warto go przeczytać
"Niech dzień ten nie kończy się gorzej, niż się zaczął”
Zaplątany w monotonie, zastanawiasz się nad sobą? Zobacz, co dla niego znaczy żyć. Inaczej...
Musimy chcieć, musimy do czegoś dążyć. Czuć to, co piękne i kochać, co dobre. Iść przez życie by nie żałować, że zawiodło się samych siebie, zastępując odwagę strachem. Gdy jesteś tchórzem płacisz za to jak każdy tchórz. Bólem, hańbą, paskudnym upokorzeniem i okropnym wstrętem do samego siebie. Kto ma odwagę - wygrywa. Zdobywa chęć by normalnie żyć i ukazać się takim, jakim się jest naprawdę. Setki osób próbujących doścignąć czas. Wiecznie spóźnieni, zapracowani. Zapominają, że życie jest kruche, ulotne, a o sami nie są dość silni by je chwycić zatrzymać w naszej przestrzeni. Zachowują się, jakby byli nieśmiertelni. Bo co z tego, że wszechświat jest wieczny, skoro umrzemy na wieki? Mogąc liczyć jedynie na zapomnienie, nieczuły kaprys Boga. Współczesny świat, jedna wielka gonitwa. I czy w tym kołowrotku adrenaliny nie zgubimy najważniejszej potrzeby i gwarancji istnienia? Nie utracimy siebie?
Podążamy za modą, śledzimy życie gwiazd, nie interesując się losami zwykłych zjadaczy chleba. Szarość, monotonia, brak wyrazu i oryginalności to wszystko towarzyszy zwykłym ludziom na poznańskich ulicach, a takie cechy nie przyciągają zainteresowania czy ciekawości wścibskich oczu paparazzi.
Pan Kazimierz z racji swojej pospolitości w pełni zasłużył na anonimowość, jaką go obdarzyłam. Chodź nie gra pierwszych skrzypiec na polskiej scenie za sprawą skandalu, pozycji czy znajomości, jego życie też zasługuje na swoje pięć minut.
Urodził się na początku lat 60 w zapadłej dziurze zwanej Swarzędzem, z której od pierwszego krzyku chciał się wyrwać. Nierealne marzenia, wyrugowane nadzieje, które spełzły na niczym, zrobiły z niego cynika, ironicznego komentatora, pozbawionego sensu życia.
W rzeczywistości czuł się jak mała złota rybka, wystawiona na żer dla rekinów przeklętego losu.
Nowy, kolejny dzień z cyklu powtarzających się, wyćwiczonych już czynności.
Wyrwany ze snu, po omacku wędruje po okrytym nocą korytarzu, szukając włącznika
do światła. Łazienka, śniadanie i godzinna podróż do pracy. Tak właśnie pan Kazimierz rozpoczyna dzień, w zatłoczonym tramwaju, wymieniając ukradkowe spojrzenia z nieznanym pędzącym tłumem. Osiem, czasem dwanaście godzin marnie płatnej pracy w podupadłej, zagrożonej światowym kryzysem, polskiej firmie. Fizyczne wyczerpujące organizm czynności, przytłaczają mężczyznę, który z powodu wieku średniego i braku innych perspektyw nadal trwa w swym chaosie. Powrót z pracy tą samą znienawidzoną drogą. W końcu, dom. Można by sądzić, że tu pan Kaziu zazna spokoju, odpocznie psychicznie i fizycznie by naładować swą ludzką baterię do stawienia czoła następnemu szaremu dniowi. Żona, do której po latach trudów czuł już tylko przywiązanie(chemia, zrodzona na początku ulotniła się wraz z upływem lat), wciąż miała pretensje, wymyślając coraz to nowe fanaberie. Dzieci, niezważające na poświęcenie i miłość bezlitośnie wytykały braki finansowe i błędy.
Tak, Kazimierz od dawna nie oddychał spokojnie, pełną piersią, beztrosko spoglądając w przyszłość. Jego ucieczką od bolących realiów był sen, kojący i uśmierzający. Gdzie jego obawy i lęki szły w niepamięć. Zostawiając marzenia i nadzieję na pierwszym planie. We śnie robił pierwszy krok w chmurach, pływał po nieznanym oceanie. Nie znał granic. Obce mu były światowe kanony. Śniąc był sobą, idealny dla siebie. Każdy sen, śniony zbyt długo,
w końcu zmienia się w koszmar. Budził się brutalnie przywrócony do rzeczywistości, jego rzeczywistości...
Zasługując na miano niebanalnego Wielkopolanina nie musisz być sportowcem, krwiodawcą czy sprzedawcą bułek. Możesz być zwykłym Kaziem, jakich wielu. Spełnij tylko jeden warunek, pozwól by ludzie ujrzeli twoją prawdziwą osobowość. Spytasz, co to jest?
”To, kim jesteś, a nie to, co z Ciebie uczyniono”
Dzięki naszej rozmowie Kazimierz rozpoczął nowy rozdział w swoim życiu. Przejrzał na oczy. Już nie jest marionetką złudnych odczuć. Opamiętał się. Podczas naszej ostatniej rozmowy, dzięki której zbierałam materiały do tego reportażu, długo patrzył mi w oczy, szukając potwierdzenia słuszności swojej decyzji. W końcu szepnął, spuszczając głowę:
- Boję się...
- To znak, że kochasz żyć – Powiedziałam na odchodnym, lekko klepiąc jego ramię dodając mu otuchy.
Ocena: 5.75
Liczba komentarzy: 5
Data dodania: 11.03.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7329 | Artykuły: 259 | Recenzje: 211 | Proza: 1469 | Wywiady: 51 | Komentarze: 42657 | Użytkownicy: 3312
Online(38): 35 gości i 3 zarejestrowanych:
Wojtex81, Yenna, szon