strój jej był skromny, ale elegancki, o ile bezwstydna anielica może mieć o takich sprawach pojęcie. Beżowa spódnica i kawowy żakiet pasowały do ciemniejszej koszuli i ciepłej twarzy. Ojciec miał sztruksy, które nijak się miały do poważnej miny, hardego spojrzenia i łysiny okalanej biało-siwymi włosami. Koszula na modę nastolatków nie była wciągnięta, dodając jeszcze więcej uroku ojcu klienta, który w swój groteskowy sposób łączył pokolenia.
Chrząknęłam i Artur wreszcie zdecydował się mnie przedstawić:
- Poznajcie się, to jest - zastanowił się chwilę i dodał. – Sani. Sani, to moi rodzice.
- Miło mi – dygnęłam i uścisnęła dłonie rodzicom chłopaka, wymieniając imiona, które w żaden sposób w pamięci mi się nie zapisały.
- Gdzie poznałeś taką śliczną dziewczynę – zagadnęła głowa rodziny” nonszalancko.
- Przyczepiła się do mnie w hotelu i nie umiem się jej pozbyć – bezczelna prawda mnie zszokowała i ledwo zdążyłam powstrzymać się przed zadaniem kolejnego ciosu.
- Jak możesz tak mówić! - trzepnęła syna matka i roześmiała się. – chodźmy, kolacja stygnie.
- Panie przodem – rzucił Artur i zamknął korowód.
Krzesła są strasznie nieporęczne i ciężkie i nie podobają mi się. Wolę zdecydowanie lewitację. Trzeba przyznać, że mimo głupoty i robakowatej natury zawsze mieliście całkiem niezły gust estetyczny, wielcy artyści, wspaniali architekci i rzemieślnicy odpowiedzialni choćby za ten koronkowy obrus, na którym stara zastawa wyglądała bardzo miernie. Nie mogłam się powstrzymać:
- Gdzie pani kupiła taki śliczny obrus? - pytałam poważnie, po wypłacie chciałam taki do nieba kupić.
- Na jakimś bazarze, nie pamiętam już. To było wieki temu, dziecko – matka Artura rozpromieniła się na to pytanie.
Zapadła niezręczna cisza, której zgodnie z tradycją ziemską przerwała głowa rodziny:
- Jak Ci się powodzi, synu?
- Dobrze tato – Artur zastanowił się chwilę nad odpowiedzią i kontynuował. – Parę rzeczy chyba zrozumiałem i wiem, że chcieliście dla mnie dobrze.
- Artur – zaczęła szyja, znaczy się mama, patrząc na głowę, czyli tatę (żeby mnie nie zemdliło tylko, toż to prawie amerykańska opera mydlana). – Jesteś już dorosły i nie mamy prawa ci dyktować, co masz robić...
- Wiem, ale teraz dostrzegam.. znaczy się bardziej rozumiem, co powinienem już dawno temu zrobić.
- Po kolacji, zjedzmy w spokoju – powiedział stanowczo ojciec, jak na ojca tradycjonalistę przystało.
Nie cierpię waszego jedzenia. Może nawet i w waszych normach te pierogi domowe były dobre, ale gdy się jadło Frutti de Rafael albo Moule le crem e niebou, dochodziło się do wniosku, że ta cała wasza kuchnia jest bez smaku. No może meksykańskie burrito by uszło. Później deser całkiem mnie rozczarował. Baaardzo dużo mu brakowało do słynnych lodów Czarna Dziura.
Ojciec Artura zapalił, kaszląc przy tym niemiłosiernie i zaczął tą trudną rozmowę od słów:
- Telewizor nam się popsuł i zamiast oglądać złoto Kowalczyk, musiałem zadowolić się tym starym radiem. Jeszcze w naprawie krzyknęli mi stówę. Zastanawiałem się, czy nie kupić nowego na raty, ale wiesz jaka jest matka.
- Wiesz, że nie jest nam to teraz potrzebne – kobieta się wzburzyła, a mąż tylko spuścił głowę.
- Oglądałeś? - zapytał w końcu.
- Nie, tato – przełknął ślinę i dodał. – miałem sporo na głowie - skwitowałam to cichym chrząknięciem (Ciekawe czemu teraz nie skusiła go brutalna prawda i nie przyznał się do fetyszy z rudą Helą?).
- No tak – ojciec pokiwał głową z dezaprobatą. – Czemu nie zdecydowaliście się na hotel?
- Mieliśmy... - zaczął Artur, ale przekonana, że pytanie było kierowane do mnie, przerwałam mu.
- Artur chce się zmienić i tęsknił za wami – wypaliłam.
- Co? - zapytał zdziwiony chłopak, a jego rodzice zaskoczeni popatrzyli tylko na siebie.
- Kochacie się? - zapytała matka niespodziewanie, a mi aż szczęka opadła. Ja i człowiek? Czy ja wyglądam na zoofila?
- Nie - krzyknęliśmy chórem z klientem. – Sani mi pomaga w sprawach finansowych – pokiwał ze zgodą głową.
- Synu – zaczął ojciec Artura niepewnie, patrzył na mnie nerwowo i w końcu rzekł. – Nie daj się oszukać. Ci dzisiejsi księgowi...
- Jak możesz? - krzyknął Artur i aż się poderwał do góry. – Sani, to prawdziwy anioł.
- Nie wątpię, ale kobiety lubią wykorzystywać mężczyzn – tym razem to głowa rodziny krzyczała na stojąco.
- Nie wiesz, co mówisz, nie możesz choć raz przymknąć się i nacieszyć, że cię odwiedziłem?
- Martwię się...
- Chyba o moje pieniądze. Interesuję cię coś w ogóle oprócz nich!?
- Artur usiądź, ojciec chce dla ciebie dobrze – wtrąciła się matka, próbując uspokoić klienta.
- Przepraszam – przerwałam nieśmiało. Nie chciałam tego słuchać. Aniołowie mają wrażliwy słuch – gdzie jest ubikacja?
- Tam – krzyknęli chórem pesząc mnie, co jest zjawiskiem równie rzadkim, jak zaćmienie słońca.
Poderwałam się, zostawiając ich krzyki za sobą i zanurzyłam w ciszy łazienki. Jak dobrze, że stare kamienice mają takie grube mury. Mogłam odetchnąć i odpocząć od piekła waszej planety, a rodzinka wyrzucać złą krew i dojść do porozumienia. I nagle coś zatrzepotało w łazience. Odwróciłam się i ku mojemu przerażeniu, na spłuczce siedział okropny nietoperz z cienkim łańcuszkiem zanurzonym w czaszce. Jęknęłam, a on ukłonił się i zaczął mówić:
- Witaj Sani, jak podoba ci się przedstawienie rodzinne? Może popcorn? - założył nogę na nogę, a w jego łapkach jakby wyciągnięta zza pleców, pojawiła się prażona kukurydza.
- Bachus! - poderwałam się i patrzyłam z niedowierzaniem.
- Usiądź Sani, moja królowo złota – uśmiechnął się szelmowsko i dodał – obejrzyj ze mną to przedstawienie – mrugnął swoimi okropnymi oczkami i na drzwiach pojawiła się czterdziestocalowa plazma i nie mam pojęcia, jak tam się zmieściła.
- … - usiadłam bez słowa, ciekawa, czego ten włochaty potworek może chcieć ode mnie.
Na ekranie widać było całą rozmowę w kuchni, a w głowie dudniły krzyki. Nie rozróżniałam nawet słów, zmęczona całym dniem. Mówiłam, że aniołowie potrafią pracować dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale na pewno nie w warunkach, gdy co rusz wbrew swojej spokojnej naturze muszą się denerwować. Jeszcze ten Bachus...
- Gdzie Świeczka?
- A co ja? Niania jego, żebym musiał interesować się takimi rzeczami? - skinął głową i dodał. – oglądaj – nim zdążyłam znów skupić uwagę na telewizorze, Bachus powiedział: – Jest w pociągu...
Żeby wreszcie skończyć ten dzień, jedynie streszczę tą awanturę. Najpierw dochodzili się o pieniądze, a w końcu wywlekli jakieś stare żale i wzajemne wpadki. Matka ze łzami w oczach się temu przyglądała, nie odzywając ani razu. W końcu Artur się poderwał, a nietoperz skomentował to jedynie słowami:
- Podoba mi się ten chłopak – i kontynuował męczarnie z przełykaniem popcornu
W ojcu hardość cała pękła i zatrzymał syna. Bez większych sentymentów powiedział, żeby został, że nie chciał tej kłótni. Obiecał, że rano na spokojnie porozmawiają i cały ciężar dramatu rozgrywającego się na cienkim monitorze całkowicie opadł.
- No nie, a liczyłem, że jednak się pobiją – Bachus zrobił głupkowatą minę i dodał: – ale to nawet dobrze. Szef prosił żebym się nie mieszał – wybuchnął śmiechem i mrużąc oczy mówił: – Marzyłem o tej randce, mam nadzieję, że nie masz żalu, że tak podstępnie cię zatrzymałem przy sobie? Kocham twoje plecy – oblizał się i kontynuował. – Nie mów Świeczce, jeżeli teraz mnie pocałujesz – przymknął oczy i wydął usta.
- Bachusiku? - nachyliłam się bardzo blisko.
- Tak, królowo? Pięknie pachniesz, anielsko – szepnął nietoperz nie otwierając oczu.
- Ty – zrobiłam pauzę i błyskawicznym ruchem chwyciłam go, zgniotłam w dłoni i patrząc jak nie może złapać oddechu, dodałam: – nie pachniesz za ładnie, trzeba cię umyć – unosząc deskę, cisnęłam nim do klozetu i przywarłam na powrót klapę.
- Sani, kochaniutka, skarbeczku, może jednak całusem byś okazała swoje uczucia dla mnie? - szamotał się i uderzał w ściany muszli.
Problem pojawił się przy spuszczaniu wody. Jak na złość wszystko było w łazience całkowicie nowe, i jak na ludzi przystało nieziemsko pokomplikowane. Żadnego przycisku, żadnego sznurka czy dzyndzelka do pociągania. Szukałam, obmacałam wszystkie powierzchnie płaskie i nic, a byłam pewna, że w końcu Bachus znudzony tą grą wstępną zwyczajnie zniknie. Zaryzykowałam i krzyknęłam:
- Artur! Chodź na chwilę.
- Mogę wejść? – po chwili, wraz z pukaniem, odezwał się jego głos.
- Właź! – ostrym głosem zakomenderowałam.
- Co ty wyrabiasz? - zapytał zdziwiony, gdy trzymając klapę klozetową klęłam pod nosem.
- Później ci opowiem, a teraz z łaski swojej spłucz to szamotające się gówno – miałam już dość ciągłego tłumaczenia, a na dodatek nietoperz był całkiem silny.
- Jej, nie wiedziałem, że anioły mają poruszające się odchody – pokiwał głową i mocno wcisnął całą górną powierzchnię zbiornika na wodę. – nowy jest i ciasno chodzi...
- Saniiii – krzyknął Bachus, ale jego głos nikł w odmętach – kocham cięęęęęęęęęęęęęęęę.
- I na dodatek gadające... – znów musiałam Arturowi przymknąć usta.
Wprowadził mnie do kuchni i powiedział:
- Sani miała problem w łazience, to ustrojstwo chciało ją zjeść, ale nie dałem i obroniłem ją. Jesteście dumni? - rzucił Artur pogardliwie.
- Idę spać – powiedział ojciec i ruszył do sypialni.
Matka spojrzała w oczy syna ze wzruszeniem i biorąc mnie za rękę zaprowadziła do małego pokoiku, gdzie miałam gnieść się z klientem. Kobieta miała szorstkie ręce i wcale nie czułam się z nimi komfortowo. Tak, jakby ktoś całym piętnem jej cierpienia chciał mnie obarczyć. Ludzie. Nie cierpię tej roboty pośród robaków. Nie macie delikatnych dłoni, szeptem potraficie ranić i zachwycać się normalnością, na którą nikt godzić się nie powinien. Aniołowie są delikatni jak puch, jak cisza. Nie uznają kompromisu, póki nie poplamią się w waszej naturze... na przykład tak, jak ja.
Skołowana marzyłam tylko o niebie, o bieli.
Artur wszedł do pokoju, przymknął drzwi i położył mi rękę na ramieniu:
- Przepraszam za nich – szepnął i po chwili zastanowienia zapytał: – może się przejdziemy?
- Wiem, że na to nie wygląda, ale jestem zmęczona i mam dość już tego dnia. Chcę, żebyś kurcze się wreszcie położył i zamknął. Mam ochotę lecieć do nieba i pooddychać tam tym powietrzem, nabrać sił, odpocząć – próbowałam tłumić nieposłuszny krzyk, który wydobywał się z mojego gardła. – jasne!? - Artur patrzył wciąż z miną przybitego psa i w końcu rzekł.
- Szkoda, pójdę po wodę – i szybko wyszedł.
Czekałam pięć minut, dziesięć i cholera mnie już trafiała. Położyłam się na posłaniu (wreszcie mogłam zdjąć te okropne ciuchy) i znudzona czekaniem błyskawicznie uchyliłam rąbka rzeczywistości. Sztuczka podobna do tej z czasem, ale zdecydowanie prostsza. Wystarczy się tylko skupić, dojrzeć ziarnistości materii – drgające atomy są fenomenalnie piękne i wniknąć w jedną z tych milionów bram, które rozsiane po atomach pędzą prawie równie szybko jak światło. I gdy się wybierze odpowiednią, twój wzrok pada na wybrane miejsce w rzeczywistości. Wybór bram dla niedoświadczonych aniołów może być trudny, ale ja sobie radziłam nieźle (wstyd się przyznać, ale podglądało się w młodości, co piękniejszych aniołów podczas pracy). Czy trafienie w taką bramę jest trudne? Dla anioła banalnie proste, to tak, jakby po prostu skierować wzrok w odpowiednie miejsce, nieco przymrużyć oczy i widzieć więcej...
I widziałam, jak Artur pije sam piwo oparty o blat kuchennego stołu. Nie potrzebowałam interwencji służb z nieba, żeby wiedzieć jak się czuję. Było mi głupio i źle. Wszystko jakby waliło się na moje zmęczone ramiona. Może kolejny dzień okaże się lepszy. Tak bardzo Cię o to, Boże proszę.

I nagle obok niej zrobiło się luźniej. Nie zauważyła tego od razu, jakby mięśnie i kości nie mogły wrócić do wyjściowego stanu. Mózg całkowicie wyłączony nie pomagał. I nagle rozbrzmiały w przedziale słowa wiersza:

...a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku

idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów...

I zły czar pana z wolem do pasa pękł, jak pękają kry wiosną. Jej oczy utonęły w tych barwnych tęczówkach, a on siedział. Poważny, uśmiechnięty, wyprostowany i szykowny. Cytował z pamięci, nie czytał. Magiczna chwila, którą sobie wyśniła przed wstąpieniem w przykry rozdział dojrzałości. "Przesłanie Pana Cogito" echem niosło się po głowie, a dziwna aura nieznajomego potęgowała uczucie, którego w życiu nie doświadczała, jakby całe ciało przeżywało ekstazę, przyjemność każdą komórką ciała. W końcu nieznajomy rozchylił usta, które w jej mniemaniu były skrojone idealnie i dźwięcznym, ale twardym i nieco suchym głosem powiedział:
- Czemu pani tak mi się przygląda?
- Och, przepraszam – odpowiedziała speszona – Gdzie się podział ten pan, który obok mnie siedział?
- Ten grubas z wolem do pasa?
- Jest pan bezczelny – jakoś nieśmiało próbowała walczyć o bezlitosną poprawność polityczną, która nijak ma się do szczerości.
- Jestem szczery – uśmiechnął się i zmieniając temat zaczął. – Nazywam się Lucjan Fer. Nie chciałem pani urazić – zrobił pauzę i dodał: – bo pani jest piękna.
- Niech pan przestanie – zarumieniła się, ale sprzeciw pomieszany z uśmiechem dla nas patrzących z boku, wyglądał komicznie.
- Podobał się pani wiersz? - nieznajomy zapytał, znów uciekając od wcześniejszych tematów.
- Podobał, ale nie odpowiedział pan na pytanie - co się stało z moim sąsiadem?
- Ależ pani uparta i ciekawska, ale dobrze odpowiem, ale tylko przez pani oczy... - ściszył głos.
- Co z moimi oczyma jest nie tak? - zapytała oburzona.
- Są niezwykłe – i nie pozwalając sobie przerwać, kontynuował z tym swoim uśmiechem, który dla wprawnego oka mógł wydać się przyklejonym. – a sąsiada pani wyrzuciłem. Wyrzuciłem, bo nie mogłem patrzeć jak panią rani.
- Niech pan przestanie – czerwona jak wino i zła jak osa wyglądała uroczo i nawet nieznajomy musiał swymi oczyma zbyt głębokimi na nasz świat to widzieć. – nie mógł tak po prostu pan go wyrzucić... - stwierdziła fakt, ale wyraźnie oczekiwała potwierdzenia.
- Mogłem! - nieznajomy krzyknął, poderwał się i jakby wymachując szpadą kontynuował. – podszedłem z zaskoczenia, klepnąłem go w ramię – zamarkował pchnięcie. – bezczelnie rzuciłem wyzwanie w twarz. Przerażony króliczek uciekł... i tak oto mam zaszczyt siedzieć koło pani – uśmiechnął się szerzej i usiadł z powrotem.
- Zabawny pan jest - Justyna rozpromieniła się. – Nazywam się Justyna Malinowska.
- Malinowska? Znałem kiedyś kawał o pannie Malinowskiej.
- Tak, znam – zrobiła ponurą minę i szorstkim chropowatym głosem prawie krzyknęła – Malinowska do tablicy!
- Nie, bo mam dziurę w spódnicy – chórem odpowiedział pociąg.
Świeczka zmierzał wraz z Justice Big Big Malinowską do Krakowa, tęskniąc za dowcipem wiernego Bachusa.



        Dedykacja: Justynie

Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 17.03.2010r.

1     

Ilveran 19 03 2010 (20:58:34)

Użytkownik ocenił pracę na 6

No i znalazłam czas lub jak kto woli chęci, i przeczytałam. A miałam w sumie do nadrobienia dwie części. Jednak piszesz tak szybko, że naprawdę trudno nadążyć. Nie wiem jak to robisz, ale podoba mi się, jak dotąd każdy Twój styl. I w Marlen, Uwierzcie, w Pamiętniku, Wiecznym, a teraz tu, w Uczynkach. Zaciekawiasz, nie nudzisz niepotrzebnymi opisami, czy jakimiś wątkami pobocznymi. Po prostu sprawiasz, że czytam i towarzyszy mi uśmiech, nie mogę się oderwać od tekstu, mimo że oczy pieką cholernie od ciągłego wpatrywania się w ekran. Świetny pomysł, muszę to przyznać. Jednak jak dobrze wiem bez talentu nic ma się do wykonania. A żeby tworzyć coś, co tworzysz Ty, talent być musi. Jak mi zaprzeczysz, to będę niemiła. Świetnie wykreowałeś Sani. Tak ostro, 'męsko', ale jednak mimo wszystko odzywają się w niej cieplejsze odczucia. Naprawdę mi się podoba. Jest inna. Oryginalna i nie widzę nic co można byłoby zmienić. Bo gdyby była delikatna, czuła całe opowiadanie straciłoby smaczek. O właśnie, Uczynki mają dobry smak, klimat jest wszechogarniający i aż chce się krzyczeć by być takim aniołem, spotkać Bachusa, gadać ze Świeczką. Ty potrafisz wzbudzać takie emocje, wrażenia, odczucia i za to Ci brawa. Oprócz głównej bohaterki genialnie tworzysz inne postacie, tak że się je niejako czuje. Są bliskie i można je sobie łatwo wyobrazić. To, a i również humor, jaki się pojawia, szczególnie wcześniej w wiadomościach i z Bachusem tworzą wyśmienitą całość. Jestem zadowolona. A co do poprzedniej dedykacji... Tak, sprawiłeś, że się uśmiechnęłam.

Groszek 19 03 2010 (18:55:42)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Podoba mi się ta nutka turpizmu i krytycyzmu Sani w stosunku do świata, jak i jej sposób mówienia i myślenia. Zdecydowanie najbardziej do gustu przypadł mi fragment z nietoperzem - szczerze mnie rozbawiłeś, ale reszta opowiadania również wypadła bardzo dobrze. Mam jednak jedno ale. Po przeczytaniu tych kilku części doszłam do wniosku, że główna bohaterka myśli bardziej po męsku, niż jak kobieta. Wiem, że nie jest Ci łatwo przestawić się na nasz tok myślenia, jednak może spróbuj nad tym popracować :) Zabrakło mi tutaj tych "wiadomości", które zawsze się pojawiały, bo jak zapewne już wiesz, jest to mój ulubiony element Twoich opowiadań. Końcówka też jest mocna, rozmowa Justyny ze Świeczką wypadła ciekawie, w niektórych momentach szczerze się śmiałam. Oprócz tego, że jest tu trochę komizmu, dodatkowo urzeka nutka tajemniczości. A mimo tego powiem, że ostatnia część jakoś bardziej mi się podobała, być może ze względu na te "wiadomości". Aczkolwiek jest to zasłużona piątka :) Pozdrawiam!


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7336 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42679 | Użytkownicy: 3318
Online(11): 10 gości i 1 zarejestrowanych: Ismo

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl